REKLAMA

Kim są patroni płockich ulic? Jan Marek Róża Lajourdie – człowiek, który wiedział, jak ujarzmić wielką rzekę

REKLAMA

Tu w roku 1797 przyszedł na świat nasz bohater – Jan Marek Róża Lajourdie. Tak jak jego rówieśnicy i on także mnóstwo czasu spędzał nad rzeką (…) jak zaczarowany obserwował wodę, tak jakby chciał odkryć jej naturę, zgłębić wszystkie jej tajemnice, a potem posiąść moc panowania nad tym nieprzewidywalnym żywiołem…

Wyobraźmy sobie gorący poranek zaplątany pomiędzy wąskimi uliczkami starożytnego miasta, pnącymi się to w górę, to biegnącymi w dół, rozsiane tu i ówdzie ciemne kolumny strzelistych cyprysów, antyczne kamienice zbudowane z piaskowca, na którym promienie słońca już o tej porze dnia wyrzynają ostrymi krawędziami partie światła i cienia, krzyk i śmiech dzieciarni odbijający się echem od wyszlifowanego przez wieki mozaikowego bruku, wijącego się wśród zabytkowych budowli: amfiteatru galo – rzymskiego, kaplicy św. Magdaleny, klasztoru karmelitów, katedry Saint-Just-et-Saint-Pasteur, Bazyliki de Saint Paul…

Fot. tmr.plo.pl

Wąskie i kręte uliczki biegną aż do samej rzeki – Canal de la Robine, nad którą rozsiadły się liczne restauracje, sklepy i dziesiątki straganów. Tak wygląda o poranku Narbonne – najstarsze, langwedockie miasto na południu Francji, założone przez Rzymian już w II wieku n.e. nieopodal brzegów Morza Śródziemnego.

Tu w roku 1797 przyszedł na świat nasz bohater – Jan Marek Róża Lajourdie. Tak jak jego rówieśnicy i on także mnóstwo czasu spędzał nad rzeką: puszczał łódeczki z kory, rzucał „kaczki” i liczył, ile razy kamień odbije się od powierzchni, budował małe tamy i jazy, jednakże przede wszystkim, jak zaczarowany obserwował wodę, tak jakby chciał odkryć jej naturę, zgłębić wszystkie jej tajemnice, a potem posiąść moc panowania nad tym nieprzewidywalnym żywiołem…

Częstokroć wpatrywał się też w odległy morski horyzont z tęsknotą myśląc o swym ojcu Ludwiku Szymonie – kapitanie okrętu handlowego, pływającego do zamorskich kolonii. Wkrótce chłopiec rozpoczął naukę, najpierw w swym rodzinnym mieście, a potem ją kontynuował w nieodległym Montpellier. Pracowitość i sumienność, którymi się cechował, zaowocowały bardzo dobrymi wynikami w nauce, dlatego też wkrótce dziecięce zamiłowania, które przerodziły się w pasję, mogły się ziścić w dorosłym życiu.

Jan Marek postanowił zostać inżynierem wodnym, dlatego też podjął studia w paryskiej szkole budownictwa, którą ukończył z doskonałymi wynikami. Tym samym świat szeroko otwierał przed młodym Francuzem z Południa swe podwoje; posiadał niezwykle cenioną i unikalną w tym czasie profesję, którą zdobył na renomowanej uczelni, miał zatem komfort, aby zaplanować swą zawodową karierę. Czy po latach kiedykolwiek dowiemy się, co sprawiło, że Jan Marek Lajourdie niespodziewanie uległ namowom pewnego barona z odległej Polski i w 1827 roku podjął pracę w Warszawie?

Edward Klopmann, a właściwie von Klopmann – baron kurlandzki i rosyjski w 1826 roku przybył do Paryża, aby nie tylko pogłębiać swą wiedzę na uczelni, którą ukończył nasz młodzieniec z Narbonne, lecz był również specjalnym wysłannikiem polskiego ministra skarbu – Franciszka Ksawerego Druckiego – Lubeckiego. Powierzono mu zadanie werbowania w całej Europie specjalistów z wykształceniem budowlanym, w tym czasie bowiem w Królestwie Polskim podejmowano prace publiczne, zaplanowane na niespotykaną dotąd skalę. Brakowało nie tylko rąk do pracy, lecz także inżynierów, którzy sprostaliby tym śmiałym zamierzeniom.

Specjalizacją Edwarda Klopmanna stała się również inżynieria wodna; po kilkuletnich studiach w Paryżu wojażował po całej Francji, Belgii i Anglii, zwiedzając i poznając zasady działania tamtejszych urządzeń i budowli hydrotechnicznych. Kiedy powrócił po kraju w 1830 roku, otrzymał z miejsca stanowisko inżyniera miasta stołecznego Warszawy.

A jak radził sobie w stolicy nasz francuski bohater? On też nie zasypiał gruszek w popiele; na początku przyjął stanowisko konduktora robót (inspektora – przyp. aut.) przy bulwarku w Solcu. Sprawa była pilna, ponieważ corocznie lewy brzeg Wisły nawiedzała powódź, władze zatem postanowiły umocnić go i odpowiednio zabezpieczyć, poczynając od koszar gwardyjskich aż po Solec; prace ruszyły pełną parą, wyrównywano linię rzeki, wbijano drewniane pale przy pomocy kafarów, jednakże po wybuchu powstania listopadowego odstąpiono od tego projektu, a materiały budowlane zgromadzone do umocnienia wiślanego bulwaru Rosjanie wykorzystali przy wznoszeniu warszawskiej Cytadeli.

W 1832 roku nadeszła pora na życiowe decyzje i młody inżynier ożenił się z Józefą Odelską. Pewnie słusznie przewidując, że wybrał już tym samym swoje miejsce na Ziemi, przyjął polskie obywatelstwo. Miesiąc miodowy nie trwał zbyt długo, bowiem Lajourdie, zbytnio nie zwlekając, zatrudnił się przy budowie Kanału Augustowskiego – szlaku wodnego łączącego drogą okrężną dorzecze Wisły poprzez dorzecze Niemna z Bałtykiem.

Był to niewątpliwie projekt o skali, której nawet dziś trudno nie docenić. W swych założeniach miał on umożliwić spław zboża i innych towarów do Gdańska z pominięciem pruskich komór celnych w dolnym odcinku Wisły. Przewidywał on regulację i przywrócenie spławności dróg wodnych na długości ponad stu kilometrów oraz budowę kilkudziesięciu mostów, śluz, stopni wodnych i innych urządzeń hydrotechnicznych – jednym słowem wręcz wymarzony poligon doświadczalny dla naszego inżyniera, który objął tu stanowisko konduktora robót. Wreszcie mógł w pełni zastosować swą już rozległą wiedzę w praktyce, a ponieważ prace pod jego nadzorem posuwały się szybko naprzód, wkrótce powierzono mu nie mniej ambitne zadanie; tym razem na jego drodze stanęła rozległa rzeka, a on na wiele dekad miał spiąć trwale jej brzegi…

W 1836 roku podjęto decyzję o budowie drewnianej, stałej przeprawy przez Wisłę w Płocku. Jej projektantem był Felicjan Frankowski, tymczasem stanowisko konduktora robót objął Jan Marek Róża Lajourdie. Niestety, budowa od samego początku napotykała na wiele przeszkód. Kontrakt na wykonawstwo mostu wygrał przedsiębiorca Antoni Szańkowski, wkrótce jednakże odsprzedał go… serdecznemu przyjacielowi Fryderyka Chopina, towarzyszowi i gospodarzowi wakacyjnych pobytów kompozytora w pobliskim dworku w Sannikach – Konstantemu Pruszakowi.

Fot. tmr.plo.pl

Ten, będąc świeżo upieczonym mężem jedynej córki generała Franciszka Ksawerego Christianiego – pełniącego wówczas funkcję dyrektora generalnego Komunikacji Lądowych i Wodnych w Królestwie Polskim, liczył najprawdopodobniej na wsparcie teścia, a tym samym szybką możliwość zysku. Sprawy jednak nie potoczyły się po jego myśli, bowiem został zmuszony do podjęcia budowy, wykorzystując do tego celu drewno po znacznie wyższych cenach, niż zakładał wynegocjowany kontrakt rządowy. Prawdopodobnie Konstanty Pruszak nie odziedziczył po swoim ojcu talentu do robienia interesów, bowiem wskutek równie niekorzystnych inwestycji, wkrótce stracił lwią część swego ogromnego majątku.



Wreszcie jednak u stóp Tumskiej Góry zastukały kafary wbijające potężne pale w dno rzeki; budowano tzw. izbice, do których metalowymi łańcuchami przytwierdzano poszczególne elementy mostu. Przeprawa składała się z 25 tafli unoszących się na wodzie za pomocą łyżew, czyli łodzi o długości około 18 metrów i szerokości 5 metrów. Na nich spoczywały pomosty łączące się w drogę dla pojazdów i obustronne chodniki dla pieszych o łącznej długości 655 metrów. Wisła jednakże była w owych czasach ważnym szlakiem żeglugowym, dziennie przepływało pod Płockiem kilkadziesiąt jednostek. Z tych powodów o określonych porach dnia most unoszący się przecież na powierzchni wody był rozpinany, aby umożliwić ruch barek, statków i berlinek oraz spław drewna.

Jana Marka Lajourdie praca przy konstruowaniu mostu pochłonęła go do tego stopnia, że nie opuszczał placu budowy. Z tego też powodu ściągnął tu swą rodzinę i zamieszkał na Radziwiu. Jeszcze nie wiedział, jak bardzo oczaruje go to miejsce, ludzie, a także piękna niemal o każdej porze dnia, choć często krnąbrna, wielka rzeka; nie zdawał sobie również sprawy, że nie ujrzy już nigdy kraju swych przodków, bo zadanie, którego się podjął, wypełni mu na całe życie…

W sumie budowa mostu trwała prawie 3 lata; uroczyście oddano go do użytku w 1838 roku. Sama konstrukcja była dość wrażliwa na działanie natury – przez powodzie i kry lodowe, jak też lekkomyślne obchodzenie się z nim przez człowieka. Dlatego też od razu powołano specjalny zespół obsługi i konserwacji mostu, składający się z pisarza magazynu mostowego, majstra mostowego, starszego szkutnika i sześciu szkutników – cieśli wodnych, sześciu stróżów dziennych i nocnych, którymi zarządzał inżynier mostu.

Tę funkcję natychmiast powierzono człowiekowi, który znał każdy zakamarek tej konstrukcji – Janowi Markowi Lajordie. Ten jak zwykle z zadania wywiązał się znakomicie, dlatego też trzy lata później został inżynierem Wisły. Była to w pełni zasłużona synekura, choć nasz bohater zupełnie nie traktował tej posady jako sposobu na doczekanie spokojnej starości. Wciąż obserwował Wisłę, samodzielnie prowadził badania, dokonywał codziennych inspekcji; jednym słowem czuwał, aby wielka rzeka służyła ludziom, którzy zamieszkali u jej brzegów i była źródłem ich pomyślności.

Przełożeni Jana Marka Lajordie niezwykle cenili jego fachowość i sumienność, dlatego wciąż awansował w urzędniczej hierarchii. W roku 1847 został pomocnikiem naczelnika objazdu rzeki Wisły, a trzy lata później nadano mu wysoką rangę sekretarza gubernialnego i wreszcie radcy honorowego. Z okazji okrągłych dat po 20 i 25 latach swej pracy Lajourdie był wyróżniany odznaczeniami „za nieskalaną służbę”. Na emeryturę odszedł na własną prośbę w roku 1868 w randze konduktora objazdu 4 stopnia Wisły.

Oczywiście człowieka aktywnego przez całe swe zawodowe życie nie da się wyłączyć ot tak, jak wtyczkę z kontaktu. Najprawdopodobniej nasz inżynier nieco więcej czasu spędzał w okazałym domu, który wybudował dla swej rodziny. W dawnych wspomnieniach mieszkańców Radziwia był on obszerny, zbudowany z drewna i przypominał pałac otoczony bujnym ogrodem, do którego sprowadzano rośliny z całej Europy. Siedziba naszego inżyniera stanęła oczywiście w najwyższym miejscu w okolicy, które nigdy nie ucierpiało na skutek powodzi, a co najciekawsze… stoi do dziś przy radziwskiej, niewielkiej uliczce Wygon.

Jednakże Jan Marek Lajourdie nigdy nie spoczął bezczynnie na ganku w bujanym fotelu. Dzięki zgromadzonemu kapitałowi, otworzył warsztaty szkutnicze statków i berlinek, wciąż jednak również interesował się Wisłą i jej historią; tym, w jaki sposób na przestrzeni lat rzeka zmieniała swój bieg; sprowadzał z zagranicy specjalistyczne, naukowe książki wciąż poszerzając swą wiedzę z zakresu hydrologii. Owocem jego dociekań i przemyśleń stała się praca pt. „Regulacja Wisły”, opublikowana już po jego śmierci w latach 1883 – 1884 w formie 23 listów na łamach „Korespondenta Płockiego”:

„…Zdarza się czasem, że kraj ma mnóstwo rzek, które albo przez położenie swoje albo przez nierozwagę samych ludzi nie tylko się stają nieużytecznemi do spławów, ale nadto szkodzą dobru pospolitemu. Przy nieporządnym swym biegu albo się wylewają, gdzie nie są potrzebne, albo zdradnie niszczą najpiękniejsze owoce prac ludzkich (…) Natura wszędzie kraj nas opatrzyła w rzeki sposobne do spławu i żeglugi, przeto od nas samych zależy korzystać z gotowych jej dobrodziejstw.”

Oprócz rozwiązań czysto praktycznych z zakresu hydrologii, książka zawiera w sobie niesamowicie głębokie, humanistyczne przesłanie, iż w podejściu człowieka do natury musi istnieć poszanowanie dla wszystkich sił przyrody, dopiero wtedy bowiem będzie można przez wieki korzystać z jej darów.

Jan Marek Róża Lajourdie zmarł 11 października 1881 roku i został pochowany na radziwskim cmentarzu. W setną rocznicę jego śmierci, dzięki staraniom proboszcza parafii św. Benedykta – księdza Aleksandra Stróżyńskiego nagrobek wielkiego inżyniera został przywrócony do dawnej świetności i wmurowano tablicę pamiątkową.

Także mieszkańcy Radziwia nie zapomnieli o człowieku, który nie tylko spiął dwa brzegi Wisły, ale został Radziwianinem z wyboru; w 2002 roku, dzięki ich staraniom, rondo przy wjeździe ma most Marszałka Józefa Piłsudskiego poświęcono Janowi Markowi Lajourdie, jednakże najpiękniejszy pomnik pamięci wystawił sobie on sam swym pracowitym, wartościowym życiem zapisując się w ludzkich sercach i wspomnieniach….

Artykuł opracowano na podstawie:

  • Jan Marek Maria Lajourdie, Regulacja Wisły, Korespondent Płocki 1881r.
  • Chrzanowski Stanisław, Radziwie bliskie i nieznane, Notatki Płockie nr 26, 1963r
  • Chrzanowski Stanisław, Ludzie i sprawy Radziwia, Notatki Płockie nr 1/45, 1968r.
  • Piotr Gryszpanowicz, Płockie mosty na Wiśle, Płock 2017r.
  • Bogusław Osiecki, O Marku Lajourdie – po lekturze jego dzieła „Regulacja Wisły”
  • Sygnały Płockie 17(96) 2003r.
  • Tomasz Piekarski, Jan Marek Róża Lajourdie, miłośnik Wisły, przyrody, i wielki humanista, Towarzystwo Miłośników Radziwia 2002r.

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Komentarze 6

  1. Anonim says:

    Przy Otolińskiej

  2. Anonim says:

    A może podejmiecie się wytłumaczenia kim był Fryderyk Roze? Myślę że byłoby to wyzwanie.

  3. regionalista. says:

    Doceniam i popieram zarówno Bohatera opowieści jak i starania o Pamięć dla Niego.

    Teraz bardzo proszę o opisanie postaci Czesława Tyszki i Potomków Rodu aż do momentu budowy Tamy we Włocławku.

    Poprzednie takie prośby , pozostały bez echa…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Przeczytaj

Reklama

REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU