Okiem Robaka: Awantura z polskimi rakietami w tle

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Konferencje prasowe na każdy bzdetny temat stały się wręcz obowiązkiem, nie wolno odmówić, ponieważ jak twierdzą żurnaliści „ludzie mają prawo wiedzieć, a my piszemy dla nich”. Nic bardziej cynicznego, bo czyż któryś z tych orędowników misji dla ludu przyzna się, że przyszedł na konferencję tylko po to, by zarabiać pieniądze na swój chlebek powszedni, szukać krwi, żywego mięsa, żeby przebić się w gąszczu informacji ze swoim materialikiem z ostatniej chwili…?

Wbrew prowokacyjnemu tytułowi, nie będzie to materiał z reporterskiego śledztwa, ujawniającego konszachty i podejrzane interesy w polskiej armii, ani też relacja z teatru działań wojennych. Nieodmiennie uważam, że tego typu informacji mamy na co dzień zdecydowanie za dużo, jesteśmy wręcz zalewani newsami złymi, tragicznymi, wstrząsającymi. Toniemy w ich wezbranych wodach – tymczasem każdy z dziennikarzy dolewa do naszej nieogarnionej toni swoje wiaderko, nie wyłączając ja również czasem podejmuję się do tego niecnego procederu. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie nadmienić, że nie zwykłem ludzkiego nieszczęścia wyciskać, jak cytryny aż do ostatniej kropelki.

Jednakże przejdźmy do rzeczy. Awantura, o którą mi literalnie chodzi, dotyczy emocjonalnej wypowiedzi Jerzego Janowicza po porażce naszych tenisistów w Pucharze Davisa.

Ni mniej, ni więcej „polska rakieta” wybuchła. Celem ataku stał się dziennikarz, który prowokacyjnie zadał pytanie, czy nie stawiamy sobie zbyt wysokich, sportowych oczekiwań, może nas, czyli polskiej kadry zwyczajnie nie stać na awans do grupy światowej. Postarajmy się w tym miejscu pominąć formę wypowiedzi Janowicza, pozostańmy przy racjach i argumentach. Dlaczego zdecydowałem się na taki zabieg? Po prostu uważam, że Jerzy Janowicz nie jest gwiazdą rocka, Rihanną lub też kandydatem do europarlamentu, żeby wymagać od niego swobodnego brylowania w światłach kamer i fleszy. Ma wykonywać rzetelnie zawód, który wybrał, czyli grać na miarę swych aktualnych możliwości.

Przyzwyczailiśmy się ostatnio do tego, że media muszą zajrzeć wszędzie i wszystko pokazać – do kuchni, do garderoby, do sypialni, pod łóżko, pod kołdrę i do ludzkiej głowy… Konferencje prasowe na każdy bzdetny temat stały się wręcz obowiązkiem, nie wolno odmówić, ponieważ jak twierdzą żurnaliści „ludzie mają prawo wiedzieć, a my piszemy dla nich”. Nic bardziej cynicznego, bo czyż któryś z tych orędowników misji dla ludu przyzna się, że przyszedł na konferencję tylko po to, by zarabiać pieniądze na swój chlebek powszedni, szukać krwi, żywego mięsa, żeby przebić się w gąszczu informacji ze swoim materialikiem z ostatniej chwili…?

Dlatego też uważam, że udział tenisisty w niedzielnej sesji prasowej, dodajmy po prawie trzygodzinnym, trudnym meczu, poniesionej, przybijającej porażce, był pomysłem, delikatnie mówiąc, poronionym.

Jednakże wypadki niedzielnego popołudnia przyniosły jeszcze inne, intrygujące wątki. Wróćmy chociażby do tych nieszczęsnych oczekiwań. Jest chyba jasne, że aspiracje sportowców powinny być wygórowane. Bez tego nie wyobrażam sobie osiągania jakichkolwiek sukcesów. Muszą istnieć jak adrenalina, która w kulminacyjnym momencie gasi ból morderczego wysiłku, a nawet doznanej kontuzji. A jak to się ma do oczekiwań kibiców sportowych, dziennikarzy, działaczy, kreowania narodowej dumy i chwały, a także prawa oceny i krytyki?

W moim przekonaniu, sytuacja w różnych dziedzinach sportu zawodowego nie jest jednoznaczna. Delegację do rozliczania sportowców z ich osiągnięć sportowych niewątpliwie mamy wtedy, jeżeli pomiędzy ich rozwojem, a karierą istniała relacja Winien – Ma, inwestycja – korzyść, siew – plon.

Doskonale zdajemy sobie sprawę, że polski zawodowy tenis tej zależności nie zawiera. Mamy oto kilkoro „rodzynków”, oczekiwanych przez światek tenisowy od kilkudziesięciu lat, których nikt na dobrą sprawę się nie spodziewał, bo jak i skąd? Może właśnie z legendarnej szopy?

Niewątpliwie, sukcesy sportowe w tej dyscyplinie biorą się z uporu, poświęcenia, wytrwałości, a przede wszystkim przeznaczenia przez rodziców przyszłych zawodowców znacznych środków finansowych, dużo rzadziej z zaangażowania trenerów i działaczy. A życie jest okrutne – nie każde dobrze rokujące dziecko zostanie w przyszłości czempionem. Dlatego też uważam, że zarówno siostry Radwańskie, jak i Janowicz, czy Łukasz Kubot zapracowali na swe pozycje w sporcie zupełnie indywidualnie, przy raczej symbolicznym wsparciu instytucji państwowych i samorządowych.

[quote]W[/quote] czasach, kiedy Janowicz dobijał się już jako utalentowany, młody tenisista do światowej „setki” ATP, niejednokrotnie brakowało mu pieniędzy na bilet, wpisowe na turniej, a nawet nocleg. Żeby mimo tego grać, nocował w samochodzie!

Tak – symbolicznym, Panie ministrze Biernat! Ale jak to mówią „Uderz w stół, nożyce się odezwą”. W czasach, kiedy Janowicz dobijał się już jako utalentowany, młody tenisista do światowej „setki” ATP, niejednokrotnie brakowało mu pieniędzy na bilet, wpisowe na turniej, a nawet nocleg. Żeby mimo tego grać, nocował w samochodzie! Gdzie wtedy było tzw. wsparcie państwa, samorządu, związków sportowych, ministerstwa? Niestety, w urzędniczym, głębokim fotelu błogo spało…

A zatem cieszmy się i bądźmy dumni z osiągnięć polskich rakiet, tym niemniej nie mamy specjalnie delegacji do tego, żeby stawiać wymagania i podejmować krytykę – po prostu wciąż z lepszym lub gorszym powodzeniem pracują na swój życiowy sukces i, jak sądzę, doskonale motywują się do wytężonej pracy każdego dnia, bez naszej, niefachowej zresztą pomocy.

No i pozostał jeszcze jeden, nie mniej ciekawy wątek – polska, eksportowa zawiść narodowa!!! Gdybyśmy mogli ją sprzedawać jak jabłka, bylibyśmy europejskim emiratem. Oto jakim nagłówkiem chce nas podżegać do tego jeden z popularnych portali informacyjnych – „ Janowicz z szopy? Zarobił już dwa miliony dolarów”. Powiem tak – nikt mnie nie zmusi do tego, żebym zaglądał do portfela ludziom, którzy poprzez ciężką „harówę” od wczesnego dzieciństwa, poświęcenie młodości i nużące, codzienne wielogodzinne ćwiczenia stali się wirtuozami skrzypiec, tańca, piłki, czy też rakiety, tym samym osiągnęli sukces, a z nim i pieniądze.

W tym miejscu należałoby wyraźnie przypomnieć wciąż pojawiającej grupie zawistnych malkontentów, że nie dokładają nawet złamanego centa do uposażeń Radwańskiej czy Janowicza – zarabiają tyle, ile wygrają w turniejach, nie żyją z krwawicy przeciętnego Kowalskiego. Jakoś czasem dziwnie odpychamy od siebie prostą, jak konstrukcja cepa prawdę, iż życiowej kariery nie podarowuje wróżka z księżyca, odnosi się ją poprzez często nadludzką wytrwałość i determinację. Badaczom cudzych kont polecam zatem historię pewnego podupadającego, wiejskiego gospodarstwa. Gdy do gospodarza przyjechał kuzyn, zapytał się:

  • Antek, na pewno na tej ziemi nic nie urośnie?
  • Ano nic…
  • A gdyby tak zasiać kukurydzę…?
  • Aaaa… Jakby zasiać, to by urosło…

Czy to nie jest tak, że w jakimś momencie pokochaliśmy tragedię, dramat, romantyczną utopię, tu czujemy się jak ryba w wodzie, a sukces wydaje nam się wciąż czymś podejrzanym, moralnie wątpliwym, jak cinkciarz z grubym zwitkiem łatwo zarobionych „zielonych”? Jeżeli, nie daj Boże, tak właśnie jest, mamy problem, bo świat nas nie zrozumie

Podziel się:

2 komentarze

  1. W zasadzie ma Pan rację panie redaktorze, wydaje mi się tylko, że na bazie tej konferencji, warto jeszcze omówić wogóle podejście dziennikarzy do misji informowania społeczeństwa. Z całej tej awantury wyszedł jeszcze, choć może nie wprost wskazany, ale ważniejszy problem, tego o co pytają dziennikarze. Jednym z głupszych pytań jest standardowe, jak się teraz czujesz, zadawane bez względu na miejsce, wagę sukcesu, czy tragedii jaka się wydarzyła. Zrelacjonowanie tylko konferencji, gdzie nie padają pytania ważne, które paść powinny sprawia, że faktycznie większość konferencji jest po nic. Dochodzą do tego konferencje z rodzinami sportowców, lub rodzinami trenerów, taka sytuacja miała miejsce w tym sezonie skoków narciarskich, od razu widać że jedna telewizja była szybsza, lub konferencje oszołomów na które nikt nie powinien przyjść. Jedne generują same telewizje, żeby zapchać czymś czas antenowy, na drugie to chyba tylko lenie chodzą.
    Wydaje mi się, że złość Janowicza po części była wywołana właśnie odpowiadaniem kolejny raz na słabe pytania, na co zwracali uwagę w komentarzach inni sportowcy.

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji