Zaczęło się od autografu Pepa Guardioli. Później były spotkania z największymi gwiazdami futbolu i NBA, sportowe pamiątki, własne sukcesy w koszykówce i historie, które momentami brzmią jak scenariusz filmu. Dzisiaj Sebastian Balcerzak swoją pasją zaraża 10-letniego syna Dominika. A ten zdążył już dokonać czegoś, czego nie udało się wcześniej jego ojcu: przedostał się do samego Ronaldinho.
Sebastian Balcerzak mieszka dziś w Rogozinie (powiat płocki), wcześniej przez wiele lat związany był z Płockiem. Jak sam mówi, przede wszystkim jest mężem Sylwii oraz ojcem 6-letniej Weroniki i 10-letniego Dominika. Ale jest jeszcze druga część jego życia: sport, kolekcjonerstwo, zdobywanie autografów, działalność społeczna i projekty, które mają inspirować młodych ludzi.
Guardiola na dobry początek
Ta historia zaczęła się około 20 lat temu. I właściwie… przez przypadek. Wszystko za sprawą Tomasza, przyjaciela Sebastiana, który już wtedy z pasją zdobywał autografy. Jeździł na spotkania i zgrupowania, wysyłał listy, zdobywał adresy sportowców. Wiedząc, że Sebastian jest wielkim fanem FC Barcelony, podarował mu zdjęcie z podpisem Pepa Guardioli, występującego wówczas w barwach AS Roma. To wystarczyło.
– To dało mi wielki zastrzyk i motywację do działania, że ja też mogę – wspomina Sebastian.
Tomasz zabrał go później na jedno ze zgrupowań i pokazał zasady tego specyficznego świata. Trzeba było wiedzieć, gdzie czekać, kiedy podejść, a przede wszystkim zachować cierpliwość. Jedną z pierwszych takich wypraw Sebastian pamięta do dziś. W hotelowej restauracji spotkali Romana Kołtonia, z którym długo rozmawiali o futbolu. Później zaczęli pojawiać się zawodnicy.
– Tomek powiedział mi tylko jedną rzecz: spokój. Daj im zjeść, będziemy ich łapać po śniadaniu. Polak głodny, Polak zły – żartuje.
Udało się zdobyć podpisy całej grupy. Wśród nich był również autograf młodego wówczas Roberta Lewandowskiego. Podpisany plakat Sebastian przekazał później jednej ze szkół w Gostyninie, gdzie, jak wyjaśnia, znajduje się do dziś.
Później były kolejne wyprawy, lotniska, hotele, mecze, wysyłanie listów i budowanie sieci kontaktów. Bo w tym hobby, jak podkreśla Sebastian, dobra informacja potrafi być bezcenna.
Koszulka obudziła w nim sportowca
Sport w jego życiu nie ograniczał się jednak do obserwowania gwiazd. Przez lata grał w koszykówkę i marzył o zawodowstwie. Plany przekreśliły poważne kontuzje: zerwanie ścięgna Achillesa i więzadeł krzyżowych.
Wtedy pojawił się kolejny ważny moment. Przyjaciel Sebastiana znał Cezarego Trybańskiego, pierwszego Polaka, który zagrał w NBA. Wspólnie przygotowali dla niego urodzinową niespodziankę: koszulkę Trybańskiego, w której zawodnik grał, wraz ze specjalną dedykacją: „Będziesz przegranym dopiero wtedy, kiedy przestaniesz próbować”.
– Nie muszę mówić, co to dla mnie znaczyło – przyznaje Sebastian.
Sportowa złość wróciła. Postanowił wystartować w mistrzostwach Polski w konkursie rzutowym. Najpierw wygrał kwalifikacje w Płocku, później jako jeden z reprezentantów Mazowsza pojechał na wielki finał do Sopotu. O zwycięstwie zdecydował jeden rzut. Z połowy boiska. Sebastian rzucał pierwszy.
– W głowie nie było nikogo. Ja, obręcz, spojrzenie na niebo i przychylność ze strony mamy, którą straciłem w wieku 17 lat. Powiedziałem sobie: „To jest twoje pięć minut, mordo. Nie zepsuj tego”.
Piłka wpadła za pierwszym razem. Rywal nie trafił. Sebastian został zwycięzcą. Rok później bronił tytułu w Łodzi, gdzie zajął ósme miejsce. Wtedy zakończył swoją sportową przygodę z koszykówką.
Z najgorszych miejsc prosto do VIP-ów
Kolekcja w tym czasie rosła. Pojawiały się koszulki, piłki, proporczyki i kolejne autografy. Sebastian nawiązywał kontakty również za granicą. Dzięki znajomemu mieszkającemu w Barcelonie, poznał osobę mającą bezpośrednie kontakty z klubem. Jak sam określa, była to dla niego „furtka do raju”.
Jedną z najbardziej szalonych historii przeżył jednak w Londynie. Razem z przyjacielem Damianem kupili bilety na mecz NBA. Miejsca mieli fatalne i, jak wspomina Sebastian, zawodnicy wyglądali z nich jak mrówki. Uznał więc, że trzeba coś z tym zrobić.
– Powiedziałem: dawaj, idziemy na parkiet. On pyta: gdzie? Na parkiet, mordo, na parkiet – wspomina.
Dwadzieścia minut później siedzieli już w strefie VIP. Zdobyli zdjęcia z legendami NBA, m.in. Dominique’em Wilkinsem, Dikembe Mutombo i Paulem Pierce’em. Obok nich przechodziła również Rihanna. Dla Sebastiana ta historia stała się nie tylko efektowną anegdotą, ale i życiowym mottem.
– Nieważne, jakie przeciwności losu cię spotkają i jak bardzo coś wydaje się niemożliwe. Jeśli masz odpowiednią motywację, samozaparcie, wierzysz w siebie i w to, że osiągniesz zamierzony cel, możesz to zrobić – przekonuje.
Teraz pasję przejmuje Dominik
Dziś Sebastian ma mniej czasu na kolekcjonerstwo. Ale pojawił się ktoś, kto ponownie rozpalił w nim dawny ogień – 10-letni syn Dominik. Ojciec i syn wspólnie ruszają na kolejne sportowe wyprawy, a Dominik szybko pokazał, że jest bardzo pojętnym uczniem.
Podczas jednego z wydarzeń udało mu się dostać do Ronaldinho, mimo że dostęp do brazylijskiej legendy był mocno ograniczony. Moment zarejestrowały kamery, a Sebastian zdobył później nagranie pokazujące, jak jego synowi udało się przedostać do słynnego piłkarza.
– Jak zobaczyłem, że on się do niego dostał, to się popłakałem – przyznaje.
Dominik ma już także zdjęcia z wieloma gwiazdami polskiej piłki, był na treningu reprezentacji Brazylii, a po jednym z meczów reprezentacji Polski udało się zdobyć zdjęcie i autograf Roberto Carlosa.
Pojechał po autograf Rivaldo. Skończył w autobusie z gwiazdami
Jedną z najbardziej niezwykłych przygód Sebastian przeżył jednak całkiem niedawno podczas Ultimate Legends Night we Wrocławiu. Plan był prosty: zrobić sobie zdjęcie z Rivaldo i zdobyć jego autograf. To właśnie dzięki Brazylijczykowi przed laty zakochał się w Barcelonie. Kilka godzin później rzeczywistość miała już niewiele wspólnego z pierwotnym planem.
– Po trzech godzinach pobytu w hotelu jechałem z drużyną Reszty Świata autobusem na trening, jako opiekun sprzętu sportowego. Dla mnie do tej pory jest to jak sen – opowiada.
Był odpowiedzialny m.in. za przygotowanie szatni drużyny i pomoc przy transporcie zawodników. Miał okazję zagrać z byłymi gwiazdami futbolu, dostać koszulkę, w której występował jeden z zawodników, czy strzelać rzut karny Rui Patrício. A ponieważ Dominik nie mógł pojechać z tatą z powodu szkolnego egzaminu, Sebastian zadbał, żeby syn również dostał coś z tej przygody. Jakub Błaszczykowski zadzwonił do chłopca z telefonu Sebastiana na wideorozmowie i zapytał, jak poszedł mu egzamin.
– Był w totalnym szoku – wspomina ojciec.
Messi, Neymar, Totti, Lewandowski…
Dziś trudno nawet wymienić wszystkie przedmioty, znajdujące się w kolekcji rodziny Balcerzaków. Są w niej autografy Messiego, Neymara, Francesco Tottiego i Roberta Lewandowskiego, podpisane spodenki Ronaldinho, sportowe koszulki oraz prawdziwe historyczne perełki, wśród nich wydanie „Przeglądu Sportowego” z Balu Mistrzów Sportu z podpisami Ireny Szewińskiej i Kazimierza Deyny.
Ale gdy Sebastian opowiada swoją historię, szybko okazuje się, że same przedmioty są tylko jej częścią. Ważniejsi są ludzie, których dzięki pasji poznał, historie, które przeżył, i doświadczenia, które może teraz przekazywać synowi. W przeszłości prowadził także spotkania w szkołach, podczas których opowiadał dzieciom o hobby i motywacji. Do dziś zdarza mu się spotkać dorosłych już ludzi, którzy pamiętają go właśnie z tych zajęć.
I jest jeszcze jedna osoba, bez której, jak sam podkreśla, wiele z tych historii nigdy by się nie wydarzyło. Sylwia.
– Bez żony nic bym nie osiągnął, bo zawsze była przy mnie w gorszych i lepszych chwilach. Jest moją przyjaciółką, koleżanką, wsparciem, matką, a na końcu żoną – podkreśla Sebastian.
Można mieć w kolekcji podpisy Messiego, Neymara, Ronaldinho czy Lewandowskiego. Można znaleźć się obok legend NBA i zupełnym przypadkiem wsiąść do autobusu pełnego gwiazd światowego futbolu. Jednak nie to wydaje nam się najciekawsze w historii Sebastiana Balcerzaka. Dwadzieścia lat temu ktoś pokazał mu, że warto spróbować. Dzisiaj on pokazuje to samo swojemu synowi. A wszystko zaczęło się od jednego autografu.























































