Do rozmowy o kulinarnych upodobaniach i przygodach zaprosiliśmy Ryszarda Wolbacha, muzyka, wokalistę, gitarzystę, kompozytora i autora tekstów. W przyszłym roku nasz rozmówca będzie obchodził 40-lecie swoich artystycznych dokonań. Jego głos znają fani takich zespołów jak Babsztyl czy Harlem. Obecnie poświęca się bez reszty projektowi pn. ”Kolory Nadziei”.

Wydawać by się mogło, że muzyka dominuje w życiu bohatera dzisiejszej rozmowy i całkowicie go pochłania. Jednak okazuje się, że nie. – Jestem zaprzysięgłym fanem sportu, być może dlatego, że w młodości uprawiałem lekkoatletykę, a konkretnie skok w dal. Jestem absolwentem AWF w Gdańsku, jednak ze względu na muzykę, pracowałem w zawodzie trenera i nauczyciela zaledwie dwa lata. Mam absolutny odjazd na speedway i jestem gotów pojechać na każdy żużlowy mecz nawet z 40-stopniową gorączką – wyznaje ze śmiechem.

Bar mleczny pełen pierogów

ryszard_wolbach1Czas na powrót do naszego zasadniczego, kulinarnego tematu. Pytamy więc o dzieciństwo i smaki, jakie pozostały w muzyku z tamtych czasów do dziś. – Moja mama nie gotowała najlepiej. Do kuchni wchodziła w ostateczności, twierdząc, skądinąd słusznie, że jest stworzona do innych celów – wspomina nasz rozmówca.

U państwa Wolbachów kuchnię zdominował tata Ryszarda i, jak wynika z rozmowy, doprowadził do perfekcji wiele potraw. – Genialna, zawiesista fasolowa oraz pikantny, mocno doprawiony tatar to było coś. Byłem dzieckiem nad wyraz żywym, więc jedzenie spożywałem w zasadzie w przelocie. Stąd mile wspominam szybkie posiłki, takie jak chleb ze smalcem i pomidorem lub błyskawiczne płatki owsiane na mleku – niezwykle obrazowo opowiada o smakach dzieciństwa.

Dowiadujemy się, że rodzice małego Ryszarda byli wiecznie zabiegani i bardzo zapracowani. – Mama była nauczycielką w technikum kolejowym w Rzeszowie, i z tej racji rodzinie przysługiwał tzw. deputat, w postaci tanich obiadów w barze mlecznym o wdzięcznej nazwie “Bar Dworcowy” – śmieje się nasz rozmówca. – Korzystaliśmy zatem często z wyżej wymienionego baru, a także stołówek czy barów mlecznych. Pamiętam, że był taki miesiąc, że właśnie w Barze Dworcowym przez miesiąc zamawiałem codziennie… barszcz ukraiński i ruskie pierogi – wspomina.

– Te publiczne punkty żywienia zapewne spowodowały moje fascynacje kuchnią polską, gdzie dominowały potrawy mączne. W moim rankingu królują do dziś takie potrawy jak: łazanki z kapustą, gołąbki, najlepiej mięsno-ryżowe w sosie pomidorowym oraz… nieśmiertelne pierogi w różnych odmianach – przyznaje rozmarzonym głosem Ryszard Wolbach.

Artystyczna kuchnia Basi

Nie mamy więc wątpliwości, że pan Ryszard preferuje tradycyjną kuchnię polską, co za chwilę nasz rozmówca potwierdza. – Ponieważ z Basią [partnerka życiowa Ryszarda Wolbacha – przyp.red.]jesteśmy w permanentnej podróży, nie jestem wybredny. Gdy widzimy, że lokal może być ryzykowny, a czasu mamy niewiele, zamawiam po prostu schabowego z gotowanymi ziemniaczkami, najlepiej z kapustą. To szybkie danie i stosunkowo bezpieczne – żartuje w swoim stylu.

A jeśli już mają chwilkę czasu, to do czego przykładają największą uwagę w lokalu, do jakiego wracają? Tam, gdzie dobre jedzenie, czy miła obsługa? – Korzystamy z restauracji na terenie całego kraju. Ponieważ Basia przykłada dużą wagę do sposobu podania potraw, eleganckiej obsługi i zróżnicowanego menu, korzystamy z wykwintniejszych lokali niż te, do których byłem przyzwyczajony w młodości – tłumaczy pan Ryszard. – Mamy nawet swój ranking i staramy się wracać do miejsc, gdzie jesteśmy profesjonalnie obsłużeni. Tak jak powiedziałem wcześniej, oprócz posiłku, ważna jest dla nas miła obsługa. Lubimy dowcipnych, profesjonalnych kelnerów, którzy sprawiają, że spożywanie posiłków jest czynnością niebanalną i sympatyczną – wyznaje.

Tłumaczy również, że jak już na dłużej pozostają w domu, to w kuchni króluje Basia, która świetnie gotuje i bardzo się stara różnicować posiłki. – Przy kuchni Basia jest artystą – z czułością w głosie mówi pan Ryszard. Sposób przyrządzania potraw przez partnerkę naszego bohatera, nieustannie go zdumiewa. Jak wynika z rozmowy, Basia wiecznie eksperymentuje i często przyprawia potrawy intuicyjnie, co sprawia, że za każdym razem to samo danie ma inny smak.

– Uwielbiam jej kuchnię, co widać – śmieje się głośno. – Codziennie obiecuję sobie solennie, że zaczynamy się odchudzać. Co z tego. Jedzenie sprawia nam nieustanną frajdę – przyznaje, zerkając na Basię ciepłym wzrokiem.

Jajecznica z boczuniem

ryszard_wolbachNiby muzyk nie bardzo czuje się kucharzem, ale może coś jednak gotuje? – Śniadania przygotowuję ja, to nasz zwyczaj. Zawsze się staram, aby było świeże pieczywo, sery w różnych postaciach oraz wszelkie warzywa dostępne aktualnie na rynku – zaczyna opowieść o swoich kulinarnych wyczynach. – Często podaję jajka na miękko, na twardo, omlety i, niestety, jajecznicę, którą kocham. – Dlaczego niestety? – pytamy. Jak się okazuje, diabeł tkwi w szczegółach. O ile para generalnie jest idealna, to pod względem jajecznicy występuje u nich konflikt.

– Basia lubi jajka mocno wysmażone, a ja, nie wiedząc dlaczego, preferuję jajecznicę „w płynie” – śmieje się bohater dzisiejszej rozmowy. – Do mojej legendarnej jajecznicy dodaję boczunio, pokrojone pomidorki i koniecznie szczypiorek, no i jajecznica musi być na masełku – opisuje.

Ostatnio jednak pan Ryszard poszerzył swoje umiejętności kulinarne. Basia niedawno złamała nogę – podczas jednej z wędrówek po ich ukochanych górach, doszło do wypadku. Jak mówi Ryszard Wolbach: – Góry są dla nas wielką inspiracją. Szczególnie upodobaliśmy sobie Bieszczady. Może uda nam się zakończyć ten sezon w okolicach Ustrzyk Górnych, gdzie mamy naszą tajemną bazę – marzy. Ale w związku z kontuzją Basi, chcąc nie chcąc, nasz rozmówca wziął się za gotowanie. I, jak przyznaje z dumą w głosie, idzie mu to całkiem nieźle.

– Mam w rozkładzie kulinarnym wątróbkę na jabłuszkach, wszelkie eksperymenty z polędwiczką czy ulubione przez Basię krewetki z wykwintnym makaronem w towarzystwie duszonych warzyw, wśród których niepodzielnie dominuje kapustka, prażona cebulka i pomidorki. Przyrządzam je raczej na ostro. Potrawy popijamy najczęściej niegazowaną wodą mineralną z cytryną i miętą. Nie pogardzimy także wyciskanymi przeze mnie sokami oraz nieśmiertelną herbatą, która od lat jest naszym sztandarowym napojem – tłumaczy nam jak urodzony kucharz.

Adidasy, które pokonał… szaszłyk

Ponieważ Ryszard Wolbach jest wspaniałym rozmówcą, ciężko kończyć rozmowę. Prosimy więc na koniec o jakąś historię związaną z kulinariami. Nasz rozmówca nie daje się długo namawiać, od razu się uśmiecha na samo wspomnienie.

– Przygoda właściwie łączy dwa wątki, kulinarny i sportowy – zaczyna. – Rzecz się działa na początku lat siedemdziesiątych. Marzeniem każdego sportowca w owych czasach były adidasy. Tak, dziś się to wydaje niewiarygodne, ale wtedy, w mrocznej jeszcze komunie, oryginalne, pokryte czerwonym zamszem buciki sportowe pobudzały wyobraźnię każdego młodego sportowca. Jechaliśmy naszą poczciwą Skodą Octavia z rodzicami do Bułgarii. W czasie krótkiego pobytu w Budapeszcie, wymogłem na nieszczęsnych rodzicach zakup takich właśnie wymarzonych adidasków. Odbyło się to kosztem skromnej diety, jaka przysługiwała podówczas polskim turystom – opowiada pan Ryszard.

– Gdy znaleźliśmy się wreszcie w Bułgarii, postanowiliśmy odwiedzić Warnę, piękne miasto portowe, kojarzone przez Polaków z klęską naszego młodego króla Kazimierza Warneńczyka. Paradowałem dumnie po owej Warnie, wzbudzając zachwyt młodzieży bułgarskiej swoimi nowiuteńkimi adidasami. Niestety, sen trwał niedługo. Zjedliśmy gdzieś w szemranym barze szaszłyki z baraniny. Szybko okazało się, że mięsko nie było zbyt świeże. Poczułem gwałtowny niepokój w trzewiach i zrozumiałem, że czas natychmiast odnaleźć toaletę. Okazało się to być zadaniem o wysokim stopniu trudności… Biegając nerwowo po ulicach Warny odnalazłem wreszcie bramę z wyrysowanymi kredą znajomymi mi znakami: kółeczkiem i trójkątem – nasz rozmówca dramatycznie zawiesza głos.

– Wpadłem do ciemnej bramy i w zupełnym mroku poruszałem się w kierunku domniemanego wychodka, kierując się bardziej zmysłem węchu niż wzroku – kontynuuje po chwili. – Na końcu korytarza dostrzegłem światełko. W zupełnej już desperacji uchyliłem drzwi do raju. W malutkim, złowrogo pachnącym pomieszczeniu, dostrzegłem dwie cegły, a miedzy nimi pokaźnych rozmiarów otwór. Kucnąłem śmiało na cegiełkach i ulżyłem sobie nieco, wpatrując się z nadzieją w malutkie okienko – źródło światła i… powietrza. W czasie, gdy dawałem upust udręczonej naturze, okienko jakby unosiło się do góry, ponieważ cegiełki z nieznanych mi bliżej powodów zanurzały się w jakiejś tajemnej cieczy. Gdy wyszedłem na wolność zrozumiałem co się stało. Moje ukochane, wyśnione i wymarzone adidaski zmieniły kolor na żółtawo-brunatny. Nie pachniały też zachęcająco. Straciłem moje adidasy bezpowrotnie. Godziny szorowania i prania obuwia nie dały już większych efektów. Przepraszam za tę pikantną opowieść, ale ta kulinarna w sumie przygoda była jedną z bardziej traumatycznych w moim młodym podówczas życiu… – kończy Ryszard Wolbach, proponując naszym czytelnikom przepis na… szaszłyki z baraniny. – Tylko przed degustacją sprawdźcie proszę, na czym stoicie. Smacznego – mruga porozumiewawczo.

  • Składniki:
    – 400 g baraniny;
    – 2 łyżki pasty tikka;
    – 4 łyżki jogurtu naturalnego;
    – 2 łyżki soku z cytryny;
    – 1 łyżka drobno posiekanej kolendry,
    – długie wykałaczki;
    – chleb nan.

    Przygotowanie:
    Mięso należy pokroić na kostkę. W misce zmieszać pastę tikka, sok z cytryny, posiekaną kolendrę i jogurt naturalny, dodać mięso, obtoczyć dokładnie i odstawić do lodówki na minimum godzinę. Zamarynowane mięso ponadziewać na wykałaczki namoczone w wodzie i smażyć na patelni grillowej po 5 minut z każdej strony. Podawać z ciepłym chlebem nan.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji