Okiem Robaka: O czym szumią media…

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

I jak tu dotrzymać słowa…

(…)Było grubo przed osiemnastą, jakież zatem było jej zdziwienie, gdy drogę do raju upragnionego zastąpił jej pracownik ochrony postury gdańskiej szafy trzydrzwiowej z lustrem z sakramentalnym i bezceremonialnym – „Zamykamy”. Wokół nie było żadnego zagrożenia – ani terrorystycznego ataku, ani roju szerszeni, ani nawet podstępnego rekina ludojada czającego się w fontannie. 

No właśnie… Niektórzy mówią: to tylko słowo, inni: aż słowo… Czy dotrzymanie słowa w dzisiejszych czasach jest jakimś problemem, czy się zdewaluowało, a jeżeli tak, to jak bardzo? Pewnie nie sposób jednoznacznie odpowiedzieć sobie – właśnie sobie – na to pytanie. O czym mówimy? Najogólniej rzecz ujmując o złożonej komuś obietnicy… Może to być i przysięga, która ze swej natury ma zdecydowanie wyższą rangę, ale i zwykła deklaracja dobrej woli wobec drugiego człowieka… Czy trudno ich dotrzymać?

Pewnie zależy to od nas, od naszej natury, jak bardzo jesteśmy podatni na to, żeby wytłumaczyć się nieoczekiwanymi okolicznościami, niespodziewanymi i nieprzychylnymi zrządzeniami losu, siłami nadprzyrodzonymi, które złym okiem wzięły nas właśnie na celownik… Cóż, niewątpliwie dobry to sposób na poprawienie sobie samopoczucia i pozbycie się skrupułów…
Jednakże na chwilę spróbujmy od początku…

W epoce przedinternetowej, przedglobalizacyjnej, przedsmartfonowej, przedfacebookowej, przed, przed, przed… Słowo było naprawdę ważne – traktowano je, jak ludzką cześć, czyli godność. Dość powiedzieć, że ludzie dobrowolnie umierali za złożoną deklarację, tak właśnie w egzaltowany sposób broniąc swego honoru i pamięci po sobie.

Oczywiście, dziś do wszystkiego trzeba zachować odpowiedni dystans, nikt przecież nie posunie się tylko dlatego, że nie oddał sąsiadowi wiertarki, do rytualnego harakiri… Niemniej w czasach, gdy słowo przestało mieć aż tak fundamentalną wartość, wydaje się, że mimo wszystko nadal dużo znaczy…

O czym ostatnio zaszumiały media? O lekarzach, którzy… no, może jeszcze nie gremialnie, jednak podpisują tzw. deklaracje wiary. Zastanawiam się, na ile jest to przejaw życiowego konformizmu, może nawet merkantylizmu, a na ile autentyczne wyznanie wiary. Jakby tych wartości nie mierzył, wielu z lekarzy twierdzi, że Hipokrates, któremu na początku swej zawodowej ścieżki składali przysięgę, najprawdopodobniej nie był chrześcijaninem, a już z całą pewnością katolikiem!
Nie wszyscy pewnie też wiedzą, że na klauzulę sumienia mogą się również powoływać pielęgniarki i położne, a od jakiegoś czasu o to prawo gorąco zabiegają także farmaceuci… I to wszystko za publiczne, czyli nasze pieniądze! W tej sytuacji nie bardzo rozumiem, co powinien badać lekarz jeśli się do niego wybiorę – stan mojego marnego fizis, czy stan mojego sumienia?

Jeżeli rzeczywiście „biała służba” jest zmuszana przez niehumanitarnych pacjentów do rzeczy nieludzkich, to proponuję dla szczęśliwości swojego sumienia zmienić pracę i oddać się czynnościom nie wymagającym tak dramatycznych decyzji. Poza tym, skoro mam prawo wyboru lekarza rodzinnego, to domagam się tego, aby informować pacjentów, który z lekarzy swoje sumienie obwarował klauzulą. Tak – lekarz ma swoje prawa, ale pacjent też, a może nawet przede wszystkim!

Moja czarna wizja, jak będzie wyglądał nasz świat za lat kilka… Stomatolodzy odmawiają wyrywania mleczaków, bo to nieetyczne i w ogóle źle się kojarzy, punkty z NFZ otrzyma babka lecząca ziołami pod lasem i Koreańczyk, wcierający dziwne olejki, a na skutek wybujałego sumienia farmaceutów, jak grzyby po deszczu powstaną nielegalne fabryki prezerwatyw, globulek i Bóg wie, czego jeszcze…

Jednakże nie tylko lekarze nie dotrzymują wcześniej danego słowa… Chociażby związkowcy zaplanowali w stolicy demonstracje na 16 czerwca, z których jednakże zrezygnowali kilka dni temu. Dlaczego? Domyślam się, że po dwudniowej, totalnej dezorganizacji Warszawy, jaką zafundowała wizyta Prezydenta Obamy, trzeba się naprawdę uczciwie przygotować, żeby przyćmić imprezę, która na długo pozostanie w pamięci stołecznych mieszkańców. Mamy tu do czynienia z rzadkim precedensem, kiedy nie dotrzymanie słowa wyszło nam na dobre…

Od kilku dni opinię publiczną elektryzuje informacja o szaleńcu, terroryzującym swą brawurową jazdą ulice Warszawy. Problem jednakże nie w tym, kiedy go złapią, tylko co z nim zrobią. Na razie prawnicy, którzy kiedyś obiecywali stać na straży prawa i strzec nas przed zwyczajnymi i nie zwyczajnymi przestępcami, każdego dnia o poranku zmieniają zdanie, zastanawiając się – pouczyć go i puścić wolno, czy też potraktować jak bandytę. Wybaczcie Państwo pytanie laika – czy dlatego, że do tej pory nikogo jakimś cudem nie zabił, może bezkarnie śmiać się nam wszystkim, szanującym życie drugiego człowieka, w twarz?
Tymczasem obserwujemy żenujący spektakl, w którym to zbyt literalnie szuka się „paragrafu” na bandytę, z góry zabezpieczając wszystkie jego prawa, zapominając jednocześnie o tychże po stronie potencjalnych ofiar. Jedno jest pewne – zasłaniając się przepisami można zabić każdą, nawet najbardziej szczytną ideę.

Jak się Państwo domyślacie, to jeszcze nie wszystko. Otóż moja znajoma wybrała się do jednego z centrów handlowych w samym środku Płocka. Żeby było jasne – nie sklepiczku, stoiska, tylko dużego domu handlowego. Było grubo przed osiemnastą, jakież zatem było jej zdziwienie, gdy drogę do raju upragnionego zastąpił jej pracownik ochrony postury gdańskiej szafy trzydrzwiowej z lustrem z sakramentalnym i bezceremonialnym – „Zamykamy”. Wokół nie było żadnego zagrożenia – ani terrorystycznego ataku, ani roju szerszeni, ani nawet podstępnego rekina ludojada czającego się w fontannie. Stracony czas, pieniądze, doznany zawód nie miały tu kompletnie żadnego znaczenia. Na spontaniczne i niekontrolowane – „Ale dlaczego?”, niedoszła zakupowiczka usłyszała: „Bo Panie chciałyby wcześniej wyjść do domu…”. Czyżby czasy niechlubne, aczkolwiek minione, kiedy to sklepowa była pępkiem Wszechświata, a klient tylko malutkim człowieczkiem przestępującym z nogi na nogę, nagle wróciły w jakiejś utajonej formie?

Po fazie niekontrolowanego wybuchu śmiechu przyszła kolej na refleksję. A jeżeli tutaj chodzi również o jakąś formę obrony poczętego życia? A może „kreację” zupełnie nowego? Tego się już pewnie nie dowiemy. Tajemnicę zna tylko „pan – gdańska szafa” i menadżer sklepu…

Prawdę powiedziawszy zwykłem nie wkraczać w sferę etyki i zagadnień życia poczętego uznając, że dla każdego z nas jest to sprawa jak najbardziej do indywidualnej oceny. Wiem jedno – moje życie na pewno jest już nieźle napoczęte i bliżej mu do ogryzka niż do skórki… Z czego to wnoszę? Chociażby z faktu, że tego świata coraz bardziej nie rozumiem…

Podziel się:

1 komentarz

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji