Zanim pospacerujemy po sopockim molo…

REKLAMA

Wakacje to nieuchronny czas urlopowych eskapad. W tym roku okazało się, że nasze rodzime wybrzeże jest wyjątkowo przyjazne dla turystów, pozwala bowiem przetrwać falę iście afrykańskich upałów. Część z nas na pewno wybierze okolice Trójmiasta a tam, zanim pospacerujemy po sopockim molo, zaprawdę warto skorzystać z zadziwiająco bogatej oferty kulturalnej, którą przygotowało to nadmorskie uzdrowisko.

Kilka kroków od popularnego „Monciaka” przy ulicy Czyżewskiego 12 w Dworku Sierakowskich, z prawdziwą przyjemnością miałem okazję zapoznać się z malarstwem Marii Bereźnickiej-Przyłęckiej. Gliwiczanka z urodzenia, miłość do sztuki wyniosła już z domu rodzinnego, a potem po ukończeniu studiów w ASP w Łodzi pasja harmonijnie połączyła się z profesją.

Na początku swej kariery artystycznej poświęciła się tkaniu gobelinów, by po jakimś czasie realizować się w malarstwie. Artystka chętnie maluje martwe natury z rozległymi pejzażami w tle. Poprzez zastosowanie obszarów pokrytych elementami tkackimi różnicuje fakturę obrazów, uzyskując tym samym wrażenie trójwymiarowości; stonowane, niemal monochromatyczne partie płócien są dynamizowane poprzez intensywne barwy detali, przedmiotów.

PowiązaneTematy

Malarstwo Marii Bereźnickiej-Przyłęckiej jest niczym godzenie żywiołów; w rezultacie powstaje niemal idealna harmonia przypominająca medytację zen. Bardzo łatwo zapatrzyć się w prozaiczne przedmioty leżące na stole, a potem przenieść wzrok i szukać wewnętrznej równowagi w skąpanym w słońcu, odległym horyzoncie. Niewątpliwie jest to twórczość, która przynosi radość, ukojenie i ulgę.

Przemierzając popularny deptak, nie sposób pominąć Sopockiego Domu Aukcyjnego. Galeria zaprezentowała wystawę pt. „Między farbą a strukturą” Adama Bakalarza, artysty młodego pokolenia, niezwykle cenionego na międzynarodowym rynku sztuki. Dość powiedzieć, że już teraz ceny za jego prace wielokrotnie osiągają niebotyczny pozom. Jego obrazy, grafiki i rzeźby były prezentowane na wielu wystawach w kraju, lecz również w Miami, Nowym Yorku, Abu Dhabi, a także w Fort Lauderdale na Florydzie.

W swych pracach Adam Bakalarz zupełnie autorską konwencją artystyczną wraca do źródeł sztuki nowoczesnej. Trudno nie dostrzec, że upatruje odniesień w abstrakcjonizmie, czy też nawet kubizmie. Czy za pomocą wielościanów, ostrosłupów, skomplikowanych brył można namalować ludzką postać, czy też nawet akt? Czy – idąc dalej, można także stworzyć w zastygłych elementach dwuwymiaru obrazu wrażenie ruchu lub też skumulowanej energii? I czy intencją artysty rzeczywiście było namalowanie postaci ludzkiej, czy tylko my ulegamy złudzeniu, wynikającemu z naszej skłonności do poszukiwania podobieństw? Na te i inne pytania odpowiada swą twórczością Adam Bakalarz.

Jednakże to nie koniec naszego spaceru; tuż przed sopockim molo znajduje się Państwowa Galeria Sztuki, a w niej… niemal wszystko, czego dusza zapragnie. Tu możemy zwiedzić wystawę „MEDYTACJE FIBONACCIEGO + sztruksowy zając | wobec Katarzyny Kobro (1898 – 1951)” poświęconej dorobkowi tej genialnej rzeźbiarki polskiej awangardy okresu międzywojennego i lat powojennych w 120 rocznicę jej urodzin.

Dramatyczne losy życiowe – tragiczny w skutkach, wieloletni związek z Władysławem Strzemińskim, wojenna zawierucha, powojenne represje, a wreszcie i śmiertelna choroba sprawiły, że przez wiele lat jej twórczość została zepchnięta na boczny tor. Niezliczona ilość jej prac zaginęła w czasie wojny, choć na szczęście część z nich została po latach zrekonstruowana. Dlatego też dokonania tej artystki i jej estetyczne koncepcje wciąż na nowo odkrywamy.

Rzeźby Katarzyny Kobro zostały zestawione z pracami innych artystów, którzy tworzyli równolegle lub też inspirowali się jej dokonaniami; w sopockiej Galerii stworzono zatem doskonałe pole do swoistego dialogu koncepcji artystycznych oraz wielowarstwowego poznania fenomenu Katarzyny Korbo, która w 1929 roku tak pisała:

„Należy stanowczo i bezpowrotnie raz na zawsze uświadomić sobie, że rzeźba nie jest ani literaturą, ani symboliką, ani indywidualną psychologiczną emocją. Rzeźba jest wyłącznie kształtowaniem formy w przestrzeni. […] Jej mową jest forma i przestrzeń. […] Rzeźba stanowi część przestrzeni, w jakiej się znajduje. […] Rzeźba wchodzi w przestrzeń, a przestrzeń w nią.”

W tej samej Galerii znajduje się również smakowity „kąsek” nie tylko dla koneserów specyficznego rodzaju grafiki, wychodzącej już dziś z powszechnego użytku. Wystawa „Wielcy Nieobecni światowego plakatu. Yusaku Kamekura, Ikko Tanaka, Shigeo Fukuda”. Niemal każdy z nas słyszał o polskiej szkole plakatu, ale czy ktokolwiek wie o szkole japońskiej?

Okazuje się, że lata powojenne przyniosły w „kraju wiśni” ukształtowanie się oryginalnego stylu, bazującego na wielusetletnich, rodzimych tradycjach malarstwa i grafiki. Projektanci japońscy doskonale połączyli te elementy, wplatając weń ducha współczesności, tworząc własny, niepowtarzalny sposób artystycznej wypowiedzi.

Co jest istotą dobrego plakatu? Musi być czytelny zarówno dla osoby obytej ze sztuką, jak i kompletnego ignoranta; ma informować za pomocą środków plastycznych. Taki właśnie jest plakat japoński – zwarty i mięsisty w swym wyrazie, dosłowny aż do bólu, trafiający w sedno przekazywanej informacji, zwięzły w formie plastycznej. Jeżeli nie zdążycie Państwo do Sopotu, to warto wiedzieć, że ekspozycja pochodzi z kolekcji Galerii Plakatu i Designu Muzeum Narodowego w Poznaniu.

Tymczasem to jeszcze nie wszystko. Gdzie w jednym miejscu można podziwiać takie arcydzieła polskiego malarstwa, jak „Rybaka” Leona Wyczółkowskiego, „Żywioły – powietrze” Stanisława Wyspiańskiego, „Damę w czarnym kapeluszu” Olgi Boznańskiej, „Maski” Tadeusza Makowskiego „Japonkę” i „Akt chłopięcy” Wojciecha Weissa, „Korowód dziecięcy” Witolda Wojtkiewicza, „Pani B. pełznie na brzuchu” Witkacego oraz obrazy wielu innych twórców Młodej Polski i dwudziestolecia międzywojennego? Spieszę z odpowiedzią – w tej samej Galerii, bowiem na jednej z kondygnacji zagościła wystawa „Żywioły i maski. Wśród obrazów z kolekcji Grażyny i Jacka Łozowskich”.

Piękny, prywatny zbiór obejmujący swym zakresem malarstwo, grafikę, rysunek i rzeźbę od połowy XIX wieku aż do współczesności powstaje już pięćdziesiąt lat i liczy kilkaset wyjątkowo cennych obiektów. Zwiedzając galerię pewnie z zadziwieniem rozpoznamy wiele dzieł doskonale nam znanych z podręczników szkolnych i albumów. Jak spodziewam się, nie mniejsze emocje wzbudzi zapewne pięć doskonałych rzeźb – „Madonna” Xawerego Dunikowskiego, „Świst i poświst” Sławomira Celińskiego, dwie głowy kobiece Henryka Kuny oraz „Faun grający na syrindze” Konstantego Laszczki. Ci dwaj ostatni rzeźbiarze powinni być nam doskonale znani, bowiem ich prace znajdują się także w kolekcji stałej naszego Muzeum Mazowieckiego.

Muszę szczerze przyznać, że zazdroszczę mieszkańcom Trójmiasta, bo nie często zdarza się, aby w jednym miejscu mieć okazję podziwiać oprócz wyżej wymienionych, również prace takich tuzów polskiego malarstwa, jak Jacek Malczewski, Julian Fałat, Jan Stanisławski, Ferdynand Ruszczyc, Zygmunt Waliszewski, Jan Cybis, Zofia Stryjeńska, czy też Tadeusz Kulisiewicz, a katalog artystów jest wciąż niepełny…

Myślę, że na sam koniec, po takiej dawce estetycznych doznań dłuższy spacer po sopockim molo, dla złapania głębszego oddechu i wyrównania pracy serca, będzie w tej sytuacji zbawienny, a nawet wręcz wskazany…