Z okna Płockowiaków: Płockowiakowie kupują…

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

To było całkiem niewinnie zapowiadające się popołudnie, nic nie zapowiadało jakiejkolwiek hekatomby…

Jurek z lubością zaraz po obiedzie zapadł się w swój ulubiony fotel z panoramicznym widokiem na telewizor, tymczasem dzieciaki zaraz po hałaśliwym upchnięciu naczyń w czeluść kuchennego zlewu, zniknęły za drzwiami swoich pokojów-warowni, Zośka natomiast zupełnie od niechcenia przeglądała stertę zalegającej od pewnego czasu, kobiecej prasy…

– Jaki śliczny ten żakiecik, zobacz! – podetknęła Jurkowi pod nos fotografię ze zjawiskową modelką. – Tak, to prawda… Płockowiak zapatrzył się bezwiednie w niezwykle pociągające, kobiece kształty, od nizin i centymetr po centymetrze powoli, coraz wyżej, aż po wyżyny, i jeszcze dalej, aż po wysokie, strzeliste góry – Himalaje! I zaraz potem, w ułamku chwili poczuł, że jest zgubiony. – W takim razie jedziemy! Muszę go mieć! Jedziemy na zakupy! – oświadczyła Zośka, głosem nie pozostawiającym jakiegokolwiek pola na zbędne dyskusje. – Ależ Zosiu – Jurek jednak spróbował powalczyć. – Po co Ci ja jestem tam potrzebny? Sama sobie najlepiej wybierzesz… Przecież masz w sobie tyle bezkompromisowego wyczucia gustu i stylu…
– Spodnie Ci trzeba kupić! W tych, co je teraz nosisz, wstyd cię sąsiadom pokazać! Oddam je tym naszym, śmietnikowym ekologom!
– Ależ Zosiu – bronił się Jurek. – Są całkiem niezłe, na mnie jak ulał, z moją, niesamowicie męską posturą… I wzdęciami wątroby… – dodał niedosłyszalnie pod nosem…

Bezwiednie odwrócił głowę i aż nim wstrząsnęło. Dzieciaki wyrosły, jak zmory, dopiero co powstałe z grobów. – My też jedziemy – wypowiedziały metalicznym głosem, ze wzrokiem wbitym w bliżej nieokreśloną nieskończoność… No tak, przecież nieskończoności nie można określić, chociaż jeżeli chodzi o Płockowiaków…

Cóż było robić… Jurek potulnie wpasował się w lewy fotel wysłużonej BM-ki, i nie była to angielska wersja tego auta, a Zośka z iskrami w oczach, tryumfalnie przekręciła kluczyk… Już wkrótce Aleje Jachowicza i Piłsudskiego stały się mirażem, dostrzeganym przez ludzkie zmysły tylko w ułamku czegokolwiek i na krawędzi czegokolwiek, nieważne jaką miarę czasu można by tu przyjąć…

Jednakże gdzieś tam, na końcu (Mlecznej?) drogi trzeba było wreszcie wypuścić spadochron.
– Do którego centrum jedziemy? – zaryzykował pytaniem Jurek, nie bacząc na to, że jego żona wciąż dzierży stery jego ukochanego zabytku niemieckiej myśli technicznej.
– Wolant na lewe skrzydło, lądujemy w „Mazovii” – zakomunikowała Zośka, tnąc na wskroś w drifcie, wydobywającym kłęby dymu spod opon, parabolę skrzyżowania vis a vis centrum handlowego. – Zosiu, dlaczego wciąż jeździmy do tego centrum, przecież w tym mieście nie jest jedyne…
– Ale tam jest najlepiej! – stwierdziła z impetem i przekonaniem Płockowiakowa.
– Ależ kochanie, przecież to nieracjonalne. Wszystkie centra handlowe są do siebie podobne – wyraził zupełnie bezsensownie swoją opinię Jurek. – A wiesz czym się różni wróbelek? Bo ma jedną nóżkę bardziej… – poszarżował tym razem już bez umiaru.
– Taak..? A czy wiesz, że Neron też chciał opowiedzieć dowcip – o Rzymie, ale go… spalił!? – wymownie spojrzała na domniemanego ojca swych dzieci Zośka. – I wreszcie wbij sobie do głowy! Tu czuję się jak kobieta na zakupach, gdziekolwiek indziej robię zakupy, a potem je zaciągam do domu jak muł, albo może nawet do końca zamulona mulica! To chwila dla mnie i nikt mi jej nie odbierze! – przekaz był na tyle przekonywujący i dla wszystkich jasny, że zabrzmiał jak memoriał życia Zośki i trzech przyszłych, choć może jeszcze nie do końca doszłych pokoleń Płockowiaków.

Stadko wkrótce wysiadło na parkingu i zamierzało rozpierzchnąć się po storach. – Ja idę do Reserved, Cubus i Gatty, a potem się zobaczy, co z kasą… – oznajmiła Maggie.
– Zaczęłaś nosić pończochy? – matka zapytała machinalnie, w stanie totalnego i jakże niepohamowanego zaskoczenia. – Nie, rajstopy – odparła rozbawiona reakcją matki nastolatka.
– A ja pójdę do Media Markt po słuchawki, a potem sprawdzę Empik, Matrasa, mają trzy niezwykle ciekawe pozycje – zupełnie nie załapał, o co „kaman” Przemek.
– Pozycje to są wtedy, mój drogi, zupełnie nieuświadomiony chłopcze, ani przez swych bogobojnych rodziców, ani przez ulicę, na której dorastałeś, gdy dwoje ludzi szuka totalnej ekstazy, mega czadu… Wiesz, w czym? – spojrzała przelotnie, a jednocześnie bezlitośnie na zupełnie zbite z tropu i skonsternowane oblicze swego brata. – Jeszcze nikt ci nie powiedział? – To po ci ten Internet? Dalej grasz w Super Mario? – zapytała, a w zasadzie stwierdziła z politowaniem w głosie.

– Macie od mamusi po pięć dych, drugie tyle od tatusia i na zakupy! – przerwała proces równie metodycznego, co sadystycznego znęcania się nad ułomnymi Zośka. Potem stanęła pośrodku wypełnionego światłem korytarza, rozpostarła ręce i zamknęła oczy, w swoje ponadnormatywnie przestronne płuca głęboko wciągnęła powietrze… W głowie kształtował się plan bitwy. Taak… Najpierw po żakiecik do Zara, a potem… po buty do Kazara!

Już wkrótce Jurek Płockowiak cierpiał, wił się i gubił się w zeznaniach, modlił się, żeby te cierpienia nie trwały zbyt długo.
– W czym byłoby mi dobrze? – Zośka wbijała się w coraz to wymyślniejsze kreacje.
– W tej czerwonej – wskazał wzrokiem mąż.
– Przecież to nie jest czerwony, to landrynkowy różowy, ale może ten w poziomkowym kolorze? Jak myślisz? – rozpiętość jadalnego widma barw postrzeganych kobiecym wzrokiem, jak zwykle zwaliła Jurka z nóg. Niemal błagalnym głosem wydusił z siebie: – Wiesz, obiecałem dziadkowi, że zajrzymy do Go Sportu.. – Tak, a co chce kupić? – mimowolnie zapytała, moszcząc się w kolejnej sukience Zośka.
– Łuk… – głosem jakby z zaświatów odpowiedział Jurek. – Teraz dochodzę do wniosku, że może się przydać…

Zośka, znając wytrzymałość swego męża, w tym momencie uznała, że już dawno wieszcząc katastrofę zapaliła mu się, nomem omen, czerwona lampka, trzeba zatem było popuścić mu nieco smyczy. Jurek skwapliwie skorzystał z okazji, umykając czym prędzej spod rzędu przymierzalni, zupełnie nie przypisując sobie praw do piastowania tytułu dyktatora mody.

Tymczasem wyzwolona Zośka zupełnie odpłynęła… Po udanym polowaniu na żakiecik w kolorze… powiedzmy, mieszczącym się w zakresie ciepłej palety barw, postanowiła poszaleć z gustowną, a może nawet uwodzącą i wodzącą na pokuszenie bielizną.
– Jak Pani myśli, czy te majteczki spodobają się mojemu mężowi? – zaatakowała pytaniem młodą ekspedientkę. Ta, gubiąc zupełnie kontekst sytuacji, pod przemożnym naporem Płockowiakowej bezwiednie odparła:
– Trudno mi powiedzieć, mój raczej by ich nie ubrał – odpowiedziała, wciąż zaskoczona. Całkiem nie zrażona enigmatyczną odpowiedzią Zośka postanowiła, że koronkowe „fiku-miku” każda szanująca się kobieta w swym bieliźnianym arsenale bezapelacyjnie musi mieć. Już po chwili taszczyła dumnie kolejną firmową torbę.

Głos rozsądku, który już jakiś czas temu mocno się zagubił się w sklepowych regałach, w tej chwili jednak się odnalazł i podpowiedział, żeby zlustrować stan zakupowego szaleństwa. Łup był, co by tu nie mówić, obfity i pewnie do końca niezbyt przemyślany. Zawsze można się rozmyślić i oddać – pocieszyła się w myślach Zosia. Dumał, nie dumał, nadszedł czas, żeby odtrąbić odwrót. Stało się jednakże coś przedziwnego – ani smsy, ani telefony zupełnie nie skutkowały – cała płockowiakowa gromada, tak jak szybko się rozpierzchła, tak też równo i skutecznie jakby zapadła się pod ziemię. – Trudno, tak jak umieliście się zgubić, tak samo potraficie się odnaleźć – wyznaczała na poczekaniu zasady przetrwania w miejskiej dżungli.

Energicznie zatrzasnęła drzwi wiekowego auta i już wkrótce, niczym demon prędkości, zostawiała za sobą na Wyszogrodzkiej kolejne pojazdy. Niespodziewanie coś gruchnęło, przeraźliwie zazgrzytało, zachrobotało… Zatrzymała samochód i z przerażeniem obejrzała się za siebie. Na drodze leżał jakiś przedmiot. Z wielkim wysiłkiem przywlekła go w pobliże auta, nie wiedziała co to jest i od czego odpadło. Niewiele myśląc załadowała zgubę do bagażnika. – Zenek na pewno mi pomoże – pocieszyła się wracając do domu. – Już on będzie wiedział, jak to naprawić.

Niedługo potem administrator fachowym okiem zlustrował BM-kę oraz to, co się według relacji Zośki z niego urwało. – Samochód jest jak najbardziej w porządku – podsumował oględziny. – Ale tę pokrywę studzienki kanalizacyjnej trzeba będzie odwieźć na miejsce…

– Hmm… Te kobiety to jakiś niepojęty fenomen… – Zenek, jak to miał w zwyczaju, pokusił się o puentę. – Z jednej strony, czasem zupełnie od niechcenia, gdzieś pomiędzy tym ich magicznym połączeniem ud a wątrobą są w stanie skonstruować najdoskonalsze, znane ludzkości biomechaniczne cudo, czyli człowieka, a drugiej nie potrafią odróżnić najzwyklejszej śruby od nakrętki.
– I jak tu ich nie kochać – dodał na koniec, pomny tego, że właśnie dużymi krokami zbliżał się dzień 8 marca…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji