REKLAMA

Grodzka – koniec Płocka

REKLAMA

Kiedyś popularne było powiedzenie „Tumska, Grodzka – koniec Płocka”. Dziś wystarczy już tylko Grodzka, a w zasadzie jej połowa…

Piątek. Na moim zegarku kilka minut przed 22. Wychodzę z domu, żeby spotkać się z kumplem. Podjeżdża pod mój dom, stoimy kilka minut. – Bilard czy jedzenie? – pyta. Wybieram oczywiście bilard, bo lubię spędzać czas przy tej grze.

PowiązaneTematy

Jedziemy na Podolszyce, do Wisły. Tam zawsze gramy. Parking pod galerią zastawiony autami. – Pewnie wszyscy do kina – żartuję. Znajdujemy miejsce i wjeżdżamy windą na ostatnie piętro. Kiedy już dochodzimy do drzwi klubu okazuje się, że są zamknięte. – Wejście pewnie z drugiej strony – rzucam, nie mając pojęcia, jak bardzo się mylę. Schody piętro niżej zagrodzone są linką. – Dzisiaj chłopaki nie wejdziecie. Prywatna impreza jest – informuje nas restauracyjny gość.

– Jak nie ta, to druga – mówi mój kompan, mając na myśli galerie. Wsiadamy więc do auta i podjeżdżamy do Mazovii. Już przed wejściem, na parkingu widzimy sznur taksówek. Pewne jest, że na górze w najlepsze trwa impreza – więc w bilard to raczej nie pogramy, a imprezować nie można, bo następnego dnia czekają obowiązki. Rezygnujemy i jedziemy do centrum. Może tutaj uda się coś znaleźć?

Stary Rynek spowity mgłą. W oddali przechadza się kilka osób. Jakaś para nastolatków, ludzie podążający na imprezę, małżeństwo wracające z randki. Idziemy w kierunku Grodzkiej. Mijamy Czarnego Kota. Zaglądamy przez szybę. W środku siedzi jedynie kilka osób. Idziemy dalej – Akapit. W środku pusto. Przy Pubie Grodzkim stoi kilka osób na papierosie.

Wkraczamy w ulicę Grodzką. Po obydwu stronach widać młodych ludzi. Wielu ich nie ma. Kilkanaście osób, rozbitych na parę grupek stojących pod klubami i Żabką. Przypominam sobie od razu jak to było dawniej – te pięć, sześć lat temu – kiedy jeszcze ja tam imprezowałem. Wtedy „główna imprezownia” w Płocku pękała w szwach. Nawet w listopadzie. – Płock naprawdę się wyludnia – zaznacza mój znajomy, a ja patrzę na niego wzrokiem, który pyta: „Dopiero to zauważyłeś?”.

To może uda nam się coś zjeść? W Karczmie kilka stołów zajętych. – Można coś u was jeszcze zjeść? – pytamy. – Jedynie pierogi – odpowiada kelner z lekkim uśmiechem. Dochodzimy do połowy ulicy i zdajemy sobie sprawę, że dalej nic już nie ma. Zamknięta niedawno pizzeria, powyłączane światła po obydwu stronach. – Grodzka – koniec Płocka! A w zasadzie to pół Grodzkiej – śmieje się mój kumpel. Wracamy. – Czy w tym mieście naprawdę nie ma nic do roboty w piątkowy wieczór? – pyta retorycznie. Nagle dobiega nas głos ostro pijanego, bezdomnego mężczyzny, który siedzi pod bramą: – Masz ty coś k**wa do Płocka?

W nieco ponad godzinę przekonałem się na własnej skórze, że Płock umiera. To już nie jest pochopne stwierdzenie. To niezaprzeczalny fakt. Przykra rzeczywistość, w której przyszło nam żyć i chyba trudno jest tu kogokolwiek o to obwiniać. Nagle żyjemy w dwóch różnych społecznościach – młodych i starych. Przepaść widoczna jest coraz bardziej, bo ci, którzy są w średnim wieku po prostu już stąd uciekli albo siedzą w domu, odpoczywając po ciężkiej harówce, a młodzi gnieżdżą się w klubach i piją – no bo w sumie co innego robić?

Na zdjęciu zrzut ekranu z reklamy Orange i wyidealizowana ulica Grodzka.