Zapach budzącej się do życia po okresie zimowych chłodów natury coraz intensywniej rozchodził się w powietrzu, nie wiadomo skąd, na okoliczne podwórka wyległy dzieciaki, zrzucając z siebie ciepłe kurtki. Wiosna coraz natarczywiej pukała do drzwi, jak również do słynnego, płockowiakowego okna…

Zośka, wdychając w swe rozległe płuca świeże, kuszące woniami rozgrzanej ziemi powietrze, mimowolnie zerknęła w kierunku ratusza.
– Dlaczego nie powiedzieliście mi, że tuż pod nosem rozłożył nam się jarmark? – skierowała wyrzuty pod adresem wszystkich członków rodziny, ale i tak odium pretensji w naturalny sposób skupiło się na Jurku. – Ja tu haruję przed świętami, jak sprzątaczka, praczka, magazynier i kucharka, tymczasem nikt nie raczy mnie poinformować, gdzie mogłabym się trochę odprężyć… – Jurek bezwiednie, a potem już z rezygnacją zerknął w kierunku swojego portfela, nad którym niechybnie zawisła groźba wielokrotnego użycia, z czułością ścisnął go w ręku i wsadził z pietyzmem do kieszeni marynarki.

Niebawem Płockowiakowie wmieszali się w barwny tłum, przetaczający się wśród straganów przez Stary Rynek. – Zobacz! Znów pomalowali jaja, tak jak w zeszłym roku – spontanicznie krzyknęła Zośka.
– Rotmistrz Ciupało zawsze nam powtarzał, że jaja należy myć… No… w ostateczności wietrzyć – przypomniał sobie stare czasy dziadek. Wykład dziadka na temat wojskowej higieny natychmiast powstrzymała Zośka. – Dość! Niech się ojciec lepiej dobrze przyjrzy, o tam przed ratuszem! Pamiętam te zdjęcia w „PetroNews”. Dzieciaki dokładnie rok temu w niedzielę palmową miały niezły ubaw, turlając te styropianowe pisanki po całym rynku!
– To tym razem już nie poturlają… – skomentował Jurek, zwróciwszy uwagę, że te monstrualnych rozmiarów symbole życia zostały umieszczone w żelbetowych podstawach, co też wykluczało tego roku jakikolwiek dziecięcy „spontan”. – Pewnie w ratuszu muszą się z tych jajek jakoś rozliczyć, dlatego je tak solidnie zabezpieczyli – snuł przypuszczenia Płockowiak. Wiadomo – co jajko, to jajko, a nie jakaś tam jajecznica… Zośka popatrzyła na męża z ukosa. – Co wam się porobiło z tą egzystencjalno-erotyczną interpretacją Wielkanocy? Czas skończyć z tym głupotami i poczynić świąteczne zapasy – tymi słowy ruszyła do stoisk z oscypkami, swojską kiełbasą i szynką wędzoną pod dębem, w ogniu, w piecu, po zbójnicku, góralsku, kaszubsku i na stojaka, oraz z sękaczami, pieczywem, jak też innymi kuszącymi zapachem i wyglądem frykasami.

Już wkrótce Jurek poruszał się po rynku, przyjmując postawę co nieco skarłowaciałego i zamorzonego King-Konga, dźwigając w obu rękach, sięgających mu niemal poziomu kolan siaty z… jak to eufemistycznie ujęła Zośka – „odrobiną specjałów, których nie może zabraknąć na jakimkolwiek świątecznym stole”.

Przemierzając uliczki pomiędzy straganami, nagle jakieś malowane dzieło, przedstawiające ujmujący zakątek dzikiej przyrody skupiło uwagę Płockowiakowej, niczym Teleskop Hubble’a… To, co się potem wydarzyło, niektórzy badacze określają jako podprzestrzennie paranormalny telepatyczny przepływ myśli…

Jurek właśnie odkrył na jednym ze stoisk, przy okazji pospiesznie degustując, niezwykle atrakcyjną kolekcję miodów pitnych. – Zbliżają się święta, może coś z tych szlachetnych trunków kupić bym… mógł…? – rzucił, ni to pytająco, ni to od niechcenia w kierunku żony.
– Musiał! – zdecydowanie postawiła sprawę Zośka.
– No nie, ani nie muszę, ani nie jest mi to aż tak potrzebne… Tylko tak, dla polskiej tradycji i zdrowotności! – kokietował swą niezależnością od mocnych trunków nasz domorosły King-Kong.
– Musiał! – jeszcze głośniej upierała się żona. – Dobrze, już dobrze – rozpoczął polubownie Jurek. – Kupię ze trzy litry, przecież się nie zmarnuje – stwierdził z jawną obłudą w oczach. Zośka w geście protestu zatrzepotała rzęsami, rękami, biustem… podbiuściem i czym tylko jeszcze się dało…
– Przecież ja nie o tym! – w tym momencie Jurek już wiedział, że nie zrozumiał, co mówi do niego kobieta… Z rezygnacją zwiesił obciążone torbami dłonie prawie do kostek. Ciągnąc je bezceremonialnie po ziemi wysłuchał, jak płonne i przedwczesne były jego nadzwyczaj skromne marzenia – w czasie świąt „przechylić butelczynę” z dziadkiem, tak po męsku, pomiędzy podwórkowym śmietnikiem a trzepakiem…
– W Płocku kilka dni temu był milioner! Krzysztof Musiał! Przyjechał razem ze swoją kolekcją obrazów! W każdą niedzielę wpuszczają do Płockiej Galerii Sztuki za darmo, musimy to obejrzeć!

Już po drodze do świątyni kultury zagarnęli swoje najbardziej wyedukowane dziecię, czyli Przemka, żeby służył pomocą, gdyby do reszty pogubili się w meandrach nowoczesnej sztuki. – Ja wiem, że młodzi teraz mówią do siebie jakoś inaczej, ale w końcu da się to jakoś zrozumieć, przecież… Malują po polsku! – próbowała się pocieszać matka.
– Zachciało się salonów, wielkiej sztuki… Zachciało się milionera – mruczał pod nosem wciąż zdegustowany Jurek, przeżywając poniesioną stratę w postaci bliżej nieokreślonej spontanicznej przygody pod trzepakiem. Tymczasem domowy cyborg odpalił swe niewyczerpane zasoby młodzieńczego umysłu.
– Macie tu do czynienia zarówno z polską klasyką sztuki nowoczesnej, w swoim czasie poszukującej awangardowych środków wyrazu, jak i artystami młodej generacji, w dużej mierze korzystającymi z zupełnie konwencjonalnego obrazowania – bezceremonialnie rozpoczął swój wykład lekko naburmuszony Przemek. – No teraz to żeś mi w głowie zamieszał! – skwitował ojciec. – Lepiej niż ten degustowany po kryjomu miodek… – wymruczał pod nosem. – No dobrze, postaram się prościej – obiecał Przemek. – Tak, jak do rodziców… – tym razem on coś bardziej pomyślał, niż wypowiedział…
– Tu macie obraz Tadeusza Dominika, reprezentanta abstrakcjonizmu lirycznego, a tu z kolei Aleksandra Kobzdeja, który przeszedł od socrealizmu.. Pamiętacie może taki obraz, przedstawiający murarzy, pod tytułem „Podaj cegłę”?
– Oczywiście, jego kopia wisiała w mojej klasie w podstawówce! – przypomniała sobie matka. – A ja do niego pozowałem! – niespodziewanie zaskoczył swym coming outem dziadek.
– Potem Kobzdej zajął się szczególnym swoistym rodzajem abstrakcjonizmu – sztuką materii, tu macie jego pracę, dalej Tomasz Tatarczyk, obraz z cyklu „Stos”. Artysta pokazał tylko fragment rzeczywistości, dla widza ważne jest to, co dzieje się poza kadrem. Takie podejście znajdziemy również w pracach malarzy najmłodszego pokolenia. Operują symbolem, znakiem, bazującym na naszym doświadczeniu, starają się nas zainspirować, wywołać skojarzenia i emocje… Widz uruchamia wyobraźnię…
– Zaraz, zaraz… Mam rozumieć, że artysta maluje coś, ale nie do końca, tymczasem ja nie dość, że płacę za bilet, to jeszcze muszę sobie to wyobrażać!? I dlaczego, mimo, że gapię się w ten obraz przede mną już dłuższą chwilę, nie wiem dalej, o co chodzi i nic kompletnie we mnie nie wywołał?
Przemek nie upadał na duchu. – Nie każde dzieło musi do ciebie przemówić, poza tym twoje obycie ze sztuką pozostawia wiele do życzenia…
– To mi się podoba! – impulsywnie przerwała Zośka, która po wykładzie syna poczuła się już dosyć pewnie, żeby zdobyć się na własną ocenę. – Jest takie minimalistyczne, odwołuje się do mojej wyobraźni i pobudza pozytywne emocje.
– Mamo, nie kompromituj się… Przecież to kaloryfer… – z rezygnacją w głosie stęknął Przemek. Nie zrażona pierwszą porażką Płockowiakowa wodziła wszystkich od obrazu do obrazu i sprawdzała, co wywołuje, a co nie wywołuje, co pobudza, a co nie pobudza… Na koniec Zośka z rozmachem wciągnęła powietrze, w którym zapachy wiosny przemieszały się z wonią farb i wielkiej sztuki. – No i jak to znajdujecie, jak wam się podoba?
– Nieźle, nieźle – rozpoczął odważnie dziadek. – Skromnie, ale czyściutko… Pewnie na święta zrobili tu takie porządki – kwitował, patrząc na wypolerowane „na lustro” posadzki.
– A mnie przypadł do gustu ten obraz z wędkarzami. Tak jakby to u nas było, nad Wisłą. Chyba coś mnie pobudziło! – ucieszył się z doznania pierwszych estetycznych przeżyć Jurek. – A zatem będziemy tu częściej zaglądać – podsumowała żona.

W swej zacisznej kanciapie administrator Zenek z zainteresowaniem przysłuchiwał się rozważaniom Płockowiaków w przedmiocie polskiego malarstwa nowoczesnego. Wisiorek podarowany onegdaj Zośce, który to zwykła nosić w przepastnej dolinie swego biustu, doskonale spełniał swoje zadanie – ukryty mikroodbiornik „ściągał” niezwykle precyzyjnie, nawet z dużej odległości…
– Na dobrą sprawę ten Jurek Płockowiak to twardy chłop – ma jaja, a nie pisanki… – skomentował, dostosowując się mimowolnie do podprogowej konwencji poprzednich dyskusji. – Dzisiaj wytrzymał całą drogę krzyżową i to jeszcze z opcją bonusów na niezliczoną ilość pielgrzymek pieszych. No, no… – mruknął z podziwem. – Chyba, że to ten miodek ma takie cudowne właściwości… Trzeba by zrobić jakiś mały zapasik…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji