REKLAMA

Z okna Płockowiaków: Ferie czas zacząć…

REKLAMA

Za kolędującym księdzem właśnie zamknęły się płockowiakowe drzwi. Zosia natychmiast wzięła się za składanie białego obrusa, Jurek władczo rozejrzał się dokoła, lustrując mieszkalną przestrzeń. 

– Czas rozebrać choinkę! Przemek, Maggie – do roboty! – rzucił od niechcenia. – Tato, muszę odrobić lekcje – odpaliła zupełnie bez przekonania Gośka.
– Dziecko, skąd wziął się Twój nieoczekiwany zapał do wiedzy? Jeżeli już kłamiesz, to przynajmniej zrób to w taki sposób, abym miał jakiekolwiek powody, aby się nabrać. Zadali wam lekcje tuż przed feriami? Czyżbyśmy cię zapisali nasza córko do Oxfordu? – intonacją godną szekspirowskiego dramatu ironizował ojciec.

PowiązaneTematy

Przemek nie podjął już rękawicy, Maggie domyślając się, że tym razem nie wygra, odpuściła. Obydwoje z rezygnacją i bez słowa wyciągnęli pudła na choinkowe świecidełka. Mrucząc coś niepochlebnego pod nosem, zabrali się do odrabiania narzuconej ojcowską władzą pańszczyzny.

Brzdęk! – jakby od niechcenia rozległ się dźwięk poświątecznej destrukcji. Kolorowa bańka właśnie skończyła swój kruchy żywot…
– Co się dzieje? – ocknął się z popołudniowego letargu dziadek Rysiek. – Nic, nic, spadła bombka… – Oj, tak, pamiętam! Siedzimy sobie w okopie, chłop przy chłopie, pojadamy chleb z solą… Jak nie wypie..olą! – ożywił się antenat.
– Ojciec! Nie przy dzieciach! – powstrzymywała Zośka, ale było już za późno.
– Wtedy nasz generał pyta mnie – Co się dzieje żołnierzu?
– Czołgi, Panie generale – odpowiadam.
– Jak daleko?
– 200 metrów!
– Spokojnie… siadaj…
– A teraz ? – pyta generał po dłuższej chwili.
– 100 metrów!
– W porządku. Weź granat i idź, rozwal te czołgi – mówi generał. No i poszedłem… Wracam po jakiś czasie.
– No i jak – pyta. – Wykonałeś zadanie?
– Czołgi rozwalone! – melduję.
– W porządku, mołodiec! Odłożi granat – klepie mnie po ramieniu ukontentowany. To były czasy…

Tu Jurek Płockowiak postanowił czym prędzej zakończyć frontowe ekscytacje ojca, które w jego wykonaniu zataczały coraz to wymyślniejsze meandry, żeby wreszcie i tak kończyć się na… za przeproszeniem – dupie.
– Najwyższy czas, żeby zaplanować wam ferie – zwrócił się w kierunku młodego pokolenia. Dla dzieciaków zabrzmiało to niezwykle złowieszczo, z całym wysiłkiem skoncentrowały się zatem w milczeniu na sprawnym pakowaniu choinkowych błyskotek. – Czy macie jakieś propozycje?
Nie czekając na odpowiedź, ojciec przeszedł do wyłuszczenia swych planów, dotyczących najbliższej przyszłości młodocianych. – Dla Gosi znaleźliśmy zimowiska młodych naukowców w Lublinie. Co prawda, wiedzą nasza córcia nie oszałamia, ale przy innych może się trochę podciągnie…
– Ależ tato! To co robicie jest po prostu nieludzkie! Niszczycie moje życie towarzyskie i te, no… społeczne, ferie to ja mam już zaplanowane! Poza tym mam jechać na wschód? – tu Gośka ze wszystkich swych intelektualnych sił błysnęła wiedzą, trafnie wskazując kierunek zsyłki – Przecież tam nieopodal toczy się wojna! No i jeszcze jedno… Na półrocze „wyhaczyłam” cztery pały: z polaka, matmy, bioli i fizy… W ferie muszę się uczyć – cicho, metalicznie nienaturalnym głosem, jakby wbrew samej sobie i ze skruchą przyznała się Gośka.

– No pięknie, całe szczęście, że jeszcze nie zapłaciłam za tę eskapadę. Masz szlaban na to, co sobie już tam zaplanowałaś. Przynajmniej Przemek wypocznie, kupiliśmy ci obóz w Bieszczadach – świeże powietrze, narty, przestrzeń… Za dużo siedzisz w domu przy tym komputerze…
Ta informacja, jak grom z jasnego nieba, spadła na wątłe barki domowego intelektualisty. Przerażająca wizja nieuchronnego rozstania z piętrzącymi się w jego pokoju woluminami i ukochanym laptopem na rzecz wysiłku fizycznego w jakiejkolwiek postaci sprawiła, że zrobiło mu się niedobrze, jakby w tej chwili przebiegł maraton. Skulił się i zamarł na dłuższą chwilę żarliwie się modląc, aby to, co właśnie usłyszał, przeminęło bezpowrotnie i bez jego udziału. Ale klamka już zapadła…

– Widzisz kujonie, niby taki obstukany mądrala, a jednak pomyślunku za grosz! Kto się na ferie odpowiednio zabezpieczył, ten ma spokój – szyderczo szepnęła mu do ucha Gośka. Tu do rozmowy z nieukrywaną satysfakcją, włączyło się najmłodsze, przedszkolne dziecię, czyli Kubuś.
– A ja w ferie będę miał erekcje! – dumnie zakomunikował.
– Zuch chłopak! Niechybnie po mnie poszedł! Dziadziuś ma jakieś tam „zaskórniaczki”. Idziemy wnusiu w miasto! – „nakręcił się” dziadek.
– Niech się tatuś tak nie ekscytuje, bo jeszcze mu jakaś żyłka pęknie – złowieszczo włączyła się do niebezpiecznie rozwijającej się dyskusji, skutecznie ją ucinając Zośka. – Kubuś w przedszkolu będzie miał „e – lekcje”! Z angielskiego – wycedziła powoli i dobitnie, taksując dziadka porażającym spojrzeniem Gorgony.
– Wy tym swoim Internetem wszystko potraficie zohydzić – sentencjonalnie podsumował dziadek.

W tej chwili Jurek Płockowiak poczuł, że właśnie przyszła kolej na niego. Jak zwykle się nie mylił. Pogodził się w myślach z nieuchronnymi ofiarami.
– Jureczku – zaczęła żona – mieliśmy takie plany, mieliśmy iść do kina, teatru, opery…
– Czemu nie – bohatersko podjął się zadania Jurek, wyciągając informator „Miasto! Żyje”. – Możemy chociażby pójść do Teatru Dramatycznego na koncert Małgorzaty Walewskiej, bilety po sto złotych! – podsumował z nadzieją, walcząc wciąż jak o życie i kryjąc skrzętnie swe obrzydzenie do sztuk głośno śpiewanych w ogólnie niezrozumiałym dla pospólstwa języku.
– Ile?! – zdziwienie Zośki w tym momencie przebiło „górne C” światowej mezzosopranistki. – W takim razie wolę obejrzeć sobie koncert w telewizorze na kanapie. I wygodniej – nogi można wyciągnąć i nawet napić się herbaty – zrezygnowała szybko z kulturalnych aspiracji Płockowiakowa.

– Taak… To zadziwiające, jak zmieniają się konotacje wyrażeń… – z zadumą puentował Zenek administrator, który od dłuższego już czasu przysłuchiwał się dyskusji, płynącej w dół po rurach kanalizacyjnych z płockowiakowego mieszkania.
– Jak byłem smarkaczem, „ślizganie” służyło do tego, żeby się „wyślizgać” z domu i poślizgać na ślizgawce. Teraz „ślizgawka” to „kit” dla starych, żeby się „wyślizgać” z wystawienia nosa za próg własnego pokoju. Po co komu te „wypasione” Bieszczady, skoro bez wylewania „siódmych potów” i udręki wspinaczki można je sobie obejrzeć w internetowych kamerkach?
– Ech… Wyrosła nam cyberprzestrzenna młodzież – bez wskazań GPS-u już nie potrafią się wysiusiać. Żeby tylko seks pozostał tak jak dotychczas, znaczy się… Analogowy! – poważnie zaniepokoił się Zenek, drapiąc się bezwiednie, acz intensywnie w miejsce spojenia nóg z nad wyraz owłosionym tułowiem…