Okiem Robaka: Nie zapominajmy o „Płockich orlętach”…

REKLAMA

Za nami już obchody Święta Wojska Polskiego. W piątkowe południe, 15 sierpnia, pod Grobem Nieznanego Żołnierza spoczęły wiązanki kwiatów, wypowiedziano słowa świadczące o naszej pamięci dla tych, którym prawdopodobnie wszystko zawdzięczamy. Czasem ucieka nam z pola widzenia najbardziej elementarny fakt, że swoje, nie bójmy się nazwać, szczęśliwe życie, zawdzięczamy ludziom, którzy ryzykowali własnym, stawiając je bez wahania na jedną szalę…

Dla płocczan 18 sierpnia jest dniem wyjątkowym. 94 lata temu około godziny piętnastej rozpoczęła się bitwa w obronie miasta w wojnie polsko-bolszewickiej z przeważającymi siłami wroga. Niemal wszyscy mieszkańcy zaangażowali się w ten patriotyczny zryw – ziemianie, urzędnicy, robotnicy i rzemieślnicy, uczniowie gimnazjów i ich nauczyciele, księża i alumni seminarium duchownego. Ogółem z Płocka, liczącego w tym czasie około 30 tysięcy mieszkańców, i okolic ochotniczo zaciągnęło się w tym czasie do wojska około 1000 mężczyzn. Na barykadach stanęły kobiety i dzieci. Pewnie wszyscy słyszeli o lwowskich orlętach, nie każdy jednak wie, jakim bohaterstwem wsławiła się w tym czasie płocka młodzież. Warto też pamiętać, że jedynie dwa miasta zostały odznaczone za szczególne zasługi przez marszałka Józefa Piłsudskiego po wojnie polsko-bolszewickiej… Są nimi właśnie Lwów i Płock. Dlatego też przy wejściu do naszego ratusza dumnie świadczy o tym tablica z rozkazem marszałka nr L1647, nadająca naszemu miastu Krzyż Walecznych.

PowiązaneTematy

Wróćmy jednakże do tamtych, tak dramatycznych, a jednocześnie tak odległych dni. O samym przebiegu płockiej bitwy pisałem już rok temu w artykule „Uratowaliśmy Warszawę”. Co jednak wyróżnia płocką batalię od innych zdarzeń sierpniowej, wojennej zawieruchy, to między innymi niezwykłe bohaterstwo, jakim wykazała się płocka młodzież, w tym także dzieci.

Już 20 maja 1920 roku na Placu Floriańskim (dziś Placu Obrońców Warszawy) uczniowie z I Gimnazjum Żeńskiego i II Gimnazjum Męskiego (obecnej „Małachowianki”) wraz z harcerzami zorganizowali wiec patriotyczny, mobilizując ludność miasta do obrony przed bolszewikami. Wkrótce potem z Gimnazjum im. Władysława Jagiełły do wojska zgłosiło się 199 uczniów, natomiast 160 z „Małachowianki”. Dla każdego harcerza tamtych czasów obrona ojczyzny była bezapelacyjnym obowiązkiem, dlatego też gremialnie uczestniczyli w walkach, pełniąc służbę jako wartownicy, gońcy, łącznicy, pisarze kancelarii, sanitariusze.

Na przedpolach i w samym mieście zbudowano sieć umocnień – okopy i 34 barykady. Pomiędzy nimi przemykali właśnie płoccy harcerze, dostarczając amunicję i rozkazy oraz meldunki.

Niespotykanym męstwem wykazał się czternastoletni Józef Kaczmarski. Pełniąc służbę łącznikową i przenosząc amunicję, został ciężko ranny w walkach pod Trzepowem, otrzymując dwie rany postrzałowe w klatkę piersiową i twarz oraz dwie cięte – przez głowę i usta. Bolszewicy dobijali rannych obrońców Płocka bagnetami. Kiedy Józef leżał nieprzytomny na pobojowisku, do chłopca podeszło dwóch sowieckich żołnierzy, doceniając jednakże jego niesamowite męstwo, jeden z nich go opatrzył. Dzięki temu, wraz z innymi rannymi, Józef Kaczmarski trafił do szpitala w Sierpcu.

Bohaterem tamtych dni był także jedenastoletni Tadeusz Jeziorowski. Bez wiedzy i zgody swych rodziców uciekł 18 sierpnia z Cierszewa do Płocka. Tu trafił do punktu sanitarno-amunicyjnego, mieszczącego się w Gimnazjum Żeńskim nr I, prowadzonego przez wybitną płocczankę Marcelinę Rościszewską. Chłopiec okazał się wkrótce niesamowicie przydatny, wykazując się niezwykłą biegłością w dobieraniu amunicji do różnych rodzajów broni. Nie zważając na świszczące kule, zaopatrywał w nią obrońców walczących na barykadach w centrum miasta. Rano, 19 sierpnia, znalazł się na opuszczonej barykadzie przy budynku poczty na ulicy Więziennej (obecnie Henryka Sienkiewicza), gdzie zauważył porzucony karabin maszynowy na kółkach. Nie zważając na zbliżających się właśnie od strony ulicy Królewieckiej bolszewików, zaprzągł się w rzemienie i zaciągnął karabin na barykadę przy Placu Floriańskim oddając go w ręce polskich żołnierzy.

Najwyższą cenę zapłacił za swą bohaterską postawę czternastoletni Antolek Gradowski, który dostarczał żołnierzom jedzenie, broń i amunicję. 18 sierpnia zginął, zasieczony szablami w okopach nieopodal „Stanisławówki”. Inny harcerz –piętnastoletni Stefan Zawidzki, zginął zakłuty bagnetami na ulicy Kościuszki, ostrzeliwując aż do ostatniego naboju z jednej z bram okrążających go bolszewików.

Bohaterskich, płockich harcerzy było znacznie więcej, nie zawsze znamy ich imiona, jak i wojenne losy. 10 kwietnia 1921 roku marszałek Józef Piłsudski odznaczył uroczyście Krzyżami Walecznych Józefa Kaczmarskiego i Tadeusza Jeziorowskiego, a także pośmiertnie Antolka Gradowskiego i Stefana Zawidzkiego.

Ogółem w sierpniowej bitwie zginęło od 200 do 300 mieszkańców miasta, od 300 do 400 było rannych i 300 do 350 zabranych do niewoli, z czego większość została później rozstrzelana.

Poległych płocczan pochowano w zbiorowej Bratniej Mogile przy ulicy Targowej, która teraz jest nazywana często kopcem harcerzy. 5 października 1925 roku Towarzystwo Opieki nad Grobami Wojennymi usypało w tym miejscu kurhan, ku wiecznej pamięci poległych. Od 1921 roku mogiłą opiekują się płoccy harcerze. Po II wojnie światowej miejsce to na dziesiątki lat stało się tematem tabu, socjalistyczna władza starała się je wytrzeć z pamięci płocczan. Przy okazji rozbudowy Fabryki Maszyn Żniwnych powstał nawet plan zlikwidowania mogiły. Wtedy to, w 1966 roku, żeby ochronić świadectwo płockiej martyrologii przed tymi zakusami, na kopcu umieszczono harcerską lilijkę. Tak właśnie Bratnia Mogiła stała się dla harcerzy miejscem, w którym manifestują swój patriotyzm.

Tak również było i w tym roku. W niedzielę wieczorem, 17 sierpnia, odbył się uroczysty capstrzyk. Harcerze wspólnie z Prezydentem Miasta Andrzejem Nowakowskim złożyli wieńce i zapalili znicze, wspominając bohaterskie dokonania swych starszych kolegów.