Z okna Płockowiaków: Płockowiakowie wielkanocnie

REKLAMA

– Tu chyba jeszcze nie sprzątałam, ale w szafie już mam porządek – stwierdziła Maggie i z satysfakcją otworzyła drzwi. W środku do tej pory zapełnionego do granic wyporności mebla smętnie zwieszało się zaledwie kilka ubrań. – Co tu się stało, okradli cię? – z przerażeniem w głosie zapytała matka. – Ależ skąd! Pomyślałam tylko, że moje ciuchy i tak są niemodne, dlatego spakowałam je do worków i wyniosłam do piwnicy. Teraz przynajmniej mam miejsce na nowe… – z typową sobie logiką wyjaśniła córka.

Wiosna tego roku mocno zaspała. Pogoda wciąż jeszcze nie zachęcała do spacerów, zimne porywy wiatru skutecznie płoszyły wielu śmiałków, tylko ptaki darły dzioby i swoimi trelami zwiastowały koniec zimy, nic nie robiąc sobie z meteorologicznej „obsuwy”. Mimo, że świat wciąż przypominał jeszcze scenografię Mordoru do „Władcy pierścieni”, to promienie słońca mocno już przebijały się przez szyby okiem Płockowiaków, grzejąc przez nie ze wzmożoną siłą. Od jakiegoś już czasu w domu trwała gorączkowa krzątanina, której ton jak zwykle nadawała Zośka.

PowiązaneTematy

– Maggie, Przemek, Kuba! Porządki czas zacząć – stwierdziła przy wspólnym, sobotnim śniadaniu z jakąś taką jadowitą satysfakcją w głosie. – Oczyścicie dzisiaj z wszelkich nieczystości swe stajnie Augiasza… – dodała, mając oczywiście na myśli pokoje dzieci, w których przez większą część roku panował eufemistycznie ujmując -„artystyczny nieład”.

– Mamooo! – wyrwało się chóralnie i z wyrzutem z młodych piersi niedorosłej jeszcze części płockowiakowej familii w ostatnim geście rozpaczy.
Umówiona byłam… – Maggie próbowała się jeszcze bez przekonania wymigać z przedświątecznych domowych obowiązków.

– I masz rację córeczko. Byłaś! – stwierdziła matka, głosem nie znoszącym sprzeciwu. – Około południa przeprowadzę kontrolę i wszystko ma błyszczeć, jak… jak… lakier, śmakier, skóra, politura! – wypaliła z niejaką ulgą, bowiem przez chwilę zabrakło jej określenia, które właściwie by wzmogło dziecięcy zapał do znienawidzonych czynności.

Wkrótce dzieciaki zniknęły w swych pokojach, czasem pohukiwał przeciągle odkurzacz, czasem też coś z impetem sprawdzało na wysłużonej podłodze teorię Newtonowskiej grawitacji. Zośka niespecjalnie się tym przejmowała, pochłonięta własnymi przedświątecznymi obowiązkami, których przecież było nie mało. – Tyle zakupów jeszcze do zrobienia i kiedy to wszystko załatwić, czy jutrzejsza niedziela jest przedświąteczna „handlowa”, czy też „zakazana” palmowa? – bezwiednie rymowało jej się w myślach.

Dziadek w zadumie polerował sztućce i talerze, Jurek Płockowiak tymczasem zajął się domową „porcelaną” w łazience; ciężko sapiąc starał się ze wszystkich sił przywrócić sfatygowanemu wyposażeniu dawno zapomniany, śnieżnobiały blask. Wreszcie matka postanowiła sprawdzić, jakie postępy w odgruzowaniu swych „jaskiń zła” poczyniły dzieciaki. Wykorzystując podpatrzony, telewizyjny trick wcisnęła na dłonie białe, bawełniane rękawiczki, a potem zamknęła oczy, przeżegnała się nabożnie i nacisnęła klamkę pierwszego pokoju.

– Maggie, Czy już ogarnęłaś swój, z taką troskliwością hodowany przez wiele miesięcy bałag…an? – matkę zatkało po raz kolejny, bowiem spostrzegła, iż nie wiadomo w którym momencie jej „testery czystości” dramatycznie szybko zmieniły barwę z bieli na kolor ziemi, a zatem dalsza inspekcja w zasadzie nie miała sensu.
– Tu chyba jeszcze nie sprzątałam, ale w szafie już mam porządek – stwierdziła Maggie i z satysfakcją otworzyła drzwi. W środku do tej pory zapełnionego do granic wyporności mebla smętnie zwieszało się zaledwie kilka ubrań.
– Co tu się stało, okradli cię? – z przerażeniem w głosie zapytała matka.
– Ależ skąd! Pomyślałam tylko, że moje ciuchy i tak są niemodne, dlatego spakowałam je do worków i wyniosłam do piwnicy. Teraz przynajmniej mam miejsce na nowe… – z typową sobie logiką wyjaśniła córka.

– Trudno temu odmówić racji, o ile się wie, skąd się na nowe kreacje weźmie pieniądze, a te długo mogą się nie pojawić! Żadnego kieszonkowego, jeżeli pokój dalej będzie wyglądał jak zbójecka gawra! – matka podsumowała wynik inspekcji i zatrzasnęła za sobą drzwi.

Ciężko chwytając powietrze w rozległe płuca, przez chwilę wahała się, czy na pewno ma siły, by kontynuować tę krucjatę. Niepewnie nacisnęła klamkę następnego pokoju; tam Przemek z zapałem układał na półkach nieprzebrane stosy swych woluminów, z których jednakże obficie obsypywał się kurz, tworząc w powietrzu coś w rodzaju dymnej zasłony.
– Otwórz okno… szmata, odkurzacz! – wydusiła z siebie. – Dlaczego nie wytarłeś kurzu?
– Ależ mamo! – zaoponował familijny mól książkowy i erudyta. – Sama powiedziałaś… Lakier, śmakier, skóra, politura! Tym samym standard jakości sprzątania został określony dość niejednoznacznie, pozwalając na samodzielne ustalenie wartości progowych, jak też dowolne zdefiniowanie zakresu zadań. W tej sytuacji uznałem, że samo przeniesienie moich książek z podłogi, biurka i wersalki na półki w zupełności spełni ustalone przez ciebie kryteria, tym bardziej, że „śmakier” jest bytem bliżej nieokreślonym, nie korelującym z żadnym, opisanym przez naukę modelem…

– Dooość! – Płockowiakowa wydała z siebie jęk rannego zwierzęcia, który jeszcze długo odbijał się echem pomiędzy ścianami wiekowej kamienicy. Kiedy już ochłonęła, jeszcze raz zebrała całą, młodocianą załogę; tym razem zadania zostały wyznaczone ze szwajcarską precyzją, bez choćby „nano – krztyny” przestrzeni na dowolność.

Tak zatem zabiegi sanitarno-epidemiologiczne w gnieździe Płockowiaków trwały jeszcze jakiś czas; wreszcie, kiedy opadło wzburzenie i wojenny – nomem omen kurz, Zośka stwierdziła polubownie:
– Chodźmy na spacer. Pogoda może nie najlepsza, ale coś się dzieje na rynku. Może na koniec zrobimy przedświąteczne zakupy.

Wszyscy chętnie przystali na tę propozycję; niebawem w wielopokoleniowym komplecie przechadzali się ulicami Starego Miasta. Przemek szczęśliwy, że póki co został oderwany od znienawidzonych narzędzi czyszczących, sypał jak z rękawa informacjami na temat historii Płocka:
– Na Tumskim Wzgórzu już w I tysiącleciu istniał ważny ośrodek kultu pogańskiego, tu krzyżowały się również szlaki handlowe…
– Poganie, czyli że co? Dzikusy? – zatrwożyła się Zośka. – Poganie, bo jeszcze wtedy Polska nie przyjęła chrześcijaństwa – kontynuował nie zrażony naiwnymi pytaniami matki. – W średniowieczu Płock był miastem książęcym; dawna warowna siedziba władcy znajdowała się w miejscu opactwa pobenedyktyńskiego. Nie wiadomo, czy nazwa „Płock” pochodzi od płotu, czyli umocnień, czy od brodu przez rzekę. Do dziś natomiast zachowało się wiele nazw osad książęcych produkujących na potrzeby dworu: Tokary wytwarzały meble, Rybaki – tu łowiono ryby, w Świniarach hodowano świnie, a w Winiarach produkowano wino…
– A na Wielkiej Płycie… średniowieczne, duże płyty! – „genialnie” wpadła w słowo Maggie, czym najpierw wywołała chwilową konsternację, po której wszyscy „uchachali” się do ostatnich łez.
– Aż strach pomyśleć, czym się trudniono w Sikorzu, albo też Murzynowie – podsumował sentencjonalnie dziadek Rysiek.

Tak raz to edukując się, raz to z kolei dowcipkując, nie wiadomo kiedy przywędrowali na Stary Rynek. Ich oczom ukazał się szereg straganów z wielkanocnymi różnościami. Wspólnie okrążyli plac, oglądając towary.

Zośka, biorąc pod uwagę wciąż mizerny stan przygotowań do świąt, postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce.
– W porządku, słuchajcie. Ja rozejrzę za jakimiś fajnymi wędlinami, Maggie kupi świąteczne łakocie, a ty Jurku z dziadkiem wybierzecie miód…. – tu rozejrzała się, bo mąż i antenat nagle jakby zapadli się pod ziemię – do ciasta… – dokończyła niepewnie.

Zaczęło zmierzchać i Płockowiakowa, która już dawno wróciła z dziećmi do domu, nie mogła pojąć, gdzie też podziała się męska część rodziny. Wreszcie dość niepewnie w zamku zachrobotał klucz. Po chwili w drzwiach stanęły dwie zguby w stanie mocno wskazującym:
– A was gdzie poniosło? Czy wiecie, która jest godzina? – zapytała retorycznie Zośka wskazując na zegarek.
– Ciesz się córciu – rozpoczął buńczucznie dziadek – że nie musisz pokazywać nam kalendarza. Tyle było tych gatunków miodu, że długo nie mogliśmy się zdecydować, w końcu chcieliśmy wybrać najlepszy, ale misję zakończyliśmy powodzeniem – wskazując na torbę pełną flaszek antenat opisał w skrócie przebieg degustacji.
– Opoje i moczymordy! Po miód do ciasta was wysłałam, to taki słodki nektar od pszczółek; sprzedają go w słoikach, a nie w butelkach! Jaki przykład dajecie naszym dzieciom! Skaranie boskie z tymi chłopami…
__________________________________________________________________
Przez cały boży dzień Płockowiakowie zupełnie nie czuli się inwigilowani, nic jednakże nie umknęło uwadze Zenka Administratora, który raz to nasłuchując rozmów w czeluściach swej urzędowej kanciapy, raz to zmyślnie przebrany za kramarza prowadził zakrojoną na szeroką skalę, socjologiczną obserwację swej ulubionej familii.

– Taaak – westchnął przeciągle. – Krowa może być czarno-biała albo biało-czarna, bardziej ogoniasta lub też bardziej mordziasta. Wszystko zależy od punktu widzenia. Nie zawsze to, o czym mówimy, jest tak samo oczywiste dla naszego słuchacza, bo… – tu zawiesił głos – każdy rozumie sprawę po swojemu. Pewnie jest to jakiś częściowo fałszywy obraz komunikatu, jak w krzywych lustrach tego filozofa od miłości… zdaje się, że Platona. Muszę koniecznie zapisać tę myśl dla potomności… – skwitował, drapiąc się po owłosionej klacie przez tkaninę wysłużonego podkoszulka. – Ale przecież już za kilka dni będą święta, a wtedy wszyscy doskonale się zrozumieją…