REKLAMA

List czytelnika: Po festiwalach spustoszenie, jak po jakiejś katastrofie

REKLAMA

– Nie tak dawno poruszaliście na waszym portalu problem organizacji letnich festiwali. Nie lubię się czepiać tak dla samej zasady, ale po tym co się dzieje po ostatnich imprezach uważam, że gdzieś straciło to zupełnie sens – napisał do nas czytelnik.

– Ktoś kiedyś tłumaczył mi, że festiwale to doskonała forma promocji naszego miasta, przyjeżdżają goście z Polski, a nawet z całego świata, a Płock tylko na tym zyskuje. Może i tak, ale chciałbym to twierdzenie najpierw zderzyć z faktami, a potem może jeszcze  poznać jakąś racjonalną kalkulację.

PowiązaneTematy

W poniedziałek przed południem wybrałem się na spacer wokół Sobótki. Ostatni festiwal zakończył się w sobotę, tak więc miałem nadzieję na kilka chwil obcowania z naturą. Niestety, to co ujrzałem to był krajobraz spustoszenia, jak po jakiejś katastrofie.

Miliony świeżych petów dumnie sterczą wszędzie wokół, rozbite butelki, papiery, tekturowe pudełka, aluminiowe puszki, opakowania PET… Miejsce na plaży, służące jako pole namiotowe, do tej pory zaścielone śmieciami wszystkich kategorii, spokojnie można było pomylić z wysypiskiem. Nie mogę powiedzieć, służby porządkowe w liczbie około dziesięciu osób uwijały się jak w ukropie, zbierając rękami co większe odpady. A co z potłuczonym szkłem, papierami, niedopałkami, czy ktoś się tym zajmie?

A tymczasem nie tylko do posprzątania, ale i rekultywacji pozostało o wiele więcej. Śmieci są wszechobecne – również na schodach skarpy, ścieżkach, tkwią też na urwisku głęboko w krzakach, a nad tym wszystkim, żebyśmy tak łatwo nie zapomnieli, że byli tu „nasi” festiwalowi goście – unosi się odrażająca woń fekaliów.

W czasie kilku dni festiwali, bo to pozostałości również po festiwalu, który był tydzień wcześniej, na Tumskiej górze powstały dzikie ścieżki, omijające ogrodzenia, gdzie trawa została wydarta do siatek wzmacniających skarpę, a te zresztą zostały w kilku miejscach… podpalone.

Po drodze spotkałem wycieczkę, która spoglądała na okoliczny krajobraz z placu przy pomniku Krzywoustego. Jedna z kobiet wskazując na plażę, spytała z przerażeniem w oczach: – Co tu się stało, była tu jakaś powódź, czy też inna katastrofa?

Odpowiadając przestraszonej pani można by powiedzieć, że przecież nic się nie stało – Płock się promuje, tyle tylko, że unikalną skarpę i okolicę… zamieniono w ciągu kilku dni w ogromną  petownicę, wychodek i śmietnisko. Oczywiście, pewnie niedługo firmy sprzątające uporają się z zadaniem, przynajmniej po wierzchu i tak do następnego festiwalu…

W tym miejscu chciałbym podać kilka istotnych informacji. Butelka PET w naturalnym środowisku rozkłada się od 100 do 1000 lat, guma do żucia – 5 lat, foliowa torebka od 100 do 400 lat, aluminiowa puszka nawet 100 lat, podobnie jak jednorazowa zapalniczka. Szkło jest najtrwalsze, ponieważ na zupełny rozkład potrzebuje aż 4000 lat. Niedopałek papierosa zawierający 200 substancji szkodliwych dla środowiska i człowieka (między innymi fenole i substancje smołowe) rozkłada się „tylko” 5 lat, ale zatruwa w tym czasie około 1 metra sześciennego gleby i aż 100 metrów sześciennych wody!

Nie sposób tu nie zadać kilku nurtujących mnie wciąż pytań, dokonać bilansu zysków i strat. Przede wszystkim jestem ciekawy, czy za uprzątnięcie tego krajobrazu po bitwie zapłacili prywatni organizatorzy imprez (przecież nie filantropi, tylko czerpiący niemałe zyski biznesmeni), czy też koszty ponosi miasto, czyli pośrednio my – jego mieszkańcy płacący podatki?

Do tej pory nie spotkałem się także z żadną konkretną analizą, wskazującą jakie zyski czerpiemy z tego rodzaju imprez. Nie przyjmuję w tym miejscu twierdzenia, że promocja rządzi się innymi prawami i jest w zasadzie niewymierna. Otóż chyba nie jest wielką trudnością porównać weekendy festiwalowe z nie festiwalowymi i policzyć przyrost dochodów z gastronomii, hotelarstwa, sprzedaży paliw, handlu detalicznego itp., a do tego dodać wpływy z reklam, wynajmu terenów przestrzeni miejskiej pod obiekty festiwalowe, bo jak sądzę, chyba prywatni organizatorzy coś nam za to płacą?

I na koniec pytanie nie mniej zasadnicze – czy do końca przemyśleliśmy tę wakacyjną, festiwalową ofertę pod kątem, do jakiej grupy ludzi ją kierujemy? Czy aby na pewno zależy nam na ściągnięciu do siebie, wybaczcie, bo po tym co zobaczyłem, nie potrafię inaczej ich nazwać – troglodytów dewastujących, śmiecących, pozostawiających po sobie „spaloną ziemię”? Czy właśnie na nich liczymy, że staną się pożądanymi i skutecznymi promotorami wizerunku naszego miasta w kraju i za granicą?