MotoPłocczanie. Piotr Szpakowicz: Egzamin na prawko zdałem za pierwszym razem

REKLAMA

Jakie samochody preferuje absolwent Wydziału Mechaniki, Petrochemii i Budownictwa Politechniki Warszawskiej? Jakie ma wspomnienia motoryzacyjne? I o jakim samochodzie marzy płocki radny? O tym rozmawiamy w cyklu MotoPłocczanie z Piotrem Szpakowiczem, człowiekiem o wielu pasjach, ale i ukrytej miłości do pewnego rodzaju aut…

Piotr Szpakowicz z wykształcenia jest inżynierem o specjalności konstrukcje budowlane i inżynierskie, ukończył też studia podyplomowe z zarządzania i marketingu oraz zarządzanie nieruchomościami. Ma uprawnienia budowlane wykonawcze bez ograniczeń (w tym drogowe i mostowe), jest licencjonowanym zarządcą nieruchomości. Obecnie pracuje w spółce ORLEN Projekt.

Płocczanie znają go również z jego działalności samorządowej, którą rozpoczął w 2006 r. – wówczas po raz pierwszy zdobył mandat radnego. Po czterech latach przerwy, w 2014 r. ponownie został wybrany na radnego, startując z listy Prawa i Sprawiedliwości.

PowiązaneTematy

Jak przyznaje, prywatnie preferuje aktywny i zdrowy tryb życia – regularnie biega i gra w piłkę nożną, jeździ na rolkach. Kibicuje też piłkarzom nożnym Wisły Płock oraz szczypiornistom SPR Wisły Płock, dopingując ich w trakcie meczu. A jak zamiłowanie do sportu przekłada się na jego miłość do motoryzacji?

Dziadek woził mnie motorowerem

Jakie są pierwsze doświadczenia motoryzacyjne Piotra Szpakowicza? – Mój pierwszy kontakt z motoryzacją związany jest moim dziadkiem, który woził mnie do szkoły, do pierwszej klasy szkoły podstawowej, motorowerem Jawa – mówi płocki radny. – Dziś, z punktu widzenia bezpieczeństwa, nie jest to właściwe, ale wtedy, w kontekście mniejszego ruchu i małego miasteczka Sierpc, było jak najbardziej odpowiednie – uśmiecha się pan Piotr.

Przyznaje, że bardzo ciepło wspomina dziadka. – Zawsze mówiłem, że tylko Pan Bóg i Dziadek nie mają grzechu – wspomina. – Pamiętam, że wówczas w Polsce na ulicach można było zobaczyć niewiele aut, głównie syrenki, fiaty 126p, 125p, zastawy, wartburgi, skody 105 czy trabanty. Marzeniem chyba każdej polskiej rodziny było posiadania wartburga lub skody czy też poloneza, bo większość jeździła tzw. „maluchem” – mówi Piotr Szpakowicz.

Z sentymentem wspomina również wyprawy z tatą na kontrolę podpłockich lasów. – Wtedy uczęszczałem już do 3-4 klasy szkoły podstawowej. Jeździliśmy najpierw syreną bosto, potem polonezem typu „Borewicz”. Z wyjazdów tych pamiętam piosenki, które śpiewał mi tata. Do dziś pamiętam słowa piosenki „Piotr, jakie Ty masz oczy” – śmieje się płocki radny.

A jakim samochodem jeździł po raz pierwszy? – Pierwszym autem, na którym uczyłem się jeździć, był fiat 126p, samochód moich rodziców. Do dzisiaj dobrze wspominam poczciwego fiacika. Kierować uczyłem się też na wsi, jeszcze parę miesięcy przed zapisaniem się na kurs prawa jazdy. Tam moim narzędziem do nauki była skoda 105. Być może dzięki temu egzamin na prawko zdałem za pierwszym razem, choć oczywiście trzeba podkreślić, że w tamtych czasach było zdać zdecydowanie łatwiej – przyznaje Piotr Szpakowicz.

Czy pamięta pierwsze swoje własne auto? – Oczywiście, był to polonez caro 1.5. Miał już parę lat i wymagał częstych napraw, ale był to prezent od rodziców za dobre wyniki nauki podczas studiów na płockiej politechnice – nasz rozmówca uśmiecha się do swoich wspomnień.

Piotr Szpakowicz w czasach studenckich

Wpadłem w poślizg, wylądowałem w rowie…

Czym aktualnie jeździ Piotr Szpakowicz i dlaczego akurat tym autem? – Obecnie jeżdżę rodzinnym autem koreańskiej marki. Wybór padł na rodzinne, bezpieczne auto, ponieważ mam dwie córki i bezpieczeństwo jest dla mnie najważniejsze. Wiem, że to może mało pasjonujące… – zdradza płocki radny.

A jaki samochód byłby spełnieniem jego marzeń? – Marzy mi się duży, i choć rodzinny, to również sportowy samochód typu grand turismo, chociażby Kia Stinger czy tez Audi A5. Są to samochody o sportowych osiągach, jednocześnie zapewniające komfort i wygodę – mówi Piotr Szpakowicz.

Sportowe osiągi kojarzą się z prędkością, ta z kolei z wypadkami. Czy pan Piotr przeżył jakieś groźne zdarzenie na drodze?

– Powiem szczerze, jeżdżę dość szybko, ale staram się jeździć bezpiecznie. Warto jednak czasami zwolnić, zastanowić się gdzie pędzimy, czy to ma sens. A wracając do najgroźniejszego zdarzenia – było to dość niedawno, 3-4 lata temu, w okresie zimowym. Było bardzo ślisko, wpadłem w poślizg, dachowałem i wylądowałem w rowie. Miałem naprawdę wiele szczęścia. Udało mi się samemu wydostać z samochodu. Tak się złożyło, że za mną jechał komendant płockiej straży pożarnej, Grzegorz Padzik. Jestem mu niezmiernie wdzięczny i tą drogą mu bardzo dziękuję. To on szybko zajął się mną, wezwał Straż Pożarną z Wyszogrodu, karetkę pogotowia i policję. Zostałem przetransportowany do szpitala w Sochaczewie. Tam spędziłem kilka dni i podkreślę, miałem wiele szczęścia, bo wyszedłem z tego bez szwanku, miałem tylko kilka siniaków i zadrapań – wspomina Piotr Szpakowicz.

Jechaliśmy we Francji nocą, z zepsutym tłumikiem…

Jaka była najdłuższa podróż naszego rozmówcy za kierownicą? – W moim życiu było kilkanaście długich podróży, chociażby na Węgry, do Włoch, czy też Chorwacji. Ale najdłuższa była do Irlandii. Było to w 2002 roku. Wyruszyliśmy z dwójką znajomych do Roscoff, portu promowego w północno-zachodniej Francji, by dalej promem udać się do Irlandii. Trasa miała ponad 2 tys. km. Ja byłem kierowcą i starałem się jechać cały czas, by zdążyć na prom – opowiada Piotr Szpakowicz.

– Z tej podróży pamiętam trzy trudne sytuacje. Pierwsza, kiedy z powodu zmęczenia najechałem na środkową wysepkę rozdzielającą pasy ruchu i niestety, rozszczelniła się wówczas rura od tłumika. Było to późno w nocy, ale mimo usterki staraliśmy jechać do rana, aby rano w większym mieście pożyczyć spawarkę i zaspawać rozszczelnione rury. Było strasznie głośno, ale mimo tego nie poddawaliśmy się, choć musieliśmy wziąć pod uwagę, że możemy również zapłacić mandat. Rano dojechaliśmy do francuskiej miejscowości i trafiliśmy do prywatnego warsztatu. Ale tam nikt nie chciał zaspawać nam tłumika, takich rzeczy po prostu nie wykonywano (a w Polsce było to nagminne). Więc musieliśmy zamówić tłumik. Na szczęście jechaliśmy francuskim samochodem. Po trzech godzinach firma kurierska dostarczyła tłumik i mogliśmy ruszać w dalszą drogę – teraz już z uśmiechem wspomina pan Piotr.

To jednak nie był koniec przygód na tej trasie. – Kiedy wjechaliśmy na prom, po prostu zaparkowaliśmy samochód. Niestety, nie przyszło nam do głowy, że musimy zapamiętać kondygnację parkingu oraz miejsce… Strasznie się nabiegaliśmy, aby odnaleźć później autko – śmieje się Piotr Szpakowicz. – No i dodatkowo, wyjeżdżając na ulicę od razu mieliśmy rondo i… ruch w przeciwnym kierunku, lewostronny. Było trochę zamieszania, ale dzięki takim przygodom do dziś pamiętam tę wyprawę – przyznaje radny.

Piotr Szpakowicz podczas jazdy testowej

Ważne jest dla mnie bezpieczeństwo

Wiemy, że to było na niemieckiej autostradzie, gdzie nie ma limitów prędkości, więc nie pytamy o miejsce… Ale jak szybko i czym? – Dokładnie było to na niemieckiej autostradzie… poczciwą kią pro cee’d i z prędkością ok. 220 km/h – zdradza pan Piotr.

Pytamy o to każdego z rozmówców tego cyklu – bez jakiego elementu w samochodzie nie może się obejść, a jaki jest dla niego zbędny? – Dziś, niestety, z racji pełnionych funkcji zawodowych i społecznych, bardzo dużo rozmawiam przez telefon i nie wyobrażam sobie samochodu bez zestawu głośnomówiącego. Ważne też jest dla mnie bezpieczeństwo moich najbliższych, a więc i to, co wpływa na bezpieczeństwo, czyli poduszki powietrzne, widoczność, klimatyzacja i sprawne hamulce czy elastyczność auta. Zbędną rzeczą dla mnie są tzw. bajery, tj. elektryczne szyby, szyberdach, skórzane siedzenia czy tempomat – mówi Piotr Szpakowicz.

PORADY

Twój przyjaciel ma 40 tys. zł na auto, które ma być niezawodne i chce je kupić w płockim salonie. Co mu doradzisz?

– Dacia duster, samochód typu suv, 5-drzwiowy z benzynowym, niezawodnym silnikiem – zdecydowanie mówi pan Piotr.

Załóżmy, że któryś z płockich salonów chciałby ci zafundować auto – cena nieistotna. Jakie auto? Dlaczego właśnie to?

– Kia stinger, czyli sportowe, rodzinne grand turismo – podsumowuje Piotr Szpakowicz. – Korzystając z okazji, dziękuję salonowi KIA w Płocku za możliwość jazdy testowej wymarzonym autem – dodaje bohater dzisiejszego odcinka MotoPłocczan.