„Pomoc domowa” to inteligentna farsa, na której można pośmiać się nie tylko głośno, ale i szczerze. Do tego świetnie zaadoptowana do polskich warunków. Wreszcie czujemy się jak we własnym domu, a nie jak w odległej nam kulturowo, dajmy na to, Anglii. Można? Można.
Już od wielu lat płocką teatralną tradycją jest nowa farsa na rozpoczęcie nowego roku. Przeróżnego kalibru trosk i zmartwień mamy na co dzień bez liku, więc dobrego humoru nigdy za wiele. Oczywiście, że płockie farsy bywały lepsze i gorsze. Na niektórych można było się pośmiać szczerze, przy okazji innych trzeba było wspomagać się w przerwie czymś „na humorek” (na szczęście teatralny barek jest zawsze dobrze zaopatrzony). Tym razem doczekaliśmy się farsy nie tylko śmiesznej, ale i inteligentnej.
Na pewno duża w tym zasługa polskiego przekładu sztuki Marca Camolettiego autorstwa Bartosza Wierzbięty. Ten polski tłumacz i scenarzysta zasłynął swego czasu jako autor dialogów do polskiej wersji kultowej animacji „Shrek”. W wywiadach podkreśla, że w tłumaczeniu obcego tekstu nie boi się adoptować go do polskich warunków. I to wszystko w „Pomocy domowej doskonale widać, słychać i czuć. Być może sylwestrowy szampan nie wywietrzał mi jeszcze do końca z głowy i zaraz pojadę ostro „po bandzie”, ale uważam, że niektórych dialogów z „Pomocy domowej” nie powstydziłyby się takie tuzy polskiej literatury jak dajmy na to Słonimski czy Boy-Żeleński, którzy także przecież do kabaretów pisywali.

Jak to zwykle w farsach (i greckich tragediach) bywa, mamy jedność czasu, miejsca i akcji. Oto pewne znudzone sobą małżeństwo planuje mały skok w bok. Aby to jednak było możliwe, trzeba wyeksmitować na weekend z domu nie tylko swoją drugą połowę, ale także tytułową pomoc domową – uwaga: nie mylić ze sprzątaczką. I samo to, że żona jedzie odwiedzić mamę w Radomiu, mąż leci w interesach do Szczecina, a pomoc domowa dostaje premię na wyjazd do SPA w Niechorzu, powoduje, że cieplej robi się nam na sercu. Bo kto nigdy nie był, albo nie mógłby być, w takiej sytuacji?. Może znajdą się też tacy, którzy – z różnych powodów – w takiej sytuacji być by chcieli?
Oczywiście jak w każdej farsie (a często także w życiu) klasyczna komedia omyłek musi tu zaraz nastąpić. Nie zdradzając zbytnio szczegółów i spoglądając na wszystko szerzej, można napisać, że „Pomoc domowa” to rzecz o naszych współczesnych małych-wielkich kłamstewkach. Jesteśmy w nich coraz lepsi. Pędzące czasy nam sprzyjają, dają „natchnienie” albo usprawiedliwienie. A także dużą szansę, że nie zostaniemy przyłapani. Czasy deficytu uważności, zachęcają do testowania własnych umiejętności naciągania prawdy – czasem nazywanej nawet sztuką przekonywania. A jak już całkiem się w swoich kłamstwach pogubimy lub nie będziemy wiedzieli co tu wymyślić, to zawsze uratować nas może nieoceniona pomoc domowa. Tak, taka pomoc to dzisiaj prawdziwy skarb.
Oglądając spektakl, niektórzy mogą nawet doznać olśnienia: przecież o to chodzi w życiu. I niekończenie jest to jakaś fanaberia klasy wyższej, niekoniecznie chodzi o domową służbę, a już na pewno nie o sprzątaczkę. Osobę do zmycia okiem czy starcia kurzu, zawsze możemy sobie znaleźć, a już w najgorszym razie zrobić to samemu. Znaleźć jednak kogoś, kto wyciągnie nas z prawdziwych kłopotów, zrozumie, pomoże wybrnąć z kłamstwa i jeszcze nie będzie oceniać, to już prawdziwa sztuka. Chodzi po prostu o kogoś, kto o nas zadba, zaopiekuje się, nie zostawi w potrzebie – nawet jak go odeślemy na drugi koniec Polski czy świata. Nic dziwnego więc, że za taką pomoc jesteśmy w stanie zapłacić praktycznie każdą cenę. Wszak pieniądze trzeba przecież umieć właściwie wydawać.

Grająca tytułową postać Magdalena Tomaszewska daje w tym przedstawieniu aktorski popis. Jest jak współczesna wersja Ireny Kwiatkowskiej z „Czterdziestolatka” – żadnej pracy jako pomoc domowa się nie boi. Udowadnia, że jest w niej prawdziwą – nie do zastąpienia – profesjonalistką. Co więcej – jest tego w pełni świadoma i potrafi swoje usługi właściwie wycenić. Wszak pomoc domowa w jej wykonaniu to niemalże dawne stanowisko consigliere (notabene swoją sławę zawdzięczające sycylijskiej mafii ), a nie żadne tam sprzątanie, gotowanie czy usługiwanie. Pozostali aktorzy także dotrzymują jej kroku. I chodzi o wiarygodność i całokształt ( nie mylić z ciałokształtem) odgrywanych przez nich postaci, a nie tylko sexy bielizna Magdy Kuśnierz-Komarnickiej, dekolt Pauli Stępczyńskiej, łydki Piotra Bały czy uda Mariusza Pogonowskiego. Widać, że cała piątka aktorów doskonale ze sobą na scenie współgra i wzajemnie rezonuje. Co oczywiście zawsze ma wpływ na odbiór sztuki przez publiczność. A ta śmieje się podczas przedstawienia często i głośno. A do tego szczerze, a nie dlatego, że akurat tak wypada.
Właściwa obsada i ogólny kształt przedstawienia to już zasługa reżysera. Stefan Friedmann – mistrz krótkiej formy i ciętych dialogów (stara szkoła może wyniesiona jeszcze z radia?) – napisał niedawno autobiograficzną książkę pt. „70 lat mojego dzieciństwa”. Po płockiej inscenizacji „Pomocy domowej” widać, że dobra artystyczna forma go nie opuszcza, a jego dzieciństwo, bo przecież jeszcze nie druga młodość, dalej trwa. Może kupił sobie gdzieś w Warszawie potajemnie jakiś życiowy elixir, zawarł z kimś faustowską umowę?. A może po prostu korzysta na co dzień z zaufanej pomocy domowej? Cokolwiek miałoby to znaczyć.
Scenografia autorstwa Jacka Marii Hohensee jest jak na farsę dosyć skromna, ale absolutnie adekwatna i wystarczająca. Mamy oczywiście stały motyw farsowy – czyli otwierające i zamykające się drzwi, przez które ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Tym razem jednak udało się twórcom inteligentnie zmanipulować widzów – pękamy z ciekawości i wiele byśmy dali, żeby zobaczyć ( podejrzeć?) co też za tymi drzwiami się dzieje. Albo nawet co też się tam wyprawia? Tym bardziej, że za oknem widzimy nie jakiegoś tam Big Bena, ale zwyczajny blok mieszkalny z wielkiej płyty. Może to płockie Tysiąclecia albo Podolszyce? Jedynie jeszcze alkohol jest na scenie z importu. Ale umówmy się: kto dziś w porządnym polskim domu pije zwykłą polską wódkę – zwłaszcza jak ma pierwszą całonocną randkę.

Niby więc jest podobnie jak w każdej innej farsie, ale jednak dajemy się uwieść tej grze i zastanawiamy, jak się to wszystko skończy. I choć finałowe przesłanie jest nieco wyidealizowane, bo nie każda zdrada (nawet ta niedokonana) kończy się happy-endem i scala związek, to przecież zawsze warto wierzyć, że każdy życiowy zakręt skończy się dobrze i szczęśliwie. A wszystko jest po coś.
Choć jesteśmy dopiero na jego półmetku, to ten sezon teatralny może być najlepszym w płockim teatrze od lat. Po świetnej „Iwonie, księżniczce Burgunda” oraz „Martwych duszach 2.0” (oba tytuły są cały czas grane), teraz mamy „Pomoc domową”. Nieco lżejszą, lecz na pewno nie gorszą.
I na koniec jeszcze mała merkantylna podpowiedź. Za bilet na ten sam tytuł w znanym teatrze w Warszawie trzeba zapłacić grubo powyżej 100 pln (o kosztach dojazdu, parkingu oraz cenach w teatralnym barku nie wspominając). W Płocku mamy to wszystko za połowę ceny. Warto? Warto.
Jakub Moryc
autor jest członkiem Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru
















![Niezbędna pomoc – dostępna w teatrze [RECENZJA]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2026/01/fot._Waldemar_Lawendowski_9237-360x180.jpg)



![Płocki Orszak Trzech Króli [FILM, ZDJĘCIA]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2026/01/Trzech-Kroli-950-lecie-Diecezji-2026-14-360x180.jpg)




![Fakty na tapecie – Młodzież w mediach! [FILM, FOTO]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/12/FaktyNaTapecie-68-360x180.jpg)
























![Szymon Stachowiak: „Mamy patologię na rynku mieszkaniowym” [PODCAST]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/11/szymon_stachowiak-360x180.jpg)
![Marek Tucholski: Płock wyludnia się najszybciej! [PODCAST]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/11/marek_tucholski-360x180.jpg)


![Tomasz Kominek o maratonie, samorządzie i codziennej walce z hejtem [PODCAST]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/11/tk-360x180.jpg)



