REKLAMA

Weszliśmy do komina. Jak wygląda w środku?

REKLAMA

PKN Orlen zaprosił dziennikarzy, aby przekonali się jak wygląda wzbudzający grozę komin od środka. Nie jest to codzienna możliwość, nie mogliśmy więc z niej nie skorzystać. Uprzedzono nas, żeby ubrać wygodne buty na płaskiej podeszwie, ponieważ ostatni etap podróży będzie po drabince…

W czwartek, 8 grudnia, o godz. 11 odbyła się najpierw konferencja z udziałem ekspertów w budynku Centrum Administracji PKN Orlen, przy ul. Chemików 7. Spotkanie poprowadził dr Arkadiusz Kamiński, dyrektor Biura Ochrony Środowiska w PKN Orlen.

PowiązaneTematy

W  spotkaniu prasowym, dotyczącym ochrony środowiska w Zakładzie Produkcyjnym w Płocku, w tym szczegółów funkcjonowania „Instalacji Oczyszczania Spalin” Zakładowej Elektrociepłowni wzięli udział niezależni eksperci: Andrzej Jagusiewicz – współzałożyciel Instytutu Naukowo Badawczego Ochrony Środowiska (pełnił także funkcję Generalnego Inspektora Ochrony Środowiska oraz dyrektora ds. eko-bezpieczeństwa w Międzynarodowym Centrum Bezpieczeństwa Chemicznego) oraz Aleksander Warchałowski z Zespołu Ochrony Atmosfery, Politechniki Warszawskiej, wydziału Inżynierii Środowiska, (Zakład Ochrony i Kształtowania Środowiska). Elementem spotkania była wizyta na Instalacji Oczyszczania Spalin, czyli wizyta w i na kominie.

Czego się dowiedzieliśmy, oprócz tego, co już wiemy?

– Komin IOS, czyli Instalacji Oczyszczania Spalin, należy do nowoczesnej elektrociepłowni i wytwarza ciepło za pomocą 8 kotłów parowych i energię elektryczną za pomocą 6 turbin – mówił dr Arkadiusz Kamiński, dyrektor Biura Ochrony Środowiska w PKN Orlen. – 100 procent energii konsumowanej jest przez zakład, elektrociepłownia zapewnia jednak także 85 procent zapotrzebowania na wodę grzewczą miasta.

– Nie jest też instalacją produkcyjną, a powstała wyłącznie po to, żeby redukować oddziaływanie koncernu na środowisko – kontynuował Arkadiusz Kamiński. – Dzięki tej instalacji, możemy niemal całkowicie wyeliminować pyły i inne substancje, które mogły obniżać jakość powietrza w Płocku. Skład spalin powstających w procesie jest ściśle regulowany przez prawo, a poziomy benzenu zanotowane w Płocku nie miały wpływu na zdrowie mieszkańców – stwierdził.

– Według HEAL, czyli Environment Alliance w kontekście zanieczyszczenia środowiska: Płock jest poza „czołówką”. Wyprzedzają  go inne miasta, takie jak Koszalin, Słupsk, Gdańsk, w skali kraju jest na 12 miejscu – podkreślił dyrektor biura.

Przedstawione zostały kwestie związane z oczyszczaniem i normy. Szczegółowo opisano wygląd „największego truciciela”, który mierzy ok. 164 metry, ma średnicę 19,5 m i którego… „oswojono”. Ekspert, Andrzej Jagusiewicz, odniósł się do różnych zabarwień dymu – od żółtej, brunatnej po niebieską, którą emituje elektrociepłownia.

– Kolory oparów są różne, ze względu na promień załamywania się światła. A na przykre zapachy składa się wiele czynników, np. inne zanieczyszczenia, kierunek wiatru… i subiektywne odczucia. Na emisję zanieczyszczeń nie wpływa też wysokość komina, mógłby być o połowę niższy, zapewniam państwa – podsumował ekspert, Andrzej Jagusiewicz.

Z komina leci zawsze para wodna, ta sama – podkreślał dyrektor Arkadiusz Kamiński. W ocenie organizatorów spotkania, obalano więc mity. Dziennikarze dowiedzieli się również, że Orlen nie będzie włączał się w plany związane z badaniami pod kątem raka płuc.

– PKN nie widzi potrzeby finansować badań związanych z rakiem płuc w Płocku, ponieważ nie uzyskał informacji, że takowe są potrzebne – podkreślił dyrektor Biura Ochrony Środowiska PKN Orlen, Arkadiusz Kamiński.

Po zapewnieniu, że wszystko jest w porządku, a płocczanie nie mają się właściwie czego obawiać, po powiadomieniu nas, że negatywny wpływ środowiska na zdrowie mieszkańców w Płocku jest na poziomie średnim w stosunku do innych miast w Polsce, przystąpiliśmy do kolejnego etapu.

Wjazd na komin

Wskoczyliśmy do samochodów. Przejechaliśmy przez kombinat, który wydawał się labiryntem metalowych rurek, ciągów aluminiowych profili, przetykanych mniejszymi i większymi kominami na niekończącym się terenie…

Ujrzeliśmy instalacje oczyszczania spalin, czyli centrum dowodzenia emisją „pary wodnej”, przed nami wyrosło kilkanaście ekranów, na których wyświetlało się kilkaset wyników, pokazujących, jakie jest aktualnie stężenie substancji w spalarni.

Następnie zostaliśmy przeszkoleni z zakresu BHP, wciągnęliśmy ochronne kombinezony i ruszyliśmy przez instalacje w kierunku komina. Czekał już na nas, spomiędzy rur i rurek zionął parą. Z tej perspektywy nie wydawał się wcale taki duży, był znacznie mniejszy od innych, starszych kominów. To stosunek średnicy do wysokości powodował złudzenie optyczne. Tylko jeden komin jest wyższy od niego i ma 220 metrów.

Weszliśmy do środka. Wokół surowy beton, który jakby kokon otaczał trzy wewnętrzne kominy. Żeby im się przyjrzeć, trzeba dobrze zadrzeć głowę. Dwa mniejsze, naprzeciwległe kominy są czynne, środkowy, największy, jest zapasowy. Na szczyt komina można wejść po drabince, ale nam to raczej odradzano. Nikt zresztą nie przejawiał większej ochoty. Chociaż winda nie wyglądała wcale lepiej… Na tle potężnego komina, wyglądała jak ziarenko piasku, które z łatwością może być porwane przez żywioł, a już na pewno przez zbyt dużą wagę zawartości.

Weszliśmy do windy. Było bardzo ciasno, jak w windzie na klatce schodowej, tej w starym budownictwie, gdzie każdy sobie dyszy w kark. Jechaliśmy cztery minuty, przyczepieni do boku komina. Jadąc, zerkałam przez maleńkie okienko na otchłań w dole i nie miałam wątpliwości, dlaczego nie jest ono większe…

To jednak nie był najgorszy moment. Gdy wyłuskaliśmy się z windy, okazało się, że wychodzimy na zawieszoną na około 154 metrach drucianą kratkę, przez którą naprawdę bardzo dobrze było widać, co jest pod nami. Stąpając, jak po pajęczej sieci, przeszliśmy parę metrów do drabinki. Teraz 6 metrów wspinaliśmy się, żeby w końcu stanąć na najbardziej znienawidzonym kominie w Płocku.

Z wielkiego kotła kłębiły się opary mgły. Mlecznej, trochę jak z gotującego się makaronu. Pachniała niemal bezwonnie, choć może trochę jakby soda… Para wodna była gęsta, mleczno-biała i w porywistym wietrze raz za razem przysłaniała zupełnie świat i buchała na nas z ogromną siłą. W pewnym momencie nie widzieliśmy nic prócz mgły jak mleko, obłapując boki komina w panice, by nie wypaść. Za chwilę, już kierunek wiatru przeganiał opar na inną stronę i znowu mogliśmy spokojnie obejrzeć panoramę pod sobą. A było co oglądać.

Widok zapierał dech. Można było spokojnie spojrzeć w dół i zobaczyć, jaką siłę ma człowiek, który wznosi takie konstrukcje. To było coś. Stałam na szczycie komina, w kierunku którego większość płocczan choć raz dziennie spogląda z niepokojem.

Wrażenia były niezapomniane. A wnioski? Cieszy fakt, że monolog przeradza się w dialog – być może będzie wkrótce okazja, aby porozmawiać o ostatnich 50 latach koncernu w Płocku. Spokojnie, rzeczowo i po partnersku. Choć mam wrażenie, że jeszcze dużo wody upłynie, zanim (jeśli w ogóle) kominy koncernu przestaną wzbudzać strach i złe myśli.