REKLAMA

Z pożółkłych szpalt Korrespondenta Płockiego

REKLAMA

Znowu sfrunęło z kalendarza 30 kartek, z szelestem rozwiały się w studni przeszłości, podobnie jak czerwiec 1879 roku, który jednakże postaram się choćby w części zrelacjonować. O czym tym razem donosił nasz „Korrespondent Płocki?

Jak zwykle pisał o sprawach ważnych i błahych, śmiesznych i dramatycznych. Tym razem tak się złożyło, że dużo będzie o kościach i to pod różną postacią: złamanych wydobywanych, końskich, ludzkich, przetworzonych, a nawet trupiogłowych… Rozpocznę zatem bez zbędnej zwłoki od sprawy, która wtedy żywo interesowała wszystkich mieszkańców grodu, a mianowicie robót modernizacyjnych sieci kanalizacyjnej:

„Przy budowie kanału cementowego, podziemnego na ulicy Mostowej zdarzać się zaczynają wypadki. Przedwczoraj koń z wozem, który stojąc nad brzegiem wykopu, przestraszył się przechodzącego żołnierza, wpadł w rów na 16 stóp głęboki, pokaleczył się, a wóz na szczątki rozbił. Wczoraj znów w ten sam przekop wpadł człowiek, jeden z robotników i potłukł się, ale na szczęście nieszkodliwie”.

Jak Państwo widzicie już w pierwszym doniesieniu, chyba tylko dzięki protekcji samej Opatrzności cudem uniknięto strat w układach kostno – stawowych, zarówno ludzkich, jak i końskich. Jednakże już kolejna relacja z placu budowy dobitnie świadczyła o tym, że sprawa wymknęła się spod kontroli i doszło do sprzeniewierzenia kości i to na skalę szeroko zakrojonego procederu. Można by zapytać – co robiły w tym czasie CBA, NIK, SOP, CIA, KGB i inne groźnie brzmiące skrótowce?:

PowiązaneTematy

„Przy kopaniu kanału podziemnego na ulicy Mostowej robotnicy wśród mnóstwa wydobywanych kości, w części zwierzęcych, w części ludzkich, wiele znajdują przedmiotów, osobliwych i ciekawych należących do dziedziny archeologii, numizmatyki i paleontologii. W najniższej części kanału u stóp Góry Tumskiej znajdowano urny z popiołem, odwieczne zabytki z bronzu, a wyżej wykopano starożytne pieniądze, wreszcie różne przedmioty z bronzu i żelaza, o których tyle tylko od znalazców można było się dowiedzieć, iż osobliwego były kształtu. Wśród wykopanych kości wiele znaleziono szczątków po nie istniejących już dziś olbrzymach świata zwierzęcego. Pomimo próśb naszych i przyrzeczeń sowitego wynagrodzenia wszystkie te wykopaliska dostają się do handlarzy, skupujących kości dla użytku przetwórni lub wpadają w ręce ludzi, którzy naukowego użytku z pewnością z odkryć tych nie uczynią. Przechowywacze owi mają jedynie przeczucie schwytanego zabytku, lecz żadnych w tym kierunku znajomości naukowych, wadą zaś ich jest – obok naturalnej ciemnoty i niewytłumaczalnej chciwości – skrytość i tajemniczość, dzięki czemu nie jesteśmy w stanie zaznajomić szerszy ogół z odkryciami poczynionymi na ulicy Mostowej”.

No tego wyobrazić sobie wprost niepodobna! Oto mogliśmy mieć w Płocku zbiory dorównujące londyńskiemu Natural History Museum, a tu kości dinozaurów poszły na mydło? Czy przypadkiem nie przesadziliśmy z tą higieną? Cóż nasi pradziadowie się tym razem nie spisali; tu w Płocku mogliśmy mieć Park Jurajski, czy też Pustynię Gobi lub jakiś inny paleontologiczny raj u samych stóp Tumskiej Góry, tymczasem antenaci spuścili beznamiętnie nasze marzenia do cementowego kanału… razem z mydlinami. Zresztą w ogóle w tym czasie mieli coś z tą czystością, która w różnych aspektach nie dawała im spokoju, nawet w tzw. sferze etycznej:

„Niwa” w ostatnim numerze zamieściła prześliczny artykuł „Moralne siły społeczne”, na który zwracamy uwagę czytelników naszych. Autor słusznie zauważa, że nie prędko nadejdzie chwila, w której byśmy równie pięknie i szlachetnie jak teraz mogli wyróżnić naszą narodową indywidualność, że zaś bezwyznaniowość, kosmopolityzm i zepsucie moralne zarażają u nas jednostki słabe, przewrotne lub zaślepione, więc nasza wiara, nasza tradycya dziejowa i nasza rodzina – owe warownie sił naszych – oto świętości, które bronić i popierać winniśmy”.

Pomińmy milczeniem fakt, że redaktorowi tego artykułu należała by się dwója z minusem za chaotyczność wypowiedzi. Powtórzmy raz jeszcze: Wiara, tradycja i rodzina – warownie sił naszych… W tym miejscu trochę się pogubiłem i już nie jestem pewien, czy rzeczywiście dzięki lekturze „Korrespondenta” to my cofnęliśmy się w czasie, czy też przeszłość na skutek jakiejś kosmicznej aberracji wplotła się żywą nicią we współczesność, bo przecież fragment tekstu, na który zwróciłem uwagę brzmi, jakbym nieopatrznie włączył jedną z dość wziętych i wpływowych stacji radiowo-telewizyjnych… Porzućmy jednakże domysły, które do niczego nas nie doprowadzą… chyba, że na manowce historii. W grodzie na Tumskiej Górze życie toczyło się wartko, niemal każdy dzień przynosił sensacyjne wieści:

„Służba mostowa w dniu wczorajszem rano powracając przez most do Radziwia po jego zamknięciu, spostrzegła człowieka z pomiędzy łyżew wypływającego. Ostatnimi wysileniami, aby na powierzchni wody się utrzymać, siły swe wyczerpał. Gdy go dostrzeżono, tonął już. Ludzie idący mostem rzucili się do łodzi. W mgnieniu oka dościgniono topielca i bezprzytomnego na brzegu złożono. Natychmiastowa pomoc umiejętna przywróciła życie w tym na wpół zamarłem już ciele. Okazało się, że topielcem okazał się Żyd znany z cierpienia umysłowego, które stało się zapewne powodem niebezpiecznej tej kąpieli”.



Wyjaśniam, że przytoczonym zdarzeniu nie ucierpiał żaden kościec zwierzęcy lub też ludzki, co najwyżej na szwank został wystawiony ubiór niedoszłego topielca, w przeciwieństwie do wypadków (to słowo jest tu jak najbardziej na miejscu), które rozegrały się czerwcowej nocy kilka dni później:

„W piątek przeszły około 10 wieczorem złowróżbne trąbki zwiastowały miastu pożar. Tłumy zatrwożonych i ciekawych pobiegły w kierunki, jaki wskazywała latarnia na ratuszu wywieszona. Paliło się w podwórzu pani Westfal w posesyi przy Starym Rynku. Pożar dzięki szybkiemu ratunkowi w początku samym został opanowany i ugaszony, zrządziwszy tylko niewielkie straty w zabudowaniach podwórzowych. Największą szkodę z powodu tego pożaru ponieśli: wirydarz Starego Rynku, którego trawniki podeptano i popsuto ogrodzenie, oraz wielu z biegnących, którzy nie mogąc dojrzeć w ciemności drutów łączących słupki ogrodzenia, w pośpiechu wywracali się ponosząc szwank często niebezpieczny, bo wiemy między innnemi o złamaniu ręki przez jednego ze znaczniejszych obywateli; a biegł on jako zwierzchnik straży ogniowej zająć swe stanowisko przy pożarze. Wypadki złamania kości przez te druty nie są rzadkie, należałoby by więc może wziąć to pod uwagę, a dobrze oceniwszy korzyści i niedogodności wynikające z dzisiejszego sposobu grodzenia, zmienić je na inny, bardziej dla przechodniów bezpieczny”.

Nie wiadomo jak szybko poradzono sobie z kontuzjogennymi drutami, na szczęście nie wszystko nimi odgradzano; w mieście funkcjonowały także dużo bezpieczniejsze szlabany, choć i one stawały się czasem powodem niespodziewanych kontrowersji:

„W niedzielę około 10 wieczorem niezwykły hałas na ulicy Tumskiej przeraził pilnie zajętych po niedzielnym wypoczynku – członków naszej resursy. Zbadanie jednak tego zgiełku ulicznego łatwem nie było, gdyż szwargot odbywał się w języku, którego pewni zbyt łaskawi zwą hebrajskim. Wreszcie po długim dociekaniu okazało się, iż powodem burdy był jakiś pełnomocnik dzierżawcy opłaty rogatkowej, który na czele armii nieletnich współwyznawców dopędził dopiero na ulicy Tumskiej jakiegoś furmana, chcącego uniknąć wydawania drobnych na rogatce. Prosilibyśmy uprzejmie pana dzierżawcę, aby trzygroszowe interesa swoje załatwiał przy szlabanie i zechciał w spokoju pozostawić przynajmniej środek miasta”.

Ot, przytoczyłem właśnie pewien obyczajowy obrazek z ulic dziewiętnastowiecznego Płocka, ale mam w zanadrzu drugi, równie zajmujący i sielski z przyległej miastu okolicy, wprost spod wiejskiej strzechy. Historyjka jest w dwójnasób interesująca, bowiem została opisana przez całkiem wprawnego gawędziarza, który w tamtych czasach swymi barwnymi opowieściami zastępował przygodnym słuchaczom jednocześnie kino, radio, telewizję, social media i internet:

„Wśród gospodarzy naszych łatwo spotkać człowieka, który wierzy w różne zabobony, choć wiara nasza zakazuje do zabobonów przywiązywać jakiekolwiek znaczenie. Niektóre z nich nie są szkodliwe; gorsza już jest wiara w zdejmowanie paskudnika, zażegnywanie guseł i tym podobne brednie. Wszyscy ci mądrzy, którzy łatwym chlebem żyć pragną i głupich łowią na wędkę łatwowierności są szkodliwi, a ciemnota ludzi największe przynosi im zyski. Posłuchajcie zatem, jak cyganka w pewnej wiosce się zawinęła. Młoda gosposia ledwie rok za mężem siedzi sobie z dwoma kumosiami przy kądzieli w izbie, Walenty pojechał do miasta z drzewem. Wtem furtka skrzypnęła, pies zrywa się do drzwi, wybiega na dwór i zażarcie ujada. Po chwili wpada do sieni straszna, jak śmierć cyganka. Zamiast pochwalenia Boga cyganicha najstraszliwszymi na psa miota przekleństwami.
–Niech was Bóg strzeże gosposiu, nie daliście mi pomocy, gdy wołałam ratunku, pies mnie chciał rozedrzeć, wasz do miasta pojechał, więc baliście się pewnie obcego.
– A któż wam mówił, że mojego nie ma?
– Pytacie kto mówił? Moje oko czyta przyszłość, ja widzę u was, czego wy nie odgadujecie; widzę jak ulatuje bogactwo z waszego obejścia, a Wasz z małym zawiniątkiem niebawem stąd uchodzić będzie!
– Na Boga! Cóż mówicie? – zawoła wystraszona gosposia; sąsiadki zdziwione wierzą, jak i ona cygance.
– Tak, tak, złe przed wami, bardzo straszne złe; błogosławieństwa nie będzie tam, gdzie się sprawdza przekleństwo „martwej mody”, ani bogactwa, ani chleba, ani dzieci Bóg wam nie da, a łachmany z was oblecą, jak z najbiedniejszego cygana.
Cyganicha plecie, co jej ślina do ust przyniesie, a kobieciny słuchają przelękłe. Sama gospodyni, blada jak ściana, już sobie z tego, co zaszło sprawy zdać nie może.
– Co za nieszczęście, że mego Walka w domu nie ma…
– Zachowaj Boże gosposiu. – rzecze cyganka – toć to wasze szczęście, że wam uczciwie poradzić będę mogła i jeśli chcecie wszystkie od siebie odwrócić nieszczęścia, nic nie mówić mężowi – tajemnica to pierwszy warunek, inaczej wszystkie moje sposoby na nic.
Gadaniną doprowadza kobiety do tego, że jej obiecują zachować sekret, a po dłuższej rozmowie zgadzają się na to, że trzeba cygankę prosić o radę.
– Moja poczciwa cyganko, zapłacę wam ile trzeba, ale odwróć od nas straszliwe przekleństwo.
– Dobrze gosposiu, jestem na to przysłaną, żeby dobrze robić; nic nie żądam tylko pożyczyć mi musicie czerwonej, wełnianej spódnicy, a tak czerwonej, jak ten ogień co się pali pod blachą, jak to słowo, które wypowiem, a które od was nieszczęście odwróci. Drugie, pożyczycie mi czerwonej chusty, abym się okryła podczas odczyniania tak, jak moje słowo was jako i waszego męża od strasznej przyszłości okryje. Trzecie, dajcie mi jajko od czarnej kury nie starszej niż 12 miesięcy i takie, które kura przed wschodem słońca zniosła.
Gosposia daje wełniak i całą chustę cygance, prowadzi ją do obory, gdzie w kąciku kury niosły jaja. Na szczęście czarna kura w nocy jajko zniosła, leżało jeszcze w gniazdku, to więc gosposia daje cygance. – Z tego jajka – mówi cyganka grubym głosem, powoli – miało się dla waszego domu wylądz nieszczęście. W tej chwili upuszcza jajko, które tłucze się na bruku, a z niego wytacza się wyrzeźbiona z kości trupia główka, podrzucona ukradkiem przez cygankę. – Widzicie teraz – syczy cyganka – rozumiecie wy, co znaczy taki znak w waszym domu? Teraz zaczynają się niezrozumiałe słowa, wykrzywiania, to wznosi ręce ku niebu, to je do ziemi spuszcza, wzywa nieba i piekieł do odwrócenia przekleństwa, w końcu dobywa z kieszeni jakiegoś proszku i posypuje łby krów, odmawiając jakieś modlitwy. Nareszcie kończy się sprawa, teraz już czary skuteczne, aby jednak były niezawodne, potrzeba dać w trzech kościołach na msze święte, kościoły należy wybrać takie, które stoją na górce. Cyganicha ofiaruje się, że w podróży msze zakupi, ale trzeba jej na to dać 6 złotych. Tu kłopot, nie ma w domu drobnych, tylko papierek większej wartości; cyganka się ofiaruje, że zmieni w karczmie, szczęściem sąsiadka pożyczyła pieniądze, a nasza cyganka wycyganiła jeszcze mąki, kaszy, chleba, słoniny i w ogóle, co w chacie napotkała. Chustkę oddała, a wełniak nowy zabrała z sześciu złotemi, że niby na msze. Po południu wraca do domu poczciwy Walenty i widzi zmartwioną kobietę, lecz nic dowiedzieć się nie może. Po kilku dniach dopiero, gdy już nasza Walkowa straciła nadzieję odzyskania wełniaka, poskarżyła się przed mężem, który strasznie zgniewał się na żonę, że taka głupia, że wierzy lada cygance, że się boi wymyślonych nieszczęść, ale gdy się napłakała, pogodzili się oboje, bo się nie żenili ani dla pieniędzy, ani dla gospodarstwa, tylko się kochali, jak Bóg przykazał”.

Amen. Nie obruszajcie się Państwo, że nasi przodkowie wierzyli aż w takie gusła. Myślenie magiczne wciąż, nawet w naszym na wskroś cybernetycznym świecie ma niezagrożoną niczym przyszłość, bo przecież to nie nasi pradziadowie wymyślili sms-owe wróżki, wróżbitów Maciejów, scjentologów, wyznawców dnia siódmego, ósmego i dziewiątego, chiromantów i gazetowe horoskopy. Powiecie Państwo, że dziś już nikt nie w te bajdy nie wierzy? Dlaczego zatem ta kategoria usługodawców aż tak dobrze prosperuje?