Everest – zdobyć nie oznacza przeżyć…

REKLAMA

Mount Everest – najwyższy szczyt Ziemi, ośmiotysięcznik, położony w Himalajach Wysokich, na granicy Nepalu i Chińskiej Republiki Ludowej (Tybetu). Przez miejscową ludność uważany za siedzibę bogów. Odkryty i po raz pierwszy zmierzony przez geodetów brytyjskich w połowie XIX wieku, po raz pierwszy zdobyty 29 maja 1953 roku. Jego zdobycie to marzenie wielu. Nawet za cenę życia.

W Novym Kinie Przedwiośnie miałam okazję oglądać przedpremierowy pokaz filmu „Everest” w reżyserii Baltasara Kormakura. To historia, oparta na faktach, a przedstawiająca dramatyczne wydarzenia, jakie rozegrały się w maju 1996 roku na najwyższym szczycie świata.

PowiązaneTematy

Fot. materiały producenta
Fot. materiały producenta

W skrócie – doświadczony alpinista Rob Hall (Jason Clarke) organizuje wyprawę na Mount Everest. Komercyjną wyprawę dodajmy, bo choć to śmiertelnie niebezpieczna podróż, może w niej wziąć udział każdy, kto wyda kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Jest więc Teksańczyk Beck Weathers (Josh Brolin), listonosz Doug Hansen (John Hawkes), który kolejny raz próbuje zdobyć Everest czy japońska bizneswoman Yasuko Namba (Naoko Mori), której do pakietu wszystkich ośmiotysięczników brakuje właśnie Everestu.

W wyprawie bierze udział także dziennikarz magazynu „Outside”, Jon Krakauer, który opisał tragedię w książce „Into Thin Air” i otrzymał za nią w 1998 roku nagrodę Pulitzera. To właśnie on zadaje współuczestnikom wyprawy znamienne pytanie: Dlaczego?

To pytanie zadawałam sobie przez cały film. Co sprawia, że ogromna rzesza ludzi udaje się do stóp wielkiej góry, wspina się na nią w mrozie, wietrze, z ryzykiem upadku, zranienia, a nawet śmierci? Prowadzący wyprawę Rob, który w domu zostawił ciężarną żonę (w tej roli Keira Knightley), ostrzegał przed wyprawą: – Człowiek nie jest przystosowany do życia na wysokości lotu Jumbo Jeta. Możecie pluć krwią, mieć wodę w płucach, może też dojść do opuchnięcia mózgu. Wtedy człowiek ma zwidy, niektórzy rozbierają się, bo jest im gorąco…

Fot. materiały producenta
Fot. materiały producenta

Jaką odpowiedź dawali dziennikarzowi współtowarzysze? – Bo mogę – powiedział wprost Doug. – Bo jeśli mogę wejść na szczyt i zobaczyć najpiękniejszy widok, który nie każdemu jest dane obejrzeć, to czemu z tego nie skorzystać? Beck natomiast wyznał, już nie przy wszystkich: – Kiedy jestem w domu, czuję, że wisi nade mną czarna chmura. Depresja. Ale kiedy jestem tutaj, czuję że żyję. – Jesteś szczęśliwy? – pytał go kolega. – Muszę to jeszcze przemyśleć – zaśmiał się.

To zastanawia. Bo o ile każdy cel, jaki sobie wyznaczamy kończy się na zdobyciu go, o tyle zdobycie Mount Everestu to nie wszystko. Nie wystarczy wejść. Nie wystarczy przetrwać ból zimna, ryzyka wpadnięcia w otchłanie lodowca, nie wystarczy poczuć radość z zatknięcia swojej flagi na szczycie i zrobienia sobie zdjęcia, które będzie tego pamiątką i dowodem. Trzeba jeszcze zejść…

A to właśnie zejście jest dla bohaterów filmu Baltasara Kormakura największym problemem. Nieprzewidywalna pogoda i nadludzkie zmęczenie powodują, że nie wszystkim uda się ta walka o przetrwanie…

Jeśli lubicie dojrzałe kino, świetną grę aktorską, prawdziwe emocje – „Everest” jest dla was. Nie zachęcam jednak ani nie zapraszam ludzi, dla których ważniejsze w trakcie seansu jest śledzenie swojego wirtualnego świata na komórkach i przeszkadzanie rozmowami innym widzom.

Ten film nie spowoduje wybuchów śmiechu, być może wyciśnie nawet łzy. Przede wszystkim jednak pokaże, jak pasja może zniszczyć życie. Jaką ofiarę muszą ponieść ci, którzy spełniają tak groźne marzenia. I jak wpłynie to na ich najbliższych…

Przedpremierowy pokaz możecie obejrzeć w Novym Kinie Przedwiośnie jeszcze jutro, zapraszamy do naszego Kalendarza wydarzeń.