Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

REKLAMA

Na pewno już jesteście Państwo spragnieni informacji, cóż też ciekawego wydarzyło się w Płocku 140 lat temu. Bez zbędnej zwłoki opowiem zatem o królewskich przywilejach na łaźnie, kartkach na tobołki, człowieku, który miał wszystko na opak, rzeźnikach – łupieżcach, kłopotliwych amorach i jeszcze kilku innych, interesujących historiach „z myszką”.

Chronologicznie rzecz rozpoczynając na przełomie czerwca i lipca kończył się rok szkolny; dla uczniów zatem rozpoczynał się tak upragniony czas wakacyjnej laby:

„Popis, czyli uroczyste zakończenie roku szkolnego 1877/78 odbył się w gimnazyum żeńskiem dnia 28 czerwca br., a w gimnazyum męskiem 1 lipca br. Do gimnazyum żeńskiego upłynionego roku uczęszczało łącznie uczennic 176, a do męskiego łącznie 435. (…) W klassie VIII z liczby 13-tu, otrzymało 11-tu patena, a mianowicie Płoski Edmund, Słupecki Antoni, Wróblewski Władysław, Grendeszyński Lubomir, Gołembiowski Jan, Krzywicki Ludwik, Oraczewski Wiktor, Dyski Kazimierz, Dębski Aleksander, Kamiński Władysław, Kurowski Henryk.”

Wszystko na to wskazuje, że był to rok szczególny, bowiem wśród świeżo upieczonych maturzystów dostrzegłem trzech, którzy trwale zapisali się na kartach nie tylko płockich dziejów; jeden z nich stał się patronem płockiej ulicy, tymczasem kolejny dorobił się własnego pomnika. Oczywiście chodzi tu między innymi o Edmunda Płoskiego – współtwórcę socjalistycznej organizacji „Proletariat”, skazanego przez carskie władze za swą działalność na katorgę na Sachalinie, a później w okresie międzywojennym – Prezesa Sądu Okręgowego we Włocławku.

PowiązaneTematy

Działalnością stricte polityczną zajął się Aleksander Dębski, który również był współzałożycielem „Proletariatu”, działaczem niepodległościowym, a także senatorem II Rzeczpospolitej z ramienia PPS. Każdy z nas kojarzy też przecież majestatyczny pomnik Ludwika Krzywickiego – socjologa, pedagoga, myśliciela i działacza lewicowego, wykładowcę wyższych uczelni warszawskich, członka Polskiej Akademii Umiejętności. Jednakże zanim trójka przyjaciół i zapaleńców z impetem ruszyła zdobywać świat, najpierw wspólnie spędziła kilka lat w szkolnych ławach naszej „Małachowianki”…

Kontynuując nasz przegląd wydarzeń, skoncentrujemy się teraz na zagadnieniach bardziej prozaicznych. W XIX wiecznym Płocku żegluga wiślana była niezmiernie ważnym środkiem komunikacji publicznej, a tu na przystani doszło niespodziewanie do sytuacji, nad którymi miejscowa władza na jakiś moment straciła kontrolę:

„Od pewnego czasu panuje nieporządek wielki przy przystani statku parowego. Ludzie rozmaici, nikomu prawie nieznani, wyrywają przyjezdnym z rąk tłumoki, gwałtem swą natrętną usłużność narzucając. Naraża to, obok drobnych nieprzyjemności wielu, na prawdziwe niebezpieczeństwo zatracenia na zawsze pakunku podróżnego. Otóż jak się dowiadujemy, niedogodność ta wkrótce ma być usuniętą, dzięki sprężystości i czujności pana policmajstra miasta naszego. Chcący posiadać prawo wynoszenia pakunków z przystani statku parowego, obowiązani będą poprzednio meldować się w biurze policmajstra, gdzie dane im będą numera porządkowe do noszenia na ręku. Stawać oni będą szeregiem przed przystanią i kolejno, z zachowaniem prawa pierwszeństwa, będą mogli usługi swe ofiarować przyjezdnym, dając tym ostatnim za wzięty pakunek kartkę ze swoim numerem. Tym sposobem ład i bezpieczeństwo własności wiele zyska.”

Czy „sprężysty policmajster skutecznie zapanował nad ludzkim żywiołem i czy faktycznie rozdawnictwo świstków papieru zapobiegło kradzieżom? O tym dowiemy się pewnie z następnych doniesień, choć o ile znam życie, ludzka pomysłowość, a tym bardziej przebiegłość nie zna granic, nie wyłączając również tych urzędowych.

Tymczasem, nie wiedzieć czemu, miejscowa władza mimo żaru lejącego się z nieba, nie zważając na ekstremalne warunki pracy, zwijała się jak w ukropie:

„Z rzeźnikami bodaj, czy nie gorsza sprawa, niż z samym dyabłem, boć tego samego – podług mazowieckich podań naszych – chłop nie rzadko w pole wywiódł, o babie już nie wspominając, toć jej dyabeł jawnie wyższość przyznawał, posługując się zmyślnością niewieścią w trudnych sprawach. Z rzeźnikami tymczasem ładu dojść nie możemy; była taksa – brakło mięsa, zniesiono taksę – mięso trzeba było przepłacać, po przywróceniu taksy – na post ścisły skazani jesteśmy. W tych dniach jednak władza surowo do panów rzeźników się zabrała, kary sypią się na nich gradem, a władza policyjna wielkiej energii daje dowody, nie szczędząc czynności i pracy. W walce tej idzie o dobro ogółu, ogół też powinien z pomocą władzy przychodzić, a pomocą nie jest przepłacanie mięsa ponad taksę aby prędzej, czy lepszy dostać kawałek. Tymczasem ten sposób solidaryzowania się z rzeźnikami przeciw własnej sprawie stał się u nas rzeczą powszechną i zwykłą.”

W tym miejscu chciałoby się sparafrazować słynną maksymę J. F. Kennedy’ego – „Nie pytaj co ogół może zrobić dla ciebie, ale co ty zrobiłeś dla ogółu”… tępiąc rzeźników malwersantów. Nieuchronnie nasuwa się jeszcze jedna refleksja – nasza, współczesna władza policyjna w ostatnim czasie również „daje dowody wielkiej energii, nie szczędząc czynności i pracy”, aby troskliwie zadbać o nasze bezpieczeństwo, bo swymi nieodpowiedzialnymi postępkami możemy sobie zrobić duże „kuku”, tymczasem mocno skonsternowany tą zaskakującą sytuacją „ogół” zastanawia się, czy na pewno owa aktywność jest podejmowana w słusznej sprawie, czyli na rzecz przywołanego tu „ogółu”, bo przecież każdego pupila można udusić w uściskach uwielbienia, albo też na śmierć zagłaskać… Dlatego też póki co „ogół” niespecjalnie pali się do tego, aby „władzy przychodzić z pomocą”.

Na szczęście nasi pradziadowie nie borykali się z takim rodzajem czułej „prewencji”, bowiem ówczesna policja miała huk roboty w sprawach jak najbardziej przyziemnych:

„Kronika sądowa od jakiegoś czasu obfity nam przynosi materyał: codziennie prawie o nowych słyszymy kradzieżach. Z niedzieli na poniedziałek w domu Pani H. przy ulicy Szerokiej złodziej zakradłszy się do mieszkania, w którym z powodu wyjazdu męża, znajdowała się sama tylko gospodyni, usiłował, dla zapewnienia sobie bezkarności, pozbawić ją życia przez uduszenie. Powstały hałas zbudził sąsiadów i zmusił złoczyńcę do ucieczki.”

Póki co, nic mi nie wiadomo, aby nasze prababki uprawiały jakieś sporty walki, dzięki którym skutecznie mogły chronić swe życie i dobytek, jednakże kolejne doniesienie poważnie pozwala snuć takie przypuszczenia:

„Próżniactwo doprowadza ludzi do dziwnych… wybryków. Z soboty na niedzielę około północy, pani S. mieszkająca przy ulicy Nowowięziennej usłyszała lekkie do drzwi stukanie. W tym czasie właśnie oczekiwała nadejścia koni ze wsi. Sądząc, że dobijającym się jest furman, bez podejrzeń żadnych poszła sama, nie czekając na służącą, drzwi otworzyć. Jakież było jej zdziwienie i przestrach, gdy uchyliwszy podwoi ujrzała twarz dobrze jej znanego z widzenia człowieka, którego jedynym stanowiskiem społecznem i wyłącznem zajęciem jest praktyka lowelasowania. Motylek ów, czy raczej ćma smoląca, od pewnego już czasu prześladował panią S. , które to awanse jednak do tej pory ograniczały się na spojrzeniach niby wymownych i nieproszonych odprowadzeniach… w odległości mniej więcej przyzwoitej. Pani S. Jest przytomna, a ramieniu niewieściemu nie brak sprężystości; spostrzegłszy więc natręta przez drzwi ledwie uchylone, takowe zamknęła szybko, nie zważając na niebezpieczeństwo grożące najwydatniejszej ozdobie twarzy napastnika. Prosimy o przestrzeżenie niefortunnego lowelasa, że dalsze jej zaloty narazić go mogą na los ćmy zbyt blisko ognia krążącej – opali sobie skrzydełka.”

Czy oficjalnie ostrzeżony lawstorant porzucił swą chuć i niecne zamiary? Pewnie tak, bo kolejne strony „Korespondenta” nie przynoszą w sprawie tej miłosnej, nieodwzajemnionej fascynacji nowych faktów, być może zawiedziony zalotnik się przekwalifikował, upatrując źródła swych fascynacji w koniach… Ciężko dotkniętych przez srogi los inwalidach:

„Dnia 15 b.m. rano skradziono w Sierpcu ze stajni w klasztorze dwa konie: jeden wałach rosły, drugi młody, kary, kulawy. Kto by o takowych wiedział, raczy donieść do władzy lub do Wielmożnego Jasieńskiego, właściciela folwarku w Płocku, albo wreszcie do samych Panien w Klasztorze Sierpskim, Nagroda przyrzeczona.”

Oczywiście zdarzały się również postępki, ścigane surowo przez władzę, lecz w swej istocie pozbawione niezrozumiałej perwersji, ot, choćby przypadek zabawy do upadłego, którym stał się wbrew swej woli właściciel „wiejskiego punktu gastronomicznego”:

„W Trzepowie pod Płockiem z niedzieli na poniedziałek, rozochoceni włościanie nie chcieli kończyć tańców pomimo późnej godziny. Gdy karczmarz stanowczo oparł się dalszej zabawie, kilku pijanych rzuciło się na niego i tak pobili go, że obecnie życiu jego niebezpieczeństwo grozi.”

Wiadomo – jak upał, to człowiekowi pić się chce, ale przecież są to również idealne warunki do powstawania pożarów. Zaraz też poznamy historię dwóch strażaków ochotników z przymusu, nie z wyboru:

„Ostrożnie z ogniem! Pod tem tytułem donoszą nam z Raciąża: Piszemy do was te słowa pod wrażeniem niebezpieczeństwa, jakie nam groziło. Do naszego kościoła dobudowało się prezbiterium. Dziś dwóch chłopców znajdowało się tylko u roboty, zajętych tzw. fugowaniem murów od strony zewnętrznej. I właśnie gdy mieli odchodzić na obiad, spostrzegli na dachu płomień, powstały bez wątpienia z papierosa, który sami nieopatrznie rzucili. Widząc niebezpieczeństwo, a nie chcąc się z nim wyjawić, rzucili się gasić, starając się ogień przytłumić sukmanką, ale nic to nie dało. Wtedy jeden z nich zbiegł na dół po wodę, wpadł do przyległego domu i pochwyciwszy kubełek chciał wybiedz, ale gospodyni zastąpiła mu drogę.
I cóż to! – krzyknęła – Bierzesz jak swój?
– Bo… bo… bo… tam się zatliło!
– Gdzie, tam?
– No… na kościele!
Natychmiast zrobił się rwetes, Dano znać na plebanię, uderzono w dzwony, kilkanaście osób wbiegło na rusztowanie i utworzyło łańcuch, a kubełki przechodząc z rąk do rąk, w dziesięć minut stłumiły pożar. Dzięki Bogu! Najbliższe zabudowania wnet stanęłyby w płomieniach, wtedy bylibyśmy zgubieni i do wieczora osada licząca około czterech tysiąca mieszkańców, mogłaby stać się kupą gruzów… Chcę nadmienić, że owi mularczyki, aby ukryć swą winę, tlący się sukmanek schowali pod ten sam dach kościelny i dopiero później badani w Urzędzie gminnym, przyznali się, co uczynili. Posłano po to odzienie i wydobyto je na wpół zwęglone z tlącym się ogniem! I tak nasz kościół i osada cała aż dwa razy dziś uniknęły nieszczęścia!
Wprawdzie miejscowy Urząd gminny poprzedniego dnia kazał opublikować, przy odgłosie bębna, zakaz palenia cygar i papierosów tak na ulicy, jako i w obrębie zabudowań, a to pod karą pieniężną, jak i aresztu; cóż jednak znaczą wszelkie, choćby najzabawniejsze rozporządzenia Władzy, jeśli mieszkańcy z nią nie współdziałają, jeśli widząc palącego nie przedstawiają go do ukarania? Smutne, nieprawdaż?”

Czyżby „ogół” znowu nie chciał wspierać Władzy? Niedopuszczalne! Może to już taka nasza, polska natura, że na wszelkie obostrzenia stajemy okoniem. Nic też dziwnego, że zwalczany takimi sposobami nikotynowy nałóg do tej pory wciąż znajduje licznych zwolenników. Zresztą i w innych sytuacjach okazało się, że walenie w bębny niewiele by pomogło:

„Co rusz słyszymy o jakiejś większej lub mniejszej miejscowości w kraju, gdzie jakaś choroba pojawiła się w postaci epidemicznej, pochłaniając znaczną liczbę ofiar. Władze nasze, lekarze i prasa robią, co mogą, aby zachęcić ludność do przestrzegania przepisów epidemiczno – sanitarnych, gdyż nauka i doświadczenie dostatecznie już przekonały, że choroby i epidemie tam się przede wszystkim gnieżdżą i srożą, gdzie warunki epidemiczno – sanitarne najgorzej się przedstawiają. Według niezaprzeczalnych świadectw łaźnie były w dawnej Polsce ogromnie rozpowszechnione. Łaźnie miejskie odznaczały się swoim, nieraz wysokim komfortem i miały swoje statuta i przywileje. Wincenty Gawarecki w opisie Płocka podaje, że miasto to miało obszerne łaźnie, z których dochód książęta mazowieccy: Władysław, a potem jeszcze Konrad II, Kazimierz i Jan w roku 1435 przywilejami wydanemi na szkoły i ubogich przeznaczyli. Łaźnie prywatne przypominały nawet przepychem sławne rzymskie kąpiele. Doktor Connor, anglik, lekarz Jana III Sobieskiego powiada: każdy prawie szlachcic posiada własną łazienkę i w każdym mieście, nawet najmniejszej mieścinie, są publiczne łazienki; tej też okoliczności przypisuje on, że w Polsce rzadko tylko mu się zdarzało dzieci krostowate widzieć. Już co tydzień w sobotę lub w wigilię święta należało być w łaźni, a jako środek leczniczy łaźnie cieszyły się powszechnym uznaniem. Rozpowszechnienie na nowo tych urządzeń, szczególniej po wsiach byłoby rzeczą arcypożądaną. Rzucamy tę myśl w przekonaniu, że znajdzie ona echo wśród tych, którym dobrobyt naszej ludności nie jest obojętny.”

Czyżby zatem można było z ostatnich doniesień wysnuć wniosek, że płocczanie „nie myli się, tylko pili”? W moim przekonaniu byłaby to krzywdząca, zbyt daleko posunięta generalizacja. Śmiem twierdzić, że z taką samą dbałością podchodzili do czynności higienicznych, jak i organizacji swego najbliższego otoczenia, o czym świadczy kolejna notatka prasowa. Gmachy, o których w niej mowa, stoją przy Placu Narutowicza do dnia dzisiejszego, pełniąc podobną, co pierwotnie rolę:

„Pałac pobiskupi płocki ma stanowczo ulec przebudowaniu i w tym celu skarb państwa wyznaczył fundusz rubli srebrnych 140 tysięcy. Główny korpus w głębi ma podobno pozostać, od frontu zaś ma stanąć wielki gmach zbudowany w podkowę, którego boczne skrzydła w głąb idące łączyć się będą z dzisiejszym korpusem. W całym tym rozległym gmachu mieścić się będą biura izby skarbowej z mieszkaniem Prezesa, kassa gubernialna, Sąd okręgowy i hipoteka. Życzyć by należało, aby z powodu upiększania naszego miasta, upośledzonego pod względem architektonicznym z powodu braku ozdobniejszych, współczesnych budowli, miano uwagę w tym nowym gmachu na prawa estetyki i piękna.”

A na deser przytoczę rzecz o człowieku, któremu kompletnie wszystko się poprzewracało, nie w głowie bynajmniej, ale jak to się wtedy mówiło – w kiszkach:

„W kaliskim Szpitalu św. Trójcy znajdował się chory Roman K., u którego wszystkie organa wewnętrzne były inaczej położone. Na miejscu wątroby leżała śledziona, a w miejscu, gdzie powinna znajdować się śledziona, chory nosił wątrobę; serce wreszcie posiadał z prawej strony. Lekarz ordynujący Doktor Wilczewski utrzymuje, że zdarzają się podobne przypadki, jednakże są nader wyjątkowymi.”

Jak wiadomo, wątroba posiada tę ułomność, że może się na nas obrazić i odmówić posłuszeństwa; łatwo się przewraca przy wysłuchiwaniu nadętych peror; może zmienić również swe położenie na czyjś, niechciany widok; czasem także po przyjęciu wysokooktanowych płynów w ogóle wolałaby przejść w stan bezdomności, opuszczając na zawsze dotychczasowego właściciela. Cóż zatem uczynił nieszczęsny nieboszczyk, jakich dopuścił się przewin lub niegodziwości, skoro w ślady wątroby poszły także śledziona i serce? Jeżeli tylko sprawa wyszła na jaw, dowiemy się o tym, przeglądając pożółkłe szpalty „Korespondenta Płockiego”…