Okiem Robaka – Co pozostało po Reggaelandzie?

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +
Pokazuje 1 z 2

– Panie, co oni tam robią w tych namiotach – swawole! I my na to pozwalamy i wydajemy pieniądze. To jakaś zaraza i degeneracja! A ta muzyka? Czy to jest jakaś muzyka? Chyba diabelska! Zamiast wrzeszczeć po nocach, do kościoła by się poszli pomodlić, może Bóg ich jeszcze wysłucha…!

Czasem, przemierzając ulice miasta, zupełnie przypadkowo uczestniczymy w takich małych, ulicznych sondach. Niedawno, stojąc w sklepowej kolejce usłyszałem zwyczajowe lub wręcz grzecznościowe narzekanie:

– Wie pan, Paryżem ani Nowym Jorkiem to my nie jesteśmy, miasto niezbyt duże, zapyziałe, brakuje nam rozmachu, no i czy ktokolwiek słyszał o nas w świecie lub chociażby w Europie…? No, z niejednego pieca się chleb jadło, wiele widziało, ale u nas zawsze jakoś tak za bardzo zwyczajnie…

W tym miejscu chciałoby się zapytać:
– A w Norwegii pan byłeś, fiordy widziałeś?
spodziewając się odpowiedzi: – Panie, fiordy to mi z ręki jadły…

Byłem tylko przypadkowym słuchaczem tego monologu i nie byłem celem dyskusji “światowca”, mogłem sobie zatem pozwolić, by spokojnie usunąć się z pola ostrzału. Tym niemniej zastanowiło mnie, jak wielu takich malkontentów krąży po płockich ulicach.

Nie będę tu specjalnie roztrząsał faktu, że jeszcze kilkanaście lat temu nasz domorosły obieżyświat nie miałby specjalnie czego porównywać, spędzając rokrocznie wakacje “… w pensjonacie ‘Orzeł'”.

Pozornie odbiegając od tematu – zakończyła się właśnie kolejna, niestety znów deszczowa, edycja festiwalowego „Reggaelandu”. Mimo, że „mokre” koncerty stają się chyba powoli tradycją tej imprezy, goszczącej gwiazdy z polskiej, a także światowej czołówki reggae, entuzjazm młodych uczestników imprezy wprost energetyzował atmosferę miasta. A przecież to nie wszystko – wakacyjny kalendarz festiwalowych imprez nad samą Wisłą naszpikowany jest kolejnymi hitami: Audioriver, Polish Hip-Hop Festiwal czy też Summer Fall Fesival. Niewątpliwie, nad innymi ośrodkami miejskimi w Polsce mamy niesamowitą przewagę, naturalnie ukształtowaną, piękną plażę – wymarzone miejsce do organizacji takich imprez.

Na kilka dni płockie ulice opanowało reggaelandowe szaleństwo – kolorowy tłum był wszędzie, na Tumskiej, Grodzkiej, Królewieckiej i Tysiąclecia, w płockich sklepach spożywczych, pizzeriach, autobusach. Zjechali do nas zarówno fani w wieku „teens”, jak i dojrzali wyznawcy Boba Marleya – z Polski, z Europy, ze świata. Trawniki płockiej skarpy i innych parków stały się miejscem spontanicznego wypoczynku, dyskusji, spotkań, a nawet nieskrępowanego picia piwa, na co płockie służby porządkowe pewnie lekko „przymykały oko”… I słusznie!

Jednakże, czy cokolwiek ubyło wizerunkowi naszego wiekowego miasta? Tu znowu spotkałem się ze spontanicznie wyrażaną opinią na skraju tumskiego zbocza:

– Panie, co oni tam robią w tych namiotach – swawole! I my na to pozwalamy i wydajemy pieniądze. To jakaś zaraza i degeneracja! A ta muzyka? Czy to jest jakaś muzyka? Chyba diabelska! Zamiast wrzeszczeć po nocach, do kościoła by się poszli pomodlić, może Bóg ich jeszcze wysłucha…! Ten adwersarz Reggaelandu nie zostawiał choćby najmniejszego skrawka pola do wyrażenia własnego zdania, co mnie też jakoś nie zdziwiło…

Przytoczyłem dwie negatywne opinie – wiadomo, jak to Polacy, czasami lubimy sobie ponarzekać, jestem jednakże przekonany, że nie jest to pogląd przeważającej części płocczan. A oto co usłyszałem od przyjezdnej młodej uczestniczki imprezy, jak wynikało z rozmowy, z podwarszawskiego Piaseczna:

Pokazuje 1 z 2
Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji