Jak dotrzymać noworocznych postanowień i nie pogubić się na salonach…

REKLAMA

Koniec roku bywa dla wielu z Państwa okresem podsumowań, który dość często przekształca się w swoistego rodzaju rachunek sumienia. Jeżeli nam coś do końca nie wyszło, nie „dopięliśmy”, a nawet w ogóle „odpuściliśmy”, zazwyczaj pojawia się na liście noworocznych postanowień. Być może właśnie w tej chwili kilka osób obiecuje sobie w duchu, że w 2015 roku zagości na stałe w muzeach i galeriach sztuki. Tylko od czego tu zacząć, żeby już na samym początku skutecznie się nie zniechęcić?

Życia nie można sobie nadmiernie komplikować, a zatem najlepiej rozpocząć od podstaw. Wyobraźmy sobie, że właśnie przekroczyliśmy progi wystawy, rozglądamy się, a tu przed nami wisi obraz. I cóż widzimy? Jeżeli już na pierwszy rzut oka domyślamy się, co artysta miał na myśli, to najprawdopodobniej mamy do czynienia z malarstwem figuratywnym. I tu pojawia się jedno z najbardziej elementarnych rozróżnień – malarstwo przedstawiające i abstrakcja.

PowiązaneTematy

[dropcap]J[/dropcap]ak się już domyślamy, sztuka figuratywna, czyli taka, która nawiązuje tematyką do realnego świata – ludzi, zwierząt, roślin, krajobrazów, kształtów i motywów, jak twierdzą historycy sztuki – była z nami od samego początku. Nasz protoplasta jakiś milion lat temu zszedł z drzewa i stanął wyprostowany na tylnych łapach. Kiedy 40 tysięcy lat temu pojawił się już jako homo sapiens lub też biblijny Adaś, zaraz potem stał się graficiarzem, pokrywając ściany jaskiń malowidłami i rysunkami. Pewnie jeszcze do końca nie zdawał sobie sprawy, że tworzy sztukę, ale w każdym razie zaraził innych potrzebą, aby w domu było nie tylko ciepło, schludnie, ale i… „ładnie”.

Oczywiście, nasz czcigodny antenat nie tworzył abstrakcji, tylko odwzorowywał sceny z polowań, pierwotnych obrzędów, międzyplemiennych walk i codziennego życia. Jednym słowem, oddał się sztuce figuratywnej. Potem ludzkość nabrała rozpędu – rozwijała się cywilizacja, zmieniały systemy społeczne. Tym niemniej, facet z pędzlem w ręku wciąż był potrzebny, z tą istotną różnicą, że tworzył na chwałę Boga lub też swego sponsora, inaczej mecenasa – „za kasę”, a czasem wikt i opierunek. Dzieło stało się zatem produktem, dobrem wymiernym i wymiennym. Ci którzy mieli pieniądze, jak się Państwo domyślacie, nie stosowali ustawy o zamówieniach publicznych i drogo czy też tanio, a do realizacji swych pomysłów wybierali malarzy, rzeźbiarzy, architektów podług własnego gustu. Przez długie wieki nikt też nie traktował tych ostatnich jako twórców, czyli ludzi posiadających unikalne predyspozycje, obdarzonych talentem. Byli co najwyżej lepszymi lub gorszymi rzemieślnikami i od tego, czy potrafili do swej twórczości przekonać ludzi z grubymi sakiewkami (to taka pierwotna forma karty kredytowej), zależał ich los, powodzenie i aktualny ranking. Jasnym było, że w tych warunkach niezwykle trudno było stworzyć coś lepszego, innowacyjnego i kreatywnego, zdecydowanie wykraczającego ponad gusta estetyczne swego mocodawcy. W końcu zlecenie to zlecenie i z czegoś trzeba żyć.

[dropcap]M[/dropcap]ijały wieki i, mimo wzrostu świadomości artystów co do ich wyjątkowych uzdolnień, stary układ wciąż wpychał ich w zaułek stereotypu, że mimo wszystko bliższa koszula ciału… Dopiero w drugiej połowie XIX wieku koncepcje artystyczne nabrały takiego rozmachu, że w końcu mleko się wylało i twórcy podjęli ryzyko, jakie niesie za sobą samodzielna i niekoniunkturalna wypowiedź.

Pierwszymi szaleńcami, którzy z pełną determinacją podjęli rękawicę, byli impresjoniści. Sztandarowy obraz Claude’a Moneta „Impresja – wschód słońca” stał się symbolem ery artystycznego wolnomyślicielstwa i… jednocześnie ubóstwa. Od tej pory nie było już też jedynego, powszechnie obowiązującego kierunku artystycznego, każdy mógł bowiem zostać kreatorem nowego ładu. Tym samym artyści podzielili się na tych, którzy upatrując powodzenia w zaspakajaniu gustów swych mocodawców malowali w willach, pałacach, salonach i kościółkach, oraz tych, którzy ryzykując malownicze, lecz jakże krótkie życie w nędzy, podejmowali ryzyko odrzucenia i niezrozumienia. Pokusa udanej wyprawy po złote runo była dla wielu jednak coraz silniejsza. Niebawem, na przełomie wieków, po ulicach miast paradowały już liczne grupy artystów zbuntowanych, nazywanych modnie dekadencką bohemą. Do bohemy należało się jak do socjety i, choć czasem twórczy zapał sprowadzał się tylko do nie kończących się sporów i dyskusji w oparach cygar i absyntu oraz deprawowania szwaczek, pokojówek i kucharek, to śmierć z powodu suchot, niedożywienia, syfilisu, czy też alkoholizmu wydawała się być po wsze czasy nobilitująca i wpisywała niedoszłego geniusza w panteon artystycznej chwały.

Do czego doprowadził ten życiowy nihilizm, zgadnąć już teraz nie trudno. Skoro można zanegować wszystkie, fundamentalne do niedawna wartości, nawet własną egzystencję, to sztuka nie powinna niczego odwzorowywać, odtwarzać otaczającego świata, „małpować”, powinna natomiast stać się wartością samą dla siebie, bez dotychczasowych, realnych inklinacji.

[dropcap]I[/dropcap] tak właśnie powstała abstrakcja… Jeżeli zatem stoicie przed malowidłem i kompletnie nie wiecie o co „kaman”, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że macie do czynienia ze sztuką nie przedstawiającą, czyli abstrakcją.

Tu chciałbym przestrzec wszystkich przed pochopnym pytaniem, co artysta miał na myśli, czyli jak rozumieć to dzieło. Taka indagacja jest niestosowna nie z tego powodu, że malarz, który obraz stworzył, zapomniał, co właściwie było tematem pracy, tylko dlatego, że obraz abstrakcyjny najczęściej jest pozbawiony tzw. warstwy narracyjnej – a prościej – treści, niczego nie musi opowiadać, a tym bardziej przedstawiać. Najczęściej jest tylko subiektywnym zapisem procesu twórczego, ale może również wyrażać przeżycia, emocje, idee i, oczywiście, może nam się podobać lub nie. Dla samej istoty tego kierunku nie ma to szczególnego znaczenia.

Skoro zatem treści jako takiej już z założenia nie ma co szukać, postarajmy się skupić na stronie formalnej dzieła – barwach, rytmie, harmonii, fakturze, kompozycji i tam spróbować dostrzec to, co nas może poruszyć, zaciekawić i inspirować…
Różnorakiego rodzaju nurtów, które zalicza się w poczet abstrakcjonizmu jest niemalże tyle, ilu samych abstrakcjonistów, a zatem bez poznania założeń artystycznych, nie próbujmy robić z siebie eksperta. Niezwykle trafnym posunięciem przed odwiedzeniem galerii jest skorzystanie z zasobów Internetu.

I jeszcze jedno – w żadnym wypadku nie może nam się wymknąć luzackie stwierdzenie: „…moje dziecko namalowałoby lepiej”, ponieważ wpiszemy się na własne życzenie i wieczne potępienie w poczet zatwardziałych ignorantów sztuki współczesnej.

Tak oto na trzech kartkach maszynopisu zmieściła się pokrótce niemalże cała historia sztuki – widzicie Państwo zatem, że do moich przedsylwestrowych dywagacji nie można podchodzić zupełnie serio. Tym niemniej i samej sztuki nie można też traktować ze śmiertelną powagą. Być może właśnie wtedy pozbędziemy się choć w części tego niepotrzebnego napięcia i obawy przed wstąpieniem w progi galerii, czy muzeum. Wystarczy może tylko pamiętać, że artyści w końcu tworzą sztukę dla nas, czyli dla zwykłych ludzi…