Nasz – płocki Puchar Davisa! [ZDJĘCIA]

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +
Pokazuje 1 z 3

Nawiązując delikatnie do starego dowcipu o złotej rybce, w życiu nie przypuszczałbym, że w Płocku doczekam się wielkiego tenisa… A jednak! Oczywiście, miałem wiele okazji do tego, żeby obejrzeć te zmagania „na żywo”, ale wiecie Państwo jak to jest – albo brakowało czasu, albo okazji. I ni stąd, ni zowąd, góra przyszła do Mahometa!

Muszę tu się przyznać, że od wielu lat jestem wiernym fanem i regularnie uprawiam z większym lub mniejszym powodzeniem tę dyscyplinę sportu. Niemal po całym swym życiu jej admiracji mogę z całym przekonaniem powiedzieć, że tenis jest jak zjawiskowa kobieta, która nie zawsze odwzajemnia Twoje uczucia, ale nigdy nie wychodzi Ci z głowy. Na trybunach Orlen Areny spotkałem zapaleńców mojego pokroju, których widuję na płockich kortach. Wiek nie ma tu nic do rzeczy – w tenisa grają i młodzi i starzy, dzieci i ich mocno już dotknięci zębem czasu dziadkowie.

Czy wyobrażacie sobie Państwo chociażby, żeby po pracy dla zażycia relaksu iść… do pracy? A jednak! Nierzadko obserwuję płockich trenerów tenisowych, którzy po niezliczonych godzinach lekcji udzielonych swym adeptom, wychodzą ponownie na kort… żeby sobie pograć dla przyjemności… Są ludzie, którzy wspinają się na wieżowce, chodzą po linie nad przepaścią lub też spacerują po skrzydle samolotu, tymczasem tenis nie wymaga podejmowania aż takiego ryzyka, ale daje co najmniej tyle samo adrenaliny, i co więcej – niesamowicie uzależnia…

Człowiekiem, który swe serce bezapelacyjnie oddał tenisowi był legendarny i nieodżałowany Bogdan Tomaszewski, którego pamięć płocczanie uczcili w Orlen Arenie przed rozpoczęciem piątkowych rozgrywek chwilą ciszy.

Kończąc już te dywagacje na temat miłości w sporcie, przechodzę czym prędzej do rzeczy. Bo…

…cóż to jest ten Puchar Davisa i w ogóle kto to jest ten Davis?

Otóż w 1900 roku czterech studentów z Harwardu, znudzonych pewnie sukcesami na amerykańskim podwórku, wykombinowało, że można by rzucić rękawicę chełpiącym się tenisowymi dokonaniami „Angolom”. W USA na Brooklinie rozegrano pierwsze mecze, zwyciężyli Amerykanie, a już w następnym roku do zmagań włączyły się kolejne państwa. Tak właśnie powstały największe na świecie zawody drużyn męskich w tenisie ziemnym. W tym roku w rozgrywkach na różnych szczeblach uczestniczy 126 państw i występuje ponad 500 zawodników. Natomiast tajemniczy Dwight Davis był jednym z pomysłodawców tej całej zabawy, a ponieważ impreza zaczęła się szybko rozrastać, sam dopracował szczegóły regulaminu i z własnych oszczędności ufundował trofeum – Srebrną Salaterę. Już po jego śmierci, w 1945 roku, na jego cześć turniejowi nadano nazwę Puchar Davisa.

Wróćmy jednakże do tego, co właśnie dzieje się w Płocku. Być może słyszeliście Państwo, że polska drużyna rywalizuje z Litwą w I Grupie Strefy Euroafrykańskiej. Cóż to oznacza? Porównując Puchar Davisa chociażby do piłki nożnej, rywalizujące ze sobą państwa zostały podzielone na 5 lig. My jesteśmy w tej chwili zupełnie wysoko – znajdujemy się tak jakby w pierwszej lidze i staramy się o to, by przedrzeć się do ekstraklasy, czyli elity 16 państw – tzw. Grupy Światowej.

Co powinniśmy zrobić, żeby osiągnąć ten cel? W płockim turnieju, składającym się z czterech meczów singlowych i jednego deblowego, trzeba z Litwą wygrać trzy pojedynki. Jeżeli nam się uda, to czekają nas pojedynki z Ukrainą, a jeśli i tu okażemy się lepszymi tenisistami, wtedy powalczymy w rozgrywkach play-off, czyli ze zwycięzcami innych I grup o wejście do światowej czołówki. Jak na razie nie udało nam się to dwa razy, ale, jak to mówią, do trzech razy sztuka – niech zacznie i spełni się w Płocku…

Po dwóch dniach rywalizacji za nami już trzy mecze, prowadzimy z Litwą 2 :1. Nie jest to łatwy pojedynek. Mimo, że Litwini nie okupują czołówki list ATP, to trzeba przyznać, że grają z pełnym zaangażowaniem i determinacją, zresztą, co tu gadać, rankingi nie wygrywają meczów. Liczy się pozytywne nastawienie, dyspozycja dnia, motywacja. Tych też nie brakuje również naszym tenisowym asom.

Co prawda, swój pojedynek przegrał Łukasz Kubot, może nie był to jego dzień. Trafił na, wbrew pozorom, niezwykle wymagającego przeciwnika, Ricardas Berankis „nie położył” się na korcie, żeby dać się ograć. Nasz zawodnik nie zwykł grać na „pół gwizdka”, już taka jego uroda, w każde uderzenie wkłada zwykle maksimum siły, ale tym razem nie wszystko wychodziło i nie wszystko się sprawdzało. Tymczasem Litwin był chirurgicznie dokładny, lokował piłki tuż przy liniach, tam gdzie sobie zaplanował. Pewnie decydujący dla całego meczu był tasiemcowy gem trzeciego seta, gdzie przy serwisie Łukasza Kubota ważyły się losy spotkania. Ostatecznie Litwin zdobył ten jedyny, decydujący punkt i niedługo potem zakończył mecz z wynikiem w setach 3:0.

Czytaj dalej na kolejnej stronie

Pokazuje 1 z 3
Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji