Szklana Pułapka rozsypała się…

REKLAMA

„Szklaną Pułapkę” oglądam namiętnie i często. Wszystkie części. Dlatego kolejna była dla mnie niezłą gratką, naprawdę wyczekiwaną. Byłam, zobaczyłam i… No cóż. Jak to ujął mój mąż – „postrzelali, powybuchali, zjadłem popcorn i wróciłem do domu”.

Ciekawość najnowszej części przygód Johna McClane’a podsycała niekończąca się parada reklam (20 minut to trochę sporo, szczególnie, że niektóre zmuszeni byliśmy oglądać powtórnie). W końcu zaczął się film, akcja, strzelanie i… zauważyłam, że lekko zaczynam ziewać. Z nudów.

PowiązaneTematy

Pomijam już fakt, że film to jedna wielka reklama koncernu Daimler-Benz w której Mercedesy (a także powiązane z marką: Unimog oraz Maybach) wożą dobrych, a źli wybuchają w BMW i Audi. Nawet CIA podjeżdża w USA Mercedesem klasy C… Ale w końcu i polscy producenci przyzwyczaili nas do reklam w każdym z filmów (product placement jest chyba już na etapie wstępnym w scenariuszu).

Niestety, muszę jednak zgodzić się z mężem, że tym razem film po prostu niczym nie zachwycił. Scenarzysta przynajmniej kilka razy powinien odpuścić sobie słowa „jestem k… na wakacjach”, bo już po trzech przestało to być śmieszne. Fabuła dość przewidywalna, być może przez nagłe zwroty akcji typu dobry jest zły, a potem dobry i znowu zły, które tak często występują w amerykańskich filmach, że już na początku emisji można domyślić się zakończenia.

Willis nie zachwyca, choć trzeba przyznać, że daje radę, nawet kondycyjnie. Najbardziej zawodzi tu chyba scenariusz, jakby na siłę dostosowujący się do potrzeb młodych kinomaniaków, żądnych krwi, huku wystrzałów i wyścigów samochodowych. No i ta naiwność – czy ktoś, komu wbił się metalowy kołek, może po jego wyjęciu normalnie wstać i biegać oraz bić się ze złymi ludźmi? Właściwie każdy z głównych bohaterów jest nadczłowiekiem, któremu rany kompletnie nie przeszkadzają w intensywnym wysiłku fizycznym.

Mimo tego, „Szklana Pułapka” nadal jest dobrym filmem. Dobrym, ale nie wybitnym, jak było to w przypadku pierwszej i drugiej części. Jak to śpiewał polski zespół – „Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść… niepokonanym”. W tej części John McLane broni się ledwo, ledwo. Czy obroni się w kolejnej? Mam poważne wątpliwości.