REKLAMA

Dwa wernisaże dialogu w Płockiej Galerii Sztuki

REKLAMA

W środowy wieczór w Płockiej Galerii Sztuki mieliśmy okazję uczestniczyć w dwóch malarskich wernisażach – w głównej przestrzeni wystawienniczej zagościły obrazy Renaty Zimnickiej-Prabuckiej, natomiast w Galerii Kreski prace, pochodzące w przeważającej części z wystawy pokonkursowej „Ulica Themersonów”.

Renata Zimnicka-Prabucka

Renata Zimnicka-Prabucka urodziła się w Cerkiewniku, obecnie zamieszkuje w Olsztynie. W 1999 roku pod kierunkiem prof. Janusza Kaczmarskiego obroniła dyplom z malarstwa na Wydziale Artystycznym olsztyńskiej WSP, a w 2006 roku uzyskała tytuł doktora na UMK w Toruniu. W latach 2002-2004 była redaktorem graficznym pisma „Portret”. Na swym koncie ma 23 wystawy indywidualne, uczestniczyła również w wielu wystawach zbiorowych. Od 2007 roku jest adiunktem w Katedrze Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie. Artystka bywała ładnych kilka lat temu w Płocku, ponieważ tutaj ma swą rodzinę, jak sama wspomina – „trochę go rysowała”.

PowiązaneTematy

Co można powiedzieć o twórczości artystki? Wielu krytyków sztuki łączy ją z koloryzmem, a ona sama chociażby w części przyznaje im rację, gdyż właśnie kolor w wielu obrazach jest na tyle ważnym składnikiem, że staje się wręcz dominantą. Z drugiej strony, kolor jest dla Renaty Zimnickiej-Prabuckiej wyrazem szacunku dla tradycji, jako uznania osiągnięć wielkich mistrzów sztuki współczesnej – Pablo Picassa, Chaim Soutine’a, Henri Matisse’a, Georgesa Braque’a czy też Józefa Czapskiego, Jan Cybisa, Andrzeja Wróblewskiego.

W tym miejscu winien jestem słów kilka o tym, czym jest koloryzm i to na dodatek w polskim wydaniu. W 1924 roku grupa malarzy z krakowskiej ASP, z pracowni Józefa Pankiewicza, wyjechała do Paryża na studia. Kiedy powrócili po 7 latach do kraju, stworzony przez nich koloryzm, który zawierał w sobie wyraźne wpływy francuskiego postimpresjonizmu, zdominował polskie malarstwo okresu międzywojennego. Koloryści chętnie malowali naturę, krajobrazy, pejzaże oraz portrety. Kolor był dla nich ważniejszy od samej konstrukcji obrazu i miał decydować o nastroju dzieła. Jak sami mawiali – kształtowali formę kolorem. Nie używali w zasadzie czarnej barwy, światło przedstawiali ciepłymi barwami, natomiast cienie zaznaczali chłodnymi odcieniami. Malowali w sposób prosty, unikając symboliki, dwuznaczności i wpływów historii, czy też literatury.
W trakcie wernisażu sama artystka stwierdziła: „Moje obrazy „pływają” we wspólnej tradycji malarstwa”…

I pewnie w tym miejscu kończą się bezpośrednie podobieństwa kolorystów z malarstwem Renaty Zimnickiej-Prabuckiej, bowiem ona sama poszukuje w swej mocnej, ekspresyjnej twórczości własnej prawdy o człowieku i jego egzystencji. Czyni to oczywiście w sposób mocno zindywidualizowany, szukając swego autorskiego, malarskiego języka, który wyrażałby jej przeżycia, fascynacje i emocje w taki sposób, aby widz mógł znaleźć się w znanej sobie przestrzeni kulturowej. Oczywiście, każde dzieło nie jest zwykłym obrazem z innego obrazu, transpozycją, powidokiem. Twórczość mistrzów staje się tylko pretekstem, kanwą, inspiracją do wyrażenia własnej kreacji, pełnej szczerości i autentyzmu.

Co do malarskiego instrumentarium w obrazach Renaty Zimnickiej-Prabuckiej nie znajdziemy wycyzelowanych form, wymuskanej, przemyślanej w szczegółach linii. Pociągnięcia pędzla są zazwyczaj nerwowe, wręcz impulsywne jak zapis elektrokardiogramu, stwarzają poczucie malarstwa pod wpływem ekstremalnych emocji, szkiców czynionych w obawie przed utratą tyleż delikatnej, co ulotnej istoty rzeczy. Światło w obrazie artystka wyraża kolorem – gęstym i dominującym, budującym zarówno harmonię, rytm, jak i kontrasty.

W czasie środowego wernisażu malarka skromnie podsumowała swoje twórcze poszukiwania: – Wciąż zaczynam od początku, tak jak Jan Cybis, który w wieku 67 lat powiedział o sobie: „Jestem dobrym malarzem, ale źle maluję”.



Kreski na ulicy

Druga wystawa, o nazwie „Kreski na ulicy”, została przygotowana w oparciu o własne zasoby Płockiej Galerii Sztuki. Są to grafiki i rysunki młodych twórców, którzy dwa lata temu wzięli udział w konkursie „Ulica Themersonów”, zorganizowanym w ramach festiwalu „SkArPa”. Są to Malwina Bienias, Adam Czech, Ewa Anna Dybek, Anna Dybowska, Marcin Dybowski, Bożena Jovičić, Katarzyna Kabzińska, Anna Klocek, Anna Ludwicka, Krzysztof Orankiewicz, Natalia Pawlus, Elżbieta Pietruczuk, Teresa Płotkowiak, Żaneta Rzepa, Martyna Rzepecka, Ewa Szyman i Anna Tomica.

Warto w tym miejscu wspomnieć o samym małżeństwie Themersonów. Pamiątkową tablicę poświęconą Stefanowi odnajdziemy przy ul. Grodzkiej 5. Stefan Themerson był wybitnym płocczaninem – w tej kamienicy urodził się 25 stycznia 1910 r. Upodobania do literatury i muzyki odziedziczył po ojcu, który był znanym płockim lekarzem, literatem i publicystą. Podczas nauki, w wieku 14 lat samodzielnie stworzył pierwszy odbiornik radiowy w mieście oraz zajmował się fotografią artystyczną, co stanowiło wówczas w Płocku zupełną nowość. Do tego rysował i malował, a w 1927 r. napisał scenariusz do filmu pt. “Lekarz”. Rok później ukończył “Jagiellonkę” i wyjechał, by studiować fizykę na Uniwersytecie Warszawskim i architekturę na Politechnice Warszawskiej.

W wieku 21 lat zawarł związek małżeński i wraz z żoną Franciszką (absolwentką warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych) zrealizował swój pierwszy awangardowy film pt. “Aptekarz”. W 1937 r. państwo Themersonowie wyjechali do Francji, a następnie do Anglii, gdzie Stefan pisał dzieła literackie i filozoficzne, ilustrowane przez żonę. Podczas II wojny światowej służył ochotniczo w Polskich Siłach Zbrojnych w Anglii. W 1953 r. przyjął obywatelstwo angielskie, a rok później po raz pierwszy od 17 lat odwiedził rodzinny Płock. Zmarł w Londynie w dniu 6 września 1988 r.

Grafiki i rysunki młodych artystów, zebrane w wystawę „Kreski na ulicy”, nawiązują nie tylko do specyfiki przestrzeni miejskiej jako takiej, do rytmu ulicy – jej życia, tkanki i nerwu. Są także odniesieniem się do awangardowej twórczości małżeństwa Themersonów, swoistą interpretacją i nawiązaniem kreatywnego dialogu pokoleń.

Tak zatem obydwie wystawy dopełniają się, ponieważ zaprezentowane prace w specyficzny sposób bazują na dorobku kulturowym, poszukując korelacji ze współczesnością. Mówi się, że sztuka jest ponadczasowa – to prawda, o ile dzieła starych mistrzów wciąż do nas przemawiają, są intrygujące, pobudzają do nieustannych, własnych poszukiwań, są w dalszym ciągu pożywką twórczych inspiracji. I właśnie na tym aspekcie sztuki skoncentrowały się dwie płockie wystawy, do których obejrzenia, jak najbardziej zachęcam.

Waldemar Robak