Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

REKLAMA

Jak to w styczniu bywa, pomimo wielu spraw – i tych wielkich i tych zupełnie codziennych, jesteśmy w samym środku karnawału. Z tego też powodu, pomijając nawet na wielowiekową tradycję, należałoby się przynajmniej raz porządnie zabawić, aby potem rychło w czas nie żałować.

Z tej okazji w 1879 roku skwapliwie skorzystali nasi pradziadowie, o czym nie omieszkał poinformować nasz Korespondent:

„Bal w resursie płockiej na sylwestra udał się wybornie. Osób zebrało się przeszło 220. Na to liczne zebranie złożyły się żywioły miejskie i wiejskie, tworząc jednakże jednolity i bardzo zgrany zastęp towarzyski. Bal zaszczycili swą obecnością Jaśnie Wielmożni Gubernatorstwo płoccy, baronostwo Frederyks. Tańce rozpoczęły się polonezem, któremu przewodniczył J. W. Prezes Komierowski z J. W. szambelanową baronową Frederyks. Tańczono z ochotą do 6 ej z rana.”

Zabawa w resursie okazała się tak inspirująca, że baronowa jak „złapała fazę”, to wciąż było jej mało i już nie mogła się powstrzymać, tak zatem gubernatorstwo z własnej inicjatywy zorganizowało kilkanaście dni później własną, całkiem okazałą „domóweczkę”:

PowiązaneTematy

„W zeszły wtorek w salonach J.W. baronostwa Frederyks odbył się wieczór tańcujący, na które liczne grono gości składające się ze stu kilkudziesięciu osób, zaproszone zostało. Ujmująca gościnność dostojnych Gospodarzy i wykwintne przyjęcie usposabiały dobrze zebranych gości do szczerej zabawy, która się też do ranka przy ogólnemu ożywieniu przeciągnęła. Wychodzący wynieśli z sobą miłe wspomnienie, jakie w ich sercu wzbudzała gościnność i serdeczne obejście się obojga dostojnych Gospodarzy.”

Karnawał 1879 roku okazał się chyba zgoła niezwyczajny, bowiem nasi przodkowie tak się w tańcu zapamiętali, że ni w głowie im było poświęcić trochę czasu innym rozrywkom, choćby wzniosłym uciechom duszy, a jak wiadomo każda przesada w pewnym momencie staje się szkodliwa. Tak też było i w tym przypadku:

„W Płocku nic udać się i utrzymać się nie może – ten dobrze znany u nas frazes – wygłaszany najczęściej przez ludzi, którzy prócz przygany do żadnego przedsięwzięcia dłoni jeszcze nie przyłożyli – może się wkrótce sprawdzić i na teatrze naszym. Zamkniętym zapewne on zostanie z powodu obojętności ogółu. Od kilku tygodni sala teatralna bywa do tego stopnia pustą, że dyrekcya teatru po kilkadziesiąt rubli dokłada do każdego przedstawienia, aby pokryć koszt i gaże artystom zapłacić; że zaś przedsiębiorstwo teatru prowincyonalnego jest jednem z tych, od których najmniej możemy wymagać poświęceń dla sztuki i ofiar gwoli ożywienia martwej publiczności, nic więc dziwnego, że wobec pustek w kassie p. Kremski i p. Wojcicki wraz ze swym towarzystwem miasto nasze zamierzają opuścić. Tydzień ma być jeszcze pozostawiony na ostatnią próbę; jeżeli w ciągu tego czasu publiczność nasza w obojętności dla teatru trwać będzie, towarzystwo dramatyczne stanowczo opuszcza miasto i udaje się na kilka dni do Kutna, skąd pociągnie w dalszą wędrówkę. My zaś dwudziestokilkutysięczna publiczności pozostaniemy do jesieni bez teatru dlatego, że był on dla nas zupełnie zbytecznym, że mniej szlachetne rozrywki wieczory nam zajęły, że wreszcie nie poczuliśmy się w obowiązku do popierania sceny, która jest najprzystępniejszą i dla wielu jedyną szkołą piśmiennictwa pięknego i języka.”

O dziwo! Płomienny apel „Korespondenta” zdecydowanie poskutkował i sala teatru wkrótce i na dobre zapełniła się liczną publicznością; widocznie perspektywa wielomiesięcznej nieobecności w naszym mieście Melpomeny była aż nadto dotkliwa, być może też wielu widzów w obawie przed kulturalną posuchą podjęło zawczasu próbę nasycenia się sztuką dionizyjską „na zapas”; tak, czy inaczej niepokoje okazały się dzięki interwencji naszej gazety płonne i płocczanie mogli do woli cieszyć się rozrywką z wysokiej półki, odwiedzając piękny gmach zlokalizowany wtedy na Tumskim Wzgórzu nieopodal obecnej ulicy Piekarskiej.

Tymczasem skoro jedni się bawią, drudzy zgrzytają zębami z zawiści i odżegnują tych pierwszych od czci i wiary. Także i w Płocku trafił się jakiś zafrasowany „czytelnik”, który pewnie z powodu nazbyt wielu krzyżyków na karku i zaawansowanej podagry nie mógł już potańczyć, co tam! nawet pospacerować, pewnie też i nazbyt „dojrzała” powierzchowność nie przyciągała już kobiecych spojrzeń. Cóż zatem mu pozostało? Zatruwać życie innym, ganić ludzkie uciechy, ciskać gromami, pouczać i narzekać:

„Co jest hańbą naszą? Czy wiecie też mili nasi balujący, tańcujący, grający, strojący się, pijący, kanalizujący się, asfaltujący, skwerujący światli współpłocczanie, ile miasto nasze wydaje na oświatę, licząc przeciętnie na jednego mieszkańca? Powiem wam, ale niech się wasza oszczędność nie przestraszy cyfrą – otóż każdy z nas wydaje aż… 2 kopiejki rocznie! Wszak komentarzy nie trzeba, bo każdy światły płocczanin w sumieniu swem dośpiewa. Gdy słowa te czytać będziesz czytelniku wiejski, nie potępiaj zbytecznie mieszkańców starożytnej twej ziemi grodu, bo ten grosz zbyt skąpy składany jest wyłącznie przez miasto, gdy i twa dziatwa na równi z miejską ze szkół tutejszych korzysta. Sromota jest więc wspólną, a na kogo w większym przypada rozmiarze? Niech światły rolnik płocki w sumieniu swem dośpiewa…”

Pospołu dostało się zatem i mieszczuchom i wiejskiemu towarzystwu, a skoro już dotknęliśmy sprawy podsumowań, które są naturalną czynnością po zakończeniu roku kalendarzowego, ówcześni płocczanie przeprowadzali takowe z upodobaniem i nadzwyczajną skrupulatnością. Tak oto wyglądał bilans zeszłego roku w zakresie wydatków inwestycyjnych z kasy płockiej Guberni:

„Roboty budowlane w Płocku wykonane w 1878 roku kosztem rządu: Nowy rynek przy ulicy Królewieckiej – koszt 16 288 rubli, ogród spacerowy na miejscu starego rynku przed zabudowaniami Magistratu – koszt 1 113 rubli, budowa szosy przy wale miejskim od strony katolickiego cmentarza do nowego rynku przy Królewieckiej – koszt – 3 914 rubli, uszkodzone bruki w przystani nad Wisłą – koszt 2 002 ruble, Przebrukowanie ulic Grodzkiej, Warszawskiej i Kolegialnej – koszt 5 002 ruble,(…) w więzieniu detencyjnym remont pomieszczeń suterenowych na przyjęcie aresztantów – koszt 870 rubli, różne melioracje w gmachu Rządu Gubernialnego – koszt rubli 850, meble do dwóch pokoi Gubernatora – koszt rubli 1000.”

Co wynika z tej pozornie niezbyt ciekawej buchalterii? Pomijając roboty budowlane zastanowiło mnie nie to, że gubernator płocki roztrwonił cały tysiączek rubli, najprawdopodobniej na jakieś „wypasione”, skórzane kanapy podkreślające rangę urzędu; jestem zszokowany tym, iż ten reżimowy, carski satrapa na koniec roku podał te wydatki do wiadomości ogółu i rozliczył się co do jednego rubla, co jak doskonale wiemy, zupełnie nie jest w dzisiejszych czasach aż takie oczywiste. Kończąc w tym miejscu temat bilansów, mój dziewiętnastowieczny przegląd prasy nie mógł by się obejść bez kroniki wypadków nadzwyczajnych i wiadomości z wokandy sądowej – oczywiście wszystko to przedstawię, jednakże po kolei:

„Sanki jeżdżące bez dzwonka po mieście są prawdziwem niebezpieczeństwem dla przechodniów, szczególnie zaś dla starców o słuchu przytępionym. Zwracamy uwagę dla właścicieli sanków na odpowiedzialność, na jaką się narażają skutkiem zaniedbania tak oczywistego środka ostrożności, jakim jest dzwonek. W tych dniach na ulicy Nowowięziennej o mało groźnemu nie uległa kalectwu pewna staruszka potrącona przez nagle nadjeżdżające sanki, których cichego biegu nawet najczujniejsze ucho dosłyszeć by nie mogło przy wiejącej zadymce. Przytomności tylko umysłu jednego z przechodniów, który rzucił się na konie i w bok je zwrócił staruszka zawdzięcza, że skończyło się jedynie na nieszkodliwem, acz silnem w bok potrąceniu.”

Na szczęście wydarzenie obyło się tym razem bez ofiar; tyle szczęścia nie miało już kilku okolicznych gospodarzy, którzy na nic nie zważając, po pijaku poruszali się po drogach „tankując” do pełna… w przydrożnych knajpach:

„Donoszę wam o opilstwie ludu w okolicy naszej. Pijaństwo u nas idzie dawniejszym trybem, przez co wielu włościan pozbyło się już, przez ten zgubny i haniebny nałóg, całego mienia. Pijących wódkę okazuje się niby mniej, ale za to pijących piwo z arakiem i wiśniak, coraz więcej. Kapłani w parafiach wzięli się energicznie do działań przeciwko pijaństwu, przedstawiając występnym co niedziela z kazalnicy złe skutki wynikające z tego nałogu, ale to wszystko wywiera niestety wpływ niedostateczny na pijaków, bo najgorsi z nich do kościoła nie uczęszczają. We wsi Węgrzynowo 17 b.m. stoczona została niepoślednia bójka u arendarza w karczmie, zakończona pół staja poza gospodą na drodze. Paru gospodarzy z Niesłuchowa i kilku z Miszewa Murowanego – powracając z jarmarku wyszogrodzkiego w stanie umysłu nie dosyć pewnym, wstąpiła do karczmy w Węgrzynowie. Tam, jakby ich oczekiwał włościanin ze wsi Przykory z dwoma synami i kilkoma innymi wieśniakami z tej wsi. Nie wiadomo z jakiej przyczyny wszczęła się pomiędzy nimi bójka. Gospodarze z Niesłuchowa i Miszewa zostali pobici dosyć szkodliwie, bo jeden z poszkodowanych nie mógł nawet przybyć do doktora wyszogrodzkiego dla spisania obdukcyi, wskutek otrzymania ran niebezpiecznych. Sprawa zapewne pójdzie do sądu, o wydanym na winnych wyroku nie omieszkam donieść; spodziewam się, że Sąd surowo ukarze pijaków.”

A oto, co spotkało pewnego Bogu ducha winnego rzeźnika (bo pewnie nawet do głowy mu nie przyszło, żeby sprzedawać mięso padłych krów), który pewnego dnia dostał się w szpony złodziejskiego procederu:

„Dnia 15 b.m. Jan Szaja – rzeźnik z Ciechanowa po jarmarku stanął wozem w jednego konia zaprzężonym na przedmieściu zwanym Ostatni Grosz, przed mieszkaniem córki swej, do której wstąpił na chwilkę. Po kilku minutach wróciwszy do swego wehikułu, już takowego nie zastał. Zdesperowany, bo mu już drugi raz konia kradną, o pomoc krzyczeć zaczął. Ruch jeszcze wtedy był nie mały, zjawił się też jeden facet i oświadczył, że widział wóz i konia podobnego do opisu, którym powożący w przeciwną od mostu udawał się stronę. Na szczęście jednak nasz Szaja, stary bywalec, znał tego jegomościa z nie najlepszej strony, przypiął się zatem do niego jak pijawka i oświadczył, że kiedy widział jak złodziej wozem uciekał, to musi go doń doprowadzić. Jegomość rad, nie rad, nie chcąc być może w bliższe stosunki z policyą wchodzić, powiódł poszkodowanego do wsi Tatary, a tam w olszynie znaleziono uwiązanego konia z wozem… i nieprawego, krótkotrwałego posiadacza! Ciekawiście jak zakończyła się ta historia? Uszczęśliwiony rzeźnik, że mu się zguba wróciła, wziął dwóch aktorów tego dramatu na poczęstunek i to taki, że aż rubli srebrnych 3 za fundę zapłacił! Opowiadający mi to Żyd nie mógł pojąć mego oburzenia – „Jak to? Może miał go oddać strażnikowi, aby po 6 tygodniach kozy wypuszczony, drugi raz jeszcze zręczniej wziął mu konia?”

A teraz, dotrzymując wcześniejszej obietnicy przytoczę, co też wydarzyło się w czasie pewnej wokandy sądowej i to słowo w słowo…

„Z ławy sądowej: W czasie rozprawy sądowej sędzia każe przywołać woźnemu kolejnego świadka. Woźny odchyla drzwi do izby świadków, gestem wskazuje sędziego, zaczem wchodzi na salę rozpraw mniemany świadek.
Sędzia: „jak się pan nazywasz?” – „Jakub Wala.” – Sędzia: „Ile masz lat?” – Jakub: „Sądzę, że to nie należy wcale do rzeczy.” – Sędzia: „Czy powiesz pan natychmiast ile masz lat?” – Jakub: „Trzydzieści i trzy” – Sędzia: „Wyznania katolickiego?” – Jakub: „Ależ panie Sędzio!” – Sędzia: „Jeżeli się poważysz pan raz jeszcze nie odpowiadać na moje pytanie, to każę pana osadzić na chlebie i wodzie” – Jakub: „Jestem katolik” – Sędzia: „Z oskarżonym czy zostajesz pan w pokrewieństwie jakiem, powinowactwie lub stosunku służbowem?” – Jakub: „Ja – z oskarżonym? Ani mi się śniło!, co panu do głowy przyszło, panie sędzio?” – Sędzia (wśród wybuchu wesołości w ławach): „Powstrzymaj się pan od wszelkich niestosownych uwag, jeszcze raz pana upominam! Teraz podnieś rękę i będziesz przysięgał” – Jakub: „Ja jednak sądzę, panie sędzio, że tego nie potrzeba” – (Publiczność wybucha głośnym śmiechem) – Sędzia podnosząc się wybucha gniewem: „Jeżeli świadek poważy się choćby słówkiem jeszcze zrobić jaką uwagę, każę go uwięzić! Podnieś pan do góry rękę i mów za mną przysięgę!” (Jakub podnosi rękę, a sędzia odczytuje przysięgę) – Sędzia: „…Tak mi Boże dopomóż!” – Jakub: „Tak mi Boże dopomóż!” – Sędzia: „Wyznać wszystko, co wiem” – Jakub: „Wyznać wszystko, co wiem” – Sędzia: „ Nic nie zataić, coby posłużyć mogło do wyświecenia istoty czynu” – Jakub: „Nic nie zataić, coby posłużyć mogło do wyświecenia istoty czynu” – Sędzia: „I mówić tylko szczerą prawdę” – Jakub: „I mówić tylko szczerą prawdę” Sędzia: „Amen” – Jakub „Amen” Sędzia: „Cóż tedy ma nam świadek do powiedzenia?” – Jakub: „Mam oświadczyć panu sędziemu najpiękniejsze ukłony od pana pułkownika, który na dziś na godzinę ósmą, zaprasza pana sędziego na wieczór. Sarnę, którą pan pułkownik wczoraj raczył zastrzelić, już przywieźli” (Ogromny wybuch śmiechu w ławach) – Sędzia: „Co-o-o-o? To pan nie jesteś świadkiem?” – Jakub: „Nie, panie sędzio. Jestem służącym pana pułkownika i kazano mi zaprosić pana sędziego, a że nie zastałem w domu, przyszedłem tutaj. Pytałem woźnego o pana sędziego, a on kazał mi tu wejść” (ogólna wesołość). Uprzedzając zbytnią ciekawość oświadczamy, że mianowicie nie wiemy w którym sądzie opisany epizod miał miejsce.”

Pewnie zastanawiacie się Państwo, czy tak zabawna komedia pomyłek mogłaby również wydarzyć się współcześnie. Obawiam się, że nie i bynajmniej nie z tego powodu, że w sądach mamy obecnie o wiele bardziej rozgarniętych woźnych. Po prostu dziś pułkownik schwyciłby za telefon i bez udziału przypadkowej gawiedzi zaprosiłby sędziego na poczęstunek z dziczyzną w tle. W tych warunkach komiczny suspens, na to by się mógł zawiązać, po prostu nie ma najmniejszych szans.

We współczesnym świecie najzwyczajniej nie ma już miejsca na takie błędy, jednak czegoś chyba żal…