Jeżeli ktoś chce spotkać się w teatrze z własnymi myślami, interpretacjami i – de facto – sam ułożyć sobie w głowie treść spektaklu, powinien obejrzeć najnowszą propozycję płockiego teatru. Poddać się swobodnemu strumieniowi świadomości (być może tak samo uczynił reżyser) i… nie przejmować się, jeśli coś wydaje się niezrozumiałe, dziwne, nie do końca dające się zinterpretować czy wytłumaczyć. Czyż w życiu, choć staramy się od tego uciekać, nie jest czasem podobnie?

Jakiś czas temu napisałem w tym miejscu, że nasz płocki teatr coraz odważniej zabiera głos w ważnych sprawach. Tym razem także Marek Mokrowiecki, reżyser spektaklu „Myszy Natalii Mooshaber”, wykazał się odwagą. Już sama decyzja odnośnie adaptacji książki Ladislava Fuksa, jak sam przyznaje Mokrowiecki, nie była łatwa. Czeski pisarz – najogólniej mówiąc – do łatwych nie należy. Fuks ma uznane miejsce w panteonie czeskich prozaików, ale akurat „Myszy” mają tyle samo gorących zwolenników, co krytyków.

Niejednoznaczne odniesienia, elementy absurdu, wątki wymagające intelektualnego przygotowania, myślenia, szukania własnej interpretacji, nigdy nie sprzyjały powszechnemu zachwytowi. A co dopiero w dzisiejszych czasach, które uczą nas często prymitywnej dosłowności, prostych i jedynie słusznych interpretacji, unikania jakiegokolwiek – a już zwłaszcza intelektualnego – wysiłku itd. Ma być zawsze lekko, łatwo i przyjemnie. To chyba największe kłamstwo współczesnego świata, któremu jednak wszyscy z ochotą i rozkoszą ulegamy. Nie omija to też teatru, na szczęście jednak przynajmniej tu zachowane są jednak pewne proporcje. I dlatego czasem pojawiają się spektakle w stylu „Myszy Natalii Moshaber”, które nas z kokonu przyzwyczajenia i złudnego komfortu wytrącają.

Ciężko streścić fabułę spektaklu. Oto mamy Natalię Moshaber, kobietę, której – delikatnie rzecz ujmując – nie jest w życiu lekko. Dzieci są wyrodne, policja nachodzi, a sterowana przez tyrana małomiasteczkowa społeczność nie akceptuje. Do tego poczciwa Natalia ma tajemniczą przeszłość i dość dziwną przypadłość – truje myszy. Jest w tym spektaklu śmierć, fałszywe oskarżenia, tyrania i jej upadek, bunt, walka o dzieci, o dobre imię, są tajemnice przeszłości i… wiele innych wątków. Zwyczajne/niezwyczajne życie – można by powiedzieć.

I dlatego każdy może przefiltrować ten spektakl przez własne doświadczenie, przeżycia, wrażliwość, osobowość. Słowem: przez siebie samego. I dopiero wtedy spektakl ten tak naprawdę „zagra”.
Czy takie było zamierzenie reżysera? Nie wiem. Być może reżyser chciał nam w spektaklu opowiedzieć o czymś konkretnym, dla niego ważnym, uniwersalnym itd. Znane są jednak nagminnie przypadki, że intencje reżyserów nijak się później miały z odbiorem sztuki przez publiczność.

Twórcy wiele razy przyznają, że interpretacje ich dzieł przez krytyków czy publiczność dla nich samych są wielkim zaskoczeniem. Jedni przyjmują to z pokorą, wdzięcznością i jest to dla nich samych cenne doświadczenie, inni stawiają się wyżej od „zwykłego” człowieka i manifestują swój żal z powodu niezrozumienia, braku czy też niewystarczającego przygotowania odbiorców itd.

Osobiście nie lubię tego typu dywagacji. Dzieło – kiedy już ujrzy światło dziennie – jest rzeczą skończoną i każdy ma prawo do swych ocen. Często skrajnych i rozbieżnych. Pewnie tak też będzie w przypadku „Myszy”. Ja jednak – mimo wszystko – zachęcam do wizyty w teatrze. Do spędzenia prawie 3 godzin w kontakcie z własnymi myślami, interpretacjami, skojarzeniami, aktorami (gra prawie cały zespół naszego teatru) , scenografią – autorstwa (zawsze w wysokiej formie formie) Mariana Fishera, poruszającą muzyką.

Każde interpretacje i skojarzenia będą właściwe i prawdziwe. I najważniejsze – nasze. Możemy się potem z nimi podzielić, możemy je zatrzymać dla siebie, bo teatr to także przestrzeń bardzo intymna. Warto szybko skorzystać z tej propozycji płockiego teatru i skonfrontować siebie z tą sztuką. Takich spektakli nasz teatr nie serwuje nam na co dzień. Osobiście (a zdarzyło mi się to pierwszy raz w życiu), musiałem go obejrzeć dwukrotnie. Nie przyznam się dlaczego (kto chce niech się domyśli), ale zapewniam, że nie wyszedłem znudzony. Znajomy z kolei opowiedział mi, że interpretacyjnego „olśnienia” dostał dopiero w drodze powrotnej ze spektaklu do domu. Jego żona potwierdziła, że długo potem w nocy nie mógł zasnąć. Czy to nie magia teatru?

Przy okazji: zapraszam wszystkich w niedzielę – 15 kwietnia na Jubileusz 50-lecia Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru. Będzie koncert Tadeusza Woźniaka (autora muzyki do „Mistrza i Małgorzaty” – kultowego płockiego przedstawienia sprzed lat, znanego z przeboju „ Zegarmistrz światła”) oraz możliwość obejrzenia w krótkich etiudach obecnych i dawnych aktorów naszego teatru. Cały czas też oczywiście można do Towarzystwa dołączyć.

Jakub Moryc
autor jest członkiem Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji