MotoPłocczanie. Jacek Jędrzejczyk: Zaczynając wyścigi, trzeba się zderzyć ze ścianą

0

W kolejnym wydaniu MotoPłocczan rozmawiamy z Jackiem Jędrzejczykiem, płockim kierowcą wyścigowym, startującym w Wyścigowym Motocyklowym Pucharze Polski (klasa Rookie 1000) oraz europejskim pucharze IMRC Cup. Z jaką ścianą zderzył się na początku swojej kariery? Co lekarze chcieli mu amputować i dlaczego? Zapraszamy do lektury. 

PetroNews: Jest Pan kierowcą wyścigowym, osobą dobrze obytą w tym świecie. Dlaczego wybrał Pan akurat tę dziedzinę?

Jacek Jędrzejczyk: Dlaczego wyścigi motocyklowe? Dlatego, żeby bezpiecznie jeździć, żeby bezpiecznie wrócić do domu i przeżyć, bo motocykl jest niebezpiecznym sprzętem. Dlatego, żeby spełnić marzenia, poznać ludzi i coś osiągnąć.

PN: Jak wygląda początek w świecie wyścigów?

JJ: Zaczynając wyścigi motocyklowe, trzeba zderzyć się z taką ścianą. Ścianą finansową. Zakup motocykla, przerobienie go i wszelkie gadżety, które są oczywiste. Potem okazuje się, że wszystko ma swoje granice finansowe, które trzeba przekraczać. Sprzęt, ubrania, opony – to są olbrzymie pieniądze.

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

PN: Jaki był Pana pierwszy kontakt z motocyklem lub samochodem?

JJ: Samochodem to nawet nie pamiętam kiedy to się działo. Zawsze pociągała mnie motoryzacja. Miałem różne wyobrażenia i marzenia na temat tego, co będę kiedyś w tym temacie robił. Jeżeli chodzi o motocykl, to pierwsza była motorynka, jak to u większości ludzi w moim wieku. Pozwalała na jazdy w różnym terenie. Potem była MZ-ka.

Fot. Wikipedia

Fot. Wikipedia

Potem wiadomo, praca, rodzina i 15 lat nie siedziałem w ogóle na motocyklu. Pierwszy motocykl po przerwie to było Kawasaki. Bałem się na nie nawet wsiąść. Był to motocykl 150-konny. Robiłem nim wycieczki typowo drogowe, w Bieszczady czy nad morze. Tylko w tym przypadku… apetyt rośnie w miarę jedzenia i chciałem coś po prostu lepszego. Kupiłem następne Kawasaki ZX-10R. Motocykl rodem z toru wyścigowego. Ciężko było go opanować, ale udało się. Gdy już go opanowałem, przesiadłem się na Suzuki GSX-R 1000 K6. Był to motocykl naprawdę z górnej półki. Sto osiemdziesiąt koni mechanicznych i to pozwalało na bardzo, bardzo wiele. To był motocykl, który zapisał się w mej pamięci. Być może dlatego, że miałem na nim bardzo poważny wypadek, który – nie wiedzieć czemu – nie zakończył się tragicznie. Była to już przestroga, że droga to nie jest to. Po wypadku spędziłem prawie dwa lata na rehabilitacji. Noga była składana z drobnych cząsteczek. Ręka była złamana na pół.

PN: Mówił Pan o wypadku na motocyklu. Czy był to najgroźniejszy wypadek, czy przeżył Pan coś jeszcze gorszego?

JJ: To było najtragiczniejsze zdarzenie drogowe, jakie przeżyłem i nikomu takiego czegoś nie życzę. To było na drodze do Bielska. Nie powiem, że jeździłem tam tysiące razy, ale znałem tę drogę na pamięć. Ćwiczyłem sobie zakręty. Ironia losu jest taka, że następnego dnia miałem pierwszy raz jechać na tor. Przejeżdżałem fajny zakręt, wymagający sporych umiejętności i, niestety, w połowie tego zakrętu okazało się, że leży tam piasek. Uślizgnął się przód motocykla, wyprostowałem go, ale wiadomo jak się prostuje w połowie zakrętu motocykl i… zbliżyłem się do barierki. Uderzyłem w nią przy prędkości około 180 kilometrów na godzinę. Nie polecam tak robić! Przeleciałem przez tę barierkę, poleciałem rowem i uderzyłem w przepust betonowy. Motocykl, ważący 200 kilo, leciał nade mną i spadł kilka metrów obok… Konsekwencje były opłakane. Chcieli mi amputować nogę powyżej kostki. Na szczęście nie było żadnego otwartego złamania. Po miesiącu już chodziłem – nie należę do osób, które się poddają, poza tym bardzo chciałem się zrehabilitować. Chodziłem do czterech gabinetów rehabilitacyjnych w tygodniu i jeszcze koleżanka po godzinach mnie rehabilitowała. Efekty zdumiewały.

PN: Co się stało, że jednak wrócił Pan na motocykl? Ja sam przeżyłem dość poważny wypadek motocyklowy i do cyklicznej jazdy jednośladem nie wróciłem. A Pan jeździ i to w najbardziej sportowej odmianie.

JJ: No widzi Pan. Teraz ja zadam Panu pytanie. Z czym kojarzy się tor wyścigowy?

PN: Według mnie z profesjonalizmem i z tym, że rozwijamy swoje umiejętności, przez co jeździmy bezpieczniej. Moim zdaniem, lepiej jeździć na torze, bo jest po prostu bezpieczniej. 

JJ: Tor wyścigowy to tak naprawdę tylko nazwa. Tam też jest nauka jazdy. Są np. zaprojektowane miejsca wrażliwe, gdzie można wypaść z toru, ale umieszczone są tam strefy bezpieczeństwa, dzięki czemu spokojnie ten motocykl wyprowadzimy z opresji. Nawet jeżeli się przewrócimy, to nie zrobimy sobie większej krzywdy. Bardzo rzadko się zdarza, żeby ktoś ucierpiał. Na drodze 9 na 10 wypadków kończy się tragicznie, na torze jest odwrotnie.

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

Postanowiłem, że będę jeździł na torze, za sprawą Andrzeja Lewandowskiego, który teraz ściga się w Porsche Cup, ale jest byłym mistrzem Superbike-ów. Pojechałem z nim na tor. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego okrążenia. W zakręcie przestraszyłem się zawodnika przejeżdżającego koło mnie i wjechałem w żwir. Im wolniej się jedzie w tym żwirze, tym ta kierownica zaczyna coraz bardziej na boki latać. Myślałem: – O kurczę, dopiero motor wyremontowany, ja jeszcze nie w pełni sprawny, a za chwilę może wydarzyć się coś, co zaważy na moim życiu. Na szczęście zatrzymałem się bez upadku.

Gdy pierwszy raz na torze wyjechałem poza trasę, moje tętno było naprawdę wysokie, a ja miałem w głowie dwie myśli. Albo pojechać w lewo, z powrotem na tor i jeździć dalej, albo pojechać w prawo, gdzie była furtka, oznaczająca koniec jakiejkolwiek przygody z motocyklem. Po krótkim namyśle pojechałem w lewo. Po kilku treningach poznałem braci Szkopek, od których kupiłem na koniec sezonu motocykl w klasyfikacji SuperStock 1000. Było to Kawasaki ZX-10R.

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

Jeździłem na tzw. speed day do Poznania, gdzie zawodnicy jeździli w różnych grupach zaawansowania. Jeżdżąc w grupie B, czyli najwyższej dla posiadaczy drogowych motocykli, robiliśmy czasy takie, jak zawodowcy jeżdżący w grupie A. Wtedy przyszedł dyrektor zawodów, pan Jacek Molik, który powiedział, że albo jeździmy z zawodowcami, albo nie jeździmy w ogóle, bo nasz poziom odstaje na tyle od ludzi ze wspólnej grupy, że oni boją się z nami jeździć. Byliśmy wśród motocykli typowo torowych i w tej grupie zaledwie garstka zawodników była lepsza od nas, chociaż my mieliśmy motocykle z lusterkami, kierunkowskazami i innymi drogowymi gadżetami, których motocykl torowy nie ma, przez co jest lżejszy. Ta ironia sprawiła, że pomyślałem: – Kurczę, oni mogę, to czemu ja nie.

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

Fot. Archiwum prywatne Jacka Jędrzejczyka

PN: Z jaką największą prędkością prowadził Pan samochód lub motocykl?

JJ: Na torze nawet nie ma szans sprawdzić maksymalnej prędkości motocykla. Pamiętajmy, że prosta start-meta na torze, bo tam jest możliwość rozwinięcia największej prędkości, to jest miejsce, na które wjeżdżając musimy rozpędzić się z pewnej prędkości i potem jeszcze zahamować przed kolejnym zakrętem. Mimo to, na tym odcinku jadę z prędkością rzędu 290 km/h. Na torze wyścigowym najważniejsza jest płynność przejazdu, a nie prędkość. Płynność przejścia z przyśpieszenia w hamowanie, ułożenie ciała, tor jazdy, zmiana biegów. Lepiej jest średnią prędkością wejść w zakręt i szybko wyjść, niż z dużą prędkością w niego wjechać i wytracać prędkość w zakręcie. Najważniejsze są wyjścia z zakrętów.

PN. Sam Sobiesław Zasada mówił kiedyś, że nieważne jak szybko wejdziemy w zakręt, tylko jak szybko z niego wyjdziemy. Jazda na wyścigi wiąże się zapewne z podróżami. Jaka była najciekawsza podróż, którą miał Pan okazję odbyć?  

JJ: Jak jedziemy na tor, na wyścigi, to skupiamy się na tym, żeby samochód był dobrze zapakowany i wszystkich aspektach związanych z dotarciem na miejsce. Trasę przeważnie pokonujemy w nocy, bo każdy z nas pracuje, a z drugiej strony chcemy od rana być na torze. Czas wykorzystujemy maksymalnie. W nocy nie ma jakiś atrakcji, chyba, że komuś zepsuje się samochód, to wtedy są to atrakcje podróży. Tor i wyścigi to nie tylko walka o cenne ułamki sekund. Pamiętam, gdy pojechałem do czeskiego Mostu, miejscowości położonej bardzo blisko Pragi. To bardzo fajne miejsce, gdzie jest tor wyścigowy, leżący w takiej specyficznej niecce. Dookoła widzimy góry, jeziora i zamki. Bajkowa kraina. Na jednej z gór jest zamek. Wjeżdża się bardzo wysoko, praktycznie pionowo. Pojechaliśmy tam coś zjeść i gdy usiedliśmy na zewnątrz okazało się, że jesteśmy w chmurach! Czuć było niesamowite, rześkie powietrze, które troszeczkę się skraplało. Widok i przeżycie niesamowite.

Fot. Wikipedia

Fot. Wikipedia

Turystycznie polecam Bieszczady. Do jazdy motocyklem to najlepszy region, szczególnie we wrześniu. Te serpentyny, ten klimat tych dróg jest czymś, dla czego warto odwiedzić tamte miejsca. Mieszkałem tam przez 3 lata i szczerze uważam, że to wspaniałe miejsce do turystyki motocyklowej. We wrześniu jest tam najpiękniejsze słońce. Gdy pada pod odpowiednim kątem, a my jedziemy motocyklem normalnie, nie za szybko i podziwiamy to co mamy na prawo i na lewo, to widzimy całą esencję podróży.

PN:  W Płocku świetnych kierowców jest wielu. Zaczynając od Pana, poprzez braci Szkopek, Piotra Więcka, który jest aktualnym wicemistrzem Europy i mistrzem Polski w driftingu, pan Andrzej Lewandowski, jeżdżący w Porsche Cup, o którym pan wspomniał. Wielu innych kierowców, którzy nie mają możliwości startować w wielkich ligach, ale doskonale dają sobie radę na mniejszych imprezach. 

JJ: Dodajmy jeszcze Pawła Sobczyka, wielce utalentowanego kierowcę, który jeździł motocyklem, potem quadami i zajmował naprawdę znakomite miejsca w zawodach. Wojtek Sławiński, kurczę, kto go w Polsce nie zna? Więc gdzie, jaki Poznań jest stolicą motoryzacji? Proszę mi pokazać drugie miasto w Polsce, które ma takie tradycje jak Płock. I my mamy możliwości.

PN: Co, Pana zdaniem, jest rzeczą zbędną w pojeździe? 

JJ: Zależy co komu i do czego jest potrzebne. Ma pan rodzinę, to kupuje pan sobie kombi czy vana. Jest pan kawalerem i lubi szybko jeździć, to kupi pan auto sportowe. Nie ma chyba rzeczy zbędnych. W dzisiejszych czasach możemy przecież dokładać różne gadżety. Jeden lubi muzykę, inny założy lepsze felgi, zawieszenie, wydech. W tę stronę to tak, ale zbędnych rzeczy chyba nie ma. O zbędnych rzeczach możemy mówić w przypadku motocykla wyścigowego. Zbędne są lampy, lusterka czy kierunkowskazy, potem okazuje się, że i zawieszenie musimy wymienić.

PN: A jaki jest pojazd Pana marzeń? 

JJ: Z tym jest ciężko, bo spełniłem chyba wszystkie swoje marzenia. Nieśmiało powiem, że mam Mercedesa AMG, bardzo podziwiam tę markę i to auto. Dla mnie to jest dzieło sztuki, bardzo fajny silnik V8. Można by jedynie troszeczkę udoskonalić te marzenia. Z racji wieku i doświadczenia w motoryzacji, coś jest bardziej potrzebne. Wiek i możliwości weryfikują te marzenia. Ja jestem taki, że zawsze mam marzenia na swoje możliwości. Nie wybiegam aż tak daleko i też nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Podejrzewam, że chciałbym Porsche 911 Carrera. To jest samochód kultowy i jak 20 lat temu wychodził, to był najlepszy, 5 lat temu był najlepszy i teraz dla mnie też jest najlepszy. Może nie jest najwygodniejszy czy najszybszy, bo są samochody szybsze, ale to jest Porsche Carrera 911. Świadczy o tym chociażby to, że to auto nigdy nie tanieje.

PN: Ostatnie pytanie. Gdyby Pana przyjaciel poprosił o pomoc w wyborze nowego samochodu. Powiedzmy, że miałby na wydanie 50 tysięcy złotych. Co by Pan mu polecił? Jakie auto?

JJ: Skodę albo Opla. Te dwie marki, na tę chwilę, mają relatywnie dobry stosunek jakości do ceny.

PN: Dziękujemy bardzo za rozmowę!

JJ: Ja również dziękuję.

Rozmawiał Dominik Jaroszewski. 

Fot.: Wikipedia oraz prywatna galeria Jacka Jędrzejczyka.

Podziel się.

Patronat i artykuły sponsorowane w PetroNews.pl


Warto Przeczytać


Ostatnie Informacje