Okiem Robaka: Morderstwa, które nieszczęściem zwykliśmy nazywać…

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Od niemal tygodnia wszystkie serwisy informacyjne zachłystują się świętym oburzeniem, gromiąc pijaków za kierownicą. Tragedia w Kamieniu Pomorskim poruszyła wszystkich, rozgorzała dyskusja, jak temu złu na „pijanych kołach” zapobiegać. Racjonalne rozwiązania mieszają się absurdalnymi pomysłami, politycy ze wszystkich stron politycznego tygielka, każdy po kolei, chcą w tej sytuacji zaistnieć i dać się zapamiętać, budować swój kapitalik na przyszłe wybory.

Z niemalże wszystkich stron gremialnie rozlegają się głosy: “Karać! I to surowo!”. Byłby to pogląd jak najbardziej uzasadniony, gdyby nie dwa fakty.

  • Po pierwsze – polskie prawodawstwo jest pod tym względem jednym z najsurowszych w cywilizowanym świecie.
  • Po drugie – policja w 2013 roku zatrzymała ponad 160 tysięcy nietrzeźwych kierowców!

Tym samym, stojąc na stanowisku ortodoksyjnego karania tych potencjalnych morderców, najlepiej pozbawieniem wolności, w ciągu kilku lat należałoby zamknąć do więzień lwią część Polaków. W pewnej mierze na skutek przymusowej absencji „za kółkiem” problem mógłby się częściowo rozwiązać, ale nie łudźmy się, że ta przemiana byłaby trwała i skuteczna. Więzienie jest bowiem jednym z ostatnich miejsc, gdzie ludzie masowo stają się lepsi – zazwyczaj procesy przebiegają tam w zgoła odwrotnym kierunku.

Pijackie popisy za kierownicą to problem właściwie każdej godziny i każdego dnia. Wstrząsające statystyki długich weekendów (około 40 zabitych, kilkuset rannych i około półtora tysiąca zatrzymanych nietrzeźwych kierujących) nie pobudzają już tak wyobraźni, wręcz przyzwyczailiśmy się do tych newsów. Wysiłki policji przypominają walenie grochem o ścianę. Co w nas takiego jest, że w jednej chwili potrafimy zaryzykować życie swoje i innych ludzi, wszystko, co mamy i co osiągnęliśmy i na przekór rozumowi grać w pijacką, rosyjską ruletkę?

Jak się Państwo na pewno domyślacie, odpowiedź na to pytanie nie jest prosta, tym niemniej postaram się przedstawić w tej materii swoje skromne zdanie.
Kilka dni temu na konferencji prasowej Prawa i Sprawiedliwości padło sakramentalne: „Wszystkiemu jest winien Donald Tusk!”. Ach, gdyby to było takie proste, w równie łatwy sposób można by tej, jak i każdej innej pladze zaradzić. Jednakże, chociażby ze względu na skalę zjawiska, pijaństwo na drogach to nie problem indywidualny, dotyczący abstrakcyjnych Kowalskich dotkniętych alkoholizmem. Jest to zjawisko na wskroś społeczne i, jak to bywa w różnego rodzaju ekstremalnych sytuacjach, od wielu lat występuje tu splot niekorzystnych okoliczności, uniemożliwiających skuteczne przeciwdziałanie temu przekleństwu polskich dróg.

Po pierwsze zawiodła organizacja – system prawa i instytucji, odpowiedzialnych za podtrzymywanie w społeczeństwie poczucia nieuchronności kary, nie działa od lat. Sankcja, która powinna wiązać się z przekroczeniem prawnych reguł, nie występuje lub też nadchodzi nadzwyczaj opieszale. W tych warunkach staje się ona w świadomości ludzkiej pojęciem zupełnie abstrakcyjnym, co gorsza, potęgującym wrażenie bezkarności. W tym poczuciu właśnie wielu pijanych kierowców wsiada „za kółko”. Jak się okazuje, nawet zatrzymanie takiego „mistrzunia kierownicy” przez policję wcale nie załatwia sprawy. Oto bowiem rozpoczyna się długa i kręta ścieżka wymierzenia, a potem jeszcze wyegzekwowania karnych sankcji, czyli serial – państwo nie rychliwe, ale sprawiedliwe…

O tym, jak bardzo chociażby kary pozbawienia wolności wymierzone w zawieszeniu nie przystają do naszych powszechnych wyobrażeń, przekonuje jeden z sondaży. Oto osoby, którym właśnie taki rodzaj kar wymierzyły sądy, w przeważającej części twierdziły, że nie zostały w ogóle ukarane. A czy może widzieliście Państwo winnych tragedii na drogach, wykonujących tzw. karę ograniczenia wolności, czyli prace nieodpłatne – w szpitalach, ośrodkach pomocy społecznej, hospicjach, ośrodkach rehabilitacyjnych? Mnie osobiście nie dane było doznać tej małej, społecznej satysfakcji i jednocześnie przestrogi. A przecież opieka nad ofiarami wypadków byłaby dla tych przestępców zdecydowanie lepszym środkiem resocjalizacji niż więzienie.

Jednakże niedomagania organizacji państwa to nie wszystko. W naszej mentalności jak chwast zakorzeniło się powszechne przyzwolenie na lekceważenie prawa. Skąd się to wzięło? Niektórzy znawcy tematu uważają, że jest to immanentna cecha Polaków wyniesiona jeszcze z okresu zaborów, kiedy sprzeciwianie się władzy i jej ukazom było wyrazem patriotyzmu, inni sięgają dużo bliżej, choćby czasów „komuny”. Idea obywatelskiego nieposłuszeństwa niewątpliwie bardzo nam się spodobała, tym niemniej zupełnie nie przystaje do standardów państwa demokratycznego. Poza tym, od chwili obalenia socjalistycznego systemu wyrosło całe, nowe pokolenie obywateli, które z równie nonszalancką swobodą traktuje obowiązki na drodze i niczym w swym postępowaniu nie różni się od starszych Polaków, pamiętających czas ustrojowych zmian.

Warto w tym miejscu zastanowić się, dlaczego nadal z takim uporem kwestionujemy obowiązujące nas normy prawne, mamy tak wiele do powiedzenia o ich bezsensowności, absurdalności, tu w kraju. Tymczasem, gdy tylko choć na chwilę porzucimy ”… te pagórki leśne i łąki zielone”, natychmiast potulnie, bez szemrania i dyskusji poddajemy się obcemu prawodawstwu?

Odpowiedź wydaje się jest tylko jedna. Na brak poszanowania prawa jest nie tylko społeczne przyzwolenie, ale jak to mówią „ryba psuje się od głowy”. Otóż nasza klasa polityczna już w 1989 roku zapomniała, że obywatelski bunt przeciwko organom państwowym i normom prawnym należałoby jakoś skutecznie odwołać. Mało tego – na nowo zbudować status ministra, premiera, policjanta, nauczyciela, sędziego, kolejarza i prawnika. Co za to mamy? Szokujące dowody lekceważenia norm prawnych właśnie przez polityków, ludzi, którzy po prostu powinni świecić przykładem, dawać dowody, że im na naszej wspólnej pomyślności zależy. Są nawet tacy, którzy bunt obywatelski w absurdalny sposób kultywują i utrzymują, że wciąż żyjemy w zniewolonym państwie. Według mnie, jest to cyniczne budowanie swej politycznej pozycji poprzez podsycanie ducha anarchii.

Skoro tymczasem nikt nie zadbał o etos zawodów, których kluczowym zadaniem jest przestrzeganie prawa, do akcji wkroczyły komercyjne media, masowo kreując serialowe postacie skorumpowanych prokuratorów i bezkarnych policjantów, mało rozgarniętych strażników więziennych, spolegliwych sędziów i koniunkturalnych polityków. Ten przerysowany skądinąd obraz zrodził w społecznej świadomości pytanie: Czy oni mogą nam cokolwiek nakazywać i nas pouczać?

W takich warunkach bardzo łatwo użalić się nad sobą, stwierdzić, że „biednemu to nawet wiatr w oczy wieje” i w tej sytuacji trzeba sobie jakoś radzić. „Obchodzenie prawa” stało się zresztą wręcz synonimem indywidualnej przedsiębiorczości i kreatywności. Cwaniactwo awansowało do rangi przymiotu.

Normy prawne traktujemy jako coś zewnętrznego, ograniczającego nas w działaniu nie rozumiejąc, że one nas także zabezpieczają. Jak? Prosty przykład. Porządny obywatel nie powstrzyma ewidentnie pijanego sąsiada wsiadającego do samochodu, ponieważ to „nie jego sprawa”, a poza tym rzeczą nie do pomyślenia byłoby zawiadomienie policji – bo przecież to „kablowanie”. W jego perspektywie myślowej nie pojawi się córka właśnie powracająca ze szkoły, potencjalna ofiara pijaka, a zatem bez namysłu ryzykuje jej życie. Prawo powinno być egzekwowane przez innych, „przecież biorą za to pieniądze” i powinno nas bezwzględnie zabezpieczać, cudownie, bez naszego zaangażowania i udziału.

A później morderstwa nazywamy nieszczęśliwymi wypadkami…

Podsumowując – problem pijaństwa na drogach nie zniknie, dopóki w nas nie obudzi się społeczna odpowiedzialność za siebie i innych, dopóki nie zniknie powszechne przyzwolenie dla morderców naszych znajomych i bliskich, dotąd też będziemy przy drogach palić znicze i stawiać krzyże…

Na koniec wszystkim ku przypomnieniu i pod rozwagę – zgodnie z obowiązującymi przepisami za jazdę po alkoholu – gdy jego zawartość we krwi wynosi od 0,2 do 0,5 promila – grozi zakaz prowadzenia pojazdów do 3 lat, do 30 dni aresztu i do 5 tys. zł grzywny; jeśli stężenie alkoholu przekracza 0,5 promila, kierowcy grozi do 2 lat więzienia i utrata prawa jazdy na 10 lat.

Podziel się:

Brak komentarzy

  1. Marek Jeznach na

    A propos przestrzegania prawa na drodze. Kilka lat temu wybraliśmy się całą rodziną do Danii. Hotel mieliśmy jakieś 30 km od Billund. Rano wyjechaliśmy do Legolandu, przestrzegając lokalnych ograniczeń prędkości. W pewnym momencie, był jakiś zjazd i zakręt, zobaczyłem we wstecznym lusterku sznureczek samochodów jadących za mną. Jechałem z maksymalną dozwoloną prawem prędkością, nikt nie usiłował mnie wyprzedzać, nikt nie trąbił, nie błyskał światłami. Skoro prowadziłem kolumnę najszybciej jak się da, wszyscy spokojnie jechali za mną, bo przecież szybciej nie wolno… Ciekawe przeżycie i pouczające doświadczenie.
    A co do polskich warunków drogowych, w kontekście zachowań (bo stan dróg to materiał na monografię, a nie krótki komentarz pod artykułem) – zgadzam się, że nieuchronność kary nie jest w Polsce czynnikiem odstraszającym. Dokładając do tego zachowania ludzi, którzy tworzą prawo i są odpowiedzialni za jego przestrzeganie mamy dość ponury obraz zwykłego bezprawia oraz przekonania, że surowość prawa dotyka tylko maluczkich, zaś wielcy tego kraju podlegają zupełnie innym regułom.
    Natomiast co do surowości regulacji – nie zgadzam się. Uważam, że spowodowanie wypadku drogowego pod wpływem substancji odurzających, ze skutkiem śmiertelnym, powinno być karane minimum 15 lat bezwzględnego pozbawienia wolności, utratą pojazdu i wypłaceniem zadośćuczynienia rodzinie.

  2. a co w nas drzemie że za zachodnią granicą gdy trzeba mieć 0.00 i będzie zakaz do 49,5 Km/h to nikt tego nie przekrocz i każdy będzie trzeźwy otóż świadomość poniesienia kary a w tym kraju nad Wisłą “może się uda” i niestety się udaje

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji