Okiem Robaka: Jak można zarazić się w muzeum!

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Wiele razy przychodziło mi na myśl, żeby choć raz mieć przebłysk geniuszu, coś na kształt „strzału życia”, tym samym zapisać się dobrze w ludzkiej pamięci. Przecież od zarania dziejów proste, jak konstrukcja cepa, patenty napędzały nasz cywilizacyjny rozwój. I tak chociażby łebski Szwed dr Ruben Rausing wynalazł kartonowe opakowania do mleka i innych napojów. Tym samym my mamy wygodę, tymczasem wynalazca krociowe zyski z produkcji tych, wydawałoby się, niepozornych pudełek.

Telefon komórkowy wynalazł niejaki Martin Cooper w 1973 roku. Przebłysk geniuszu, jak odłączyć aparat od kabla, biegnącego wprost do pobliskiej ściany, podsunęła mu scena z serialu „Star Trek”, w której kapitan Kirk posługiwał się komunikatorem. Nota bene trzeba było mieć również dużo wyobraźni, żeby prototyp nazwać mobilnym, ponieważ ważył około dwóch kilogramów.

Dwaj węgierscy bracia Georg i Lazlo Biro w 1935 roku wymyślili długopis. Swój pomysł wdrożyli w życie w Argentynie. Od tej pory nie musimy już koślawić pisma za pomocą stalówki i kałamarza – wielu z Państwa zapyta się – a cóż to takiego? Śpieszę wyjaśnić, że była to archaiczna metoda pisania, pomiędzy epoką kamiennych tabliczek a epoką długopisów.

Tymczasem inny, węgierski spryciarz Erno Rubik wynalazł… Kostkę Rubika! Oczywiście nie wiem, jak smakuje myślowy sukces takiego formatu, bo może jest jak wielka wygrana w Lotto – niby jesteś szczęśliwy, ale tak do końca nie wiesz, co zrobić z resztą swego żywota…

Takich dylematów na pewno nie ma pomysłodawca pierwszej „Nocy Muzeów”. Podejrzewam, że mocno się nie wzbogacił, a więc z „sodówką” kłopotów nie miał, tymczasem przysporzył niezliczonym rzeszom ludzi niepowtarzalnej frajdy, a choćby i raz do roku! Pierwsza tego typu impreza odbyła się w Berlinie w 1997 roku, niespodziewane powodzenie tego wydarzenia spowodowało, że już wkrótce śladami sąsiadów zza Odry poszły inne europejskie miasta.

Z czym do niedawna kojarzyła się tak nobliwa instytucja, jak muzeum?

Z wszechobecną ciszą, z woźnym, przysypiającym spokojnie w kącie, z zasiekami barierek i krzykliwymi ostrzeżeniami – „Nie dotykać!”, „Nie fotografować!”, z wyfroterowanymi „na lustro” posadzkami, z filcowymi ogromnymi bamboszami, zakładanymi na buty, ażeby świetlanych błysków podłogi przypadkiem nie skalać. Muzeum kojarzyło się również ze szkolną wycieczką, bo najczęściej nikt o zdrowych zmysłach z własnej, nieprzymuszonej woli tam się nie zapędzał.

Dziś, po latach, możemy podsumować, że przesadnie nabożne traktowanie tej instytucji, jak i znajdujących się tam cennych bądź co bądź eksponatów, skutkowało taką oto sytuacją, że widzowie byli dla muzeum, a nie muzeum dla widzów. Publiczność w jakimś sensie stawała się nawet elementem nie zawsze koniecznym dla funkcjonowania tego typu placówek, te bowiem, finansowane ze środków publicznych, miały się nadzwyczaj dobrze, z powodzeniem obywając się również bez widzów.

Nie wnikając bliżej w reorganizacyjne szczegóły, dość powiedzieć, że na szczęście ten stan rzeczy już bezpowrotnie minął. Obecnie zarówno muzea, jak też inne placówki kulturalne i edukacyjne, zabiegają o widza i starają się go przyciągnąć różnymi, niekonwencjonalnymi działaniami i projektami. Okazało się również, że traktowanie zbiorów i eksponatów jak niedoścignionego sacrum, wcale nie dodaje im chwały i prestiżu, a wręcz przeciwnie – powoduje, że szybko odchodzą w zapomnienie lub spotykają się z powszechnym niezrozumieniem.

Właśnie taki sposób myślenia w krótkim czasie sprawił, że do wielu instytucji kulturalnych szybko zaczęły ustawiać się kolejki. Doskonałym tego przykładem jest chociażby Muzeum Powstania Warszawskiego. Niezwykle trafne wykorzystanie multimediów, różnorodne platformy przekazu, przemyślane rozwiązania przestrzeni wystawienniczych, współpraca specjalistów wielu profesji, a nie tylko muzealników, mająca na celu wyzwolenie u zwiedzających ściśle zaplanowanych odczuć i emocji, to tylko niektóre z nowych środków upowszechniania historycznej wiedzy.

Zresztą, z doświadczeń „Nocy Muzeów” korzystają także inne placówki. W ten trend doskonale nie tak dawno wpisało się płockie ZOO, organizując imprezę rodzinną, nomen omen, pod nazwą „ZOONOOOC”.

A dlaczego organizatorzy imprez wybrali akurat tę porę doby? Prawdopodobnie, przede wszystkim po to, by przełamać stereotyp, że wszystko dzieje się oficjalnie w świetle dnia. Poza tym, noc bywa ekscytująca, tajemnicza, przywodzi na myśl wrażenia z harcerskich obozów i wypraw pod namiot, ma w sobie element zagadki i przełamywania konwencji.

Jak co roku, większość polskich miast przyłączy się do świętowania Międzynarodowego Dnia Muzeów właśnie poprzez tę czarodziejską, jedną noc w roku. Płocczanie doskonale pamiętają niesamowite atrakcje poprzednich imprez z tego cyklu, jak chociażby udział aktorów Teatru Dramatycznego w Płocku, pokazy multimedialne i muzyka elektroniczna w patio Muzeum Mazowieckiego, czy też projekcje filmów. Było czym zasilić naszą wyobraźnię, łatwo było odpłynąć w czas różnych epok.

Również 17 maja, w sobotni wieczór atrakcji nie zabraknie. Oprócz stałych ekspozycji Muzeum Mazowieckiego w kamienicy przy ul. Tumskiej 8, Spichlerzu przy ul. Kazimierza Wielkiego, Galerii Kino i Muzeum Żydów Mazowieckich, organizatorzy przygotowali projekcje filmów z udziałem Miry Zimińskiej Sygietyńskiej, gry i zabawy rodzinne, a także… Kawę po żydowsku. Pogoda nie będzie sprzyjała wieczornemu grillowaniu, myślę więc, że warto ponownie przeżyć tę niepowtarzalną, jedyną taką noc w roku.

Można się zastanawiać, jakie korzyści mają instytucje muzealne i edukacyjne z organizacji tego typu kulturalnych wydarzeń. Niewątpliwie masowy udział publiczności jest niezłym uzasadnieniem dla ich dalszego funkcjonowania w przestrzeni publicznej i wypełniania ich kulturotwórczej roli. Jest to również swego rodzaju inwestycja w przyszłość – wśród zwiedzającej rzeszy ludzi znajdą się przecież również tacy, a z każdym rokiem będzie ich coraz więcej, którzy tu lub w innym miejscu zainteresowani tym, co widzieli, zapłacą za bilet.

Ktoś mógłby powiedzieć, że takie instytucje jak muzea i galerie są nam niepotrzebne, bo przecież nie ruszając się z wygodnego fotela można za pomocą przeglądarki internetowej wirtualnie je zwiedzić sala za salą, bez biletu, bez kolejek, bez bólu nóg. A dzieła sztuki, eksponaty, precjoza – niech spokojnie spoczywają w magazynach.

Można i tak, ale… To jak lizanie cukierka przez papierek. Żadna reprodukcja i żadna kopia nie odda oryginału.
Kilka lat temu zwiedzałem Rijksmuseum w Amsterdamie. Oglądając obraz Pietera Claesza „Martwa natura z pozłacanym kielichem”, nagle przykuł moją uwagę zaskakujący błysk światła na brzegu kielicha, jakby maleńka… Dioda! W XVII wieku? Przecież to niemożliwe! Po obejrzeniu dzieła pod różnymi kątami oddałem cześć wielkim mistrzom… Moja szczęka głośno klapnęła o posadzkę! Cierpliwie, wręcz benedyktyńsko malowane warstwy laserunków i niewielkie zgrubienie, prawdopodobnie wielokrotnie nakładanego celowo w tym miejscu werniksu, stworzyło właśnie taki efekt, że obraz stał się trójwymiarowy i ożył światłem odbitym. Chyba wtedy też zaraziłem się miłością do muzeów i galerii, a przede wszystkim oryginalnych kolekcji…

Pewnie właśnie i o takie wrażenia chodzi organizatorom muzealnych nocy, czego Państwu ze szczerego serca gorąco życzę…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji