Zapraszamy do sentymentalnej podróży po Borowiczkach, osiedlu w granicach Płocka. Paweł Kostrzewski, regionalista, oraz Wiesław Chrobot, mieszkaniec Borowiczek, oprowadzają nas po zakamarkach osiedla, odsłaniając historie zapisane w murach, drzewach i ścieżkach.
Są takie miejsca, w których czas płynie inaczej. Borowiczki – niegdyś samodzielna miejscowość, a teraz płockie osiedle – wciąż tętnią wspomnieniami, ukrytymi w starych murach, ścieżkach i opowieściach mieszkańców. Nazwa „Borowiczki” prawdopodobnie pochodzi od ogromnych borów, które były kiedyś w tym miejscu i zostały wykarczowane. Miejscowość Borowiczki wraz z Gulczewem należała wówczas do jednego właściciela. Na przełomie XIX i XX wieku mieścił się tam oddzielny folwark, ale od tego czasu wiele się zmieniło.
Wyruszmy więc na spacer do przeszłości…
Cukrownia i kampania buraczana
Spacer zaczynamy od terenu przy dawnej cukrowni – zakładu, który powstał w 1900 roku po wykupieniu gruntu za ponad 700 tysięcy rubli. Jej budowa i rozwój wpłynęły nie tylko na Borowiczki, ale na cały region.
Pierwsza kampania cukrownicza przyciągnęła do Borowiczek 300 robotników z Biłgoraja. Wielu z nich zostało tu na stałe. Cukrownia obsługiwała nie tylko Płock i powiat, ale również pobliskie gminy, a produkcja buraka cukrowego stała się podstawą gospodarczą okolicznych rolników.
W 1902 roku powołano zakładową straż pożarną, której twórcą był inżynier Józef Tuliszkowski – nestor polskiego pożarnictwa, znany z tworzenia regulaminów i struktur jednostek strażaków w Królestwie Polskim.

W 1905 roku doszło do wielkiego strajku. Wysunięto 22 postulaty (zawarte w dokumencie „Warunki dla pracowników Towarzystwa Akcyjnego Cukrowni Borowiczki”), w tym utworzenie łaźni i szkoły. Był to moment przełomowy, pokazujący społeczną siłę pracowników. W 1908 roku wydarzyła się kolejna tragedia – samobójstwo administratora cukrowni Wacława Wolibnera, który rzucił się do Wisły. Okoliczności jego śmierci do dziś budzą emocje (historia mówi o jego malwersacjach, w wyniku czego zakładowi groziła licytacja i bankructwo).
Ale cukrownia to nie tylko praca. Organizowano tu potańcówki, festyny, majówki.
– Cała dzielnica się zbiegała. W maju i czerwcu tętniło tu życie – wspomina Wiesław Chrobot.
Nasi rozmówcy wspominają też wielkie święto, jakim była kampania cukrowa. Wówczas dzieci miały swoje sposoby na zdobycie buraków:
– Na ostrym zakręcie buraki spadały z wozów, a my mieliśmy długie kije z gwoździem. Krzyczało się: „Panie, daj pan buraka, zatańczę panu kozaka”. A jeśli nie dawał, to tym kijem z gwoździem robiliśmy „haps” i ściągaliśmy sobie buraka z wozu – opowiada ze śmiechem Paweł Kostrzewski.
Obok budynku cukrowni stoi pomnik, upamiętniający pracowników zamordowanych podczas II wojny światowej.

Kamionka i pałac
W najstarszej części Borowiczek leży Kamionka. To tutaj, w 1907 roku, powstał pałac z otaczającym go parkiem, ale historia tego miejsca sięga jeszcze dalej. Generał Konstanty Bontemps zaprosił do Borowiczek czołowego polskiego archeologa, hrabiego Przezdzieckiego, by prowadził tu badania. Odkrycia sięgały epoki prehistorycznej, a cały pas terenu od Grabówki przez Ośnicę po Słupno i Borowiczki okazał się bogaty archeologicznie.
Sam pałac przez lata pełnił funkcje mieszkalne. W okresie międzywojennym i po wojnie mieszkali w nim m.in. lekarze pracujący dla zakładowej przychodni, a w czasie okupacji niemiecki komisarz wojskowy, który szczególnie upodobał sobie znajdujący się na jego terenie kort tenisowy. Dzieci ścigały się w przestronnych wnętrzach pałacu na rowerkach (m.in. Wiesław Chrobot, którego ciocia i wujek byli lekarzami, mieszkającymi w tym pięknym budynku), a mieszkańcy wspominają bogactwo przyrody w okolicach pałacu, a także szklarnie, lodziarnie, sady.
– Pałac, ale i sam teren był piękny. Blisko tego ogrodzenia był taki mały stawek, do którego płynął strumyczek. W tamtej części na rogu był kort tenisowy, który powstał jeszcze przed wojną – wspomina pan Wiesław.
Dziś pałac jest opuszczony i niszczeje. Miłośnicy Borowiczek apelują o ratunek dla tego obiektu.
– Zachowajmy zespół pałacowo-parkowy dla Płocka i dla przyszłych pokoleń – mówią w filmie, zwracając się do władz miasta.

Muszla koncertowa i spotkania
W parku obok pałacu znajduje się muszla koncertowa – niegdyś miejsce potańcówek, koncertów i spotkań. Występowali tu artyści, orkiestry, do Borowiczek przyjechał nawet sam Stanisław Grzesiuk.
– W altanie przy pałacu siedzieli mieszkańcy i słuchali muzyki. To było miejsce spotkań międzypokoleniowych – mówi Paweł Kostrzewski.
Obecnie miejsce to jest zaniedbane, ale nadal przyciąga ludzi. Rada Osiedla co roku organizuje tam wydarzenia, m.in. koncert Ryszarda Wolbacha, który przyciągnął setki mieszkańców. Mimo upływu lat, to miejsce wciąż budzi zainteresowanie młodzieży i starszych mieszkańców. Niestety, także wandali, którzy „ozdobili” obiekt bazgrołami i napisami. Dzięki działaniom Rady Osiedla Borowiczki i budżetowi obywatelskiemu, być może muszla odzyska swój dawny blask.

Upustek i struga
Upustek to miejsce, w którym regulowano poziom wody w stawie cukrowni. Przy pomocy desek i zasuw kontrolowano jej przepływ. Woda pochodziła z Wisły, dostarczana przez strugę. Do dziś teren ten, mimo że zaniedbany, przyciąga ptaki i spacerowiczów. Pływają tu kaczki czy łabędzie.
– To było miejsce spacerów, przejście od cukrowni w stronę wału i dalej nad Wisłę. To był nasz azyl. Trochę dziko, ale pięknie. Czuliśmy, że to nasze – wspomina Wiesław Chrobot.

Paweł Kostrzewski dorzuca do tego swoją historię z pobliskich sadów przy pałacu.
– Po wojnie zapamiętałem dyrektora Tamborskiego z takim dużym psem, który ganiał tych, którzy chcieli się podzielić owocami sadu. No i jak kogoś upolował, to klient musiał być przygotowany, że mówił nazwisko pierwsze z brzegu, ale nie mógł powiedzieć nazwiska jakiegoś pracownika cukrowni, bo ten miałby problemy. Więc jak złapał kogoś, to się mówiło „Brzęczyszczykiewicz” – śmieje się pan Paweł.
Dzisiaj z Upustka nie widać ani pałacu, ani sadów czy szklarni. Ale miejsce nadal jest piękne, magiczne. Być może właśnie dzięki temu, że jest tak dzikie. A może dlatego, że widzieliśmy je oczami osób, które żyły w czasach, gdy tętniło życiem. Obecnie teren ten jest nie tylko zaniedbany, ale i zaśmiecony. Ogromna szkoda, bo oczyma wyobraźni widzimy tam miejsce pikników na łonie natury, plenerów malarskich czy spacerów rodzin z dziećmi.

Łaźnia i szkoła
Brak kanalizacji sprawił, że jednym z najważniejszych postulatów robotników była łaźnia. Niewielu płocczan wie, że obiekt powstał i służył mieszkańcom Borowiczek.
– Chodziłem tam z babcią. Nawet udało mi się raz przemycić jako dziewczynka, bo były oddzielne dni dla kobiet i mężczyzn – wspomina z uśmiechem Wiesław Chrobot.

Niedaleko łaźni stanęła szkoła fabryczna, która powstała w 1907 roku, jako spełnienie jednego z postulatów strajkujących pracowników. Wiąże się z nią historia powodzi – kiedy tereny wokół były zalane, jedzenie i środki czystości dowożono łodzią i wciągano na linie. W oknie czekała nauczycielka, która pilnowała majątku szkoły.
Szkoła funkcjonowała w tym budynku do 1926 roku (wówczas została przeniesiona i połączona ze szkołą gminną). Obecnie mieści się tu przedszkole miejskie nr 34. Obok budynku nadal stoi gołębnik, który wywołał wyraźne emocje u obu panów.
– Gołębie na dachu to był znak rozpoznawczy Borowiczek. Prawie każdy w domu je hodował – tłumaczą.

Gilotyna i kolejka wąskotorowa
Miejsce przy ul. Pocztowej, które przez lata było punktem spotkań młodzieży nazwano „Gilotyną”. Był to mostek nad torami, na wzór mostów weneckich, z wygiętymi balustradami. To tutaj młodzi umawiali się na randki czy na popołudniowe spotkania.
– Gdy ktoś mówił: „Spotkajmy się przy gilotynie”, od razu wiedzieliśmy gdzie – śmieje się Wiesław Chrobot.

Obok znajdowała się stara drewniana poczta (później została przeniesiona w inne miejsce), tędy przebiegała też linia kolejki wąskotorowej.
– Mój dziadek Wacław był maszynistą. Pierwszy odcinek kolejki był konny, potem zmienił się w lokomotywowy – mówi wieloletni mieszkaniec Borowiczek.
Panowie pokazują nam starą mapę, na której widnieje sieć kolejki wąskotorowej. Biegła ona od cukrowni do przystani, ale i dalej, do sąsiednich miejscowości, a nawet do Małej Wsi czy Glinojecka.

Przystań znajdowała się u ujścia rzeki Słupianki do Wisły – to tutaj przeładowywano z jednej strony buraki, które kolejką jechały do cukrowni, a w drugą stronę cukier, który transportowany był drogą wodną.
– Żegluga Warszawska w 1900 roku otworzyła przystanek w Borowiczkach po to, żeby fachowcy nie musieli jechać do Płocka, tylko wysiąść tutaj, w Borowiczkach do pracy w cukrowni – tłumaczą nasi rozmówcy, podkreślając, że w płockiej cukrowni wszystkie maszyny były polskiej produkcji.
Dziś to już tylko wspomnienia, ale niegdyś Borowiczki były prawdziwym centrum transportowym, z własnym przystankiem żeglugi. Jak podkreślają nasi rozmówcy, ogromna szkoda, że w czasach komunizmu kolejki zostały zlikwidowane. Obecnie byłaby to bezcenna atrakcja turystyczna.

Krzyż karawaka i dąb Wojciech
Przy ulicy Zarzecznej znajduje się ponad stuletni krzyż karawaka, dwuramienny, prawdopodobnie postawiony przez rybaków jako ochrona przed epidemią cholery. Ta choroba nawiedzała Płock kilkanaście razy, od 1837 do 1894 roku. Jak podkreślają nasi rozmówcy, wówczas rybak był zarejestrowanym zawodem.
– Pamiętam, że mój wujek miał w dowodzie wpisany zawód: rybak – wspomina Wiesław Chrobot.

Niedaleko krzyża rośnie Dąb Wojciech, liczący około 600 lat, o wysokości ok. 22 metrów. To prawdopodobnie najstarszy dąb w Płocku, ale mało brakowało, by nie dotrwał naszych czasów.
– Znany przemysłowiec Stanisław Górnicki chciał go kupić na statek, ale rodzina nie chciała go sprzedać za żadne pieniądze – opowiada Paweł Kostrzewski.

Rychtyk kaszanka
Przy obecnym rondzie w ciągu ul. Korczaka, Pocztowej i Harcerskiej, dawniej stał długi, drewniany budynek. Przed wojną mieścił się tu sklep, zarejestrowany już w 1921 roku, a następnie, po wojnie, prowadzona była tutaj gospoda ludowa.
– Z tą gospodą wiąże się taka anegdotka, że jak byliśmy młodsi, to starsi nas podpuszczali i mówili: „Idź, spytaj się coś rychtyk kaszanki. No i ten który wchodził do gospody i to powiedział, mógł dostać czymś po grzbiecie. A „rychtyk kaszanka” wzięło się stąd, że pana Nowaka, który prowadził gospodę, rolnicy pytali co jest na zakąskę. I on wówczas mówił właśnie „rychtyk kaszanka”, czyli dobra kaszanka – wyjaśnia Paweł Kostrzewski.
Po zamknięciu gospody, w tym miejscu powstał zakład fryzjerski, prowadzony przez państwo Kurowskich.
– Czyli przez moją ciocię i wujka – dopowiada Wiesław Chrobot.

Hotel pod Suchą Wierzbą i piekarnia Borkowskiego
W centrum Borowiczek istniał kiedyś drewniany hotel pod Suchą Wierzbą – nazwa pochodziła od drzewa, które rosło obok. W pobliżu znajdował się posterunek milicji, a naprzeciwko legendarna „Wisełka”, gdzie można było kupić jedno z nielicznych piw nalewanych w Płocku. Co ciekawe, obecna w tym miejscu restauracja nadal nosi tę samą nazwę, co przed latami.
– Najciekawsze było, jak przyjeżdżał autobus z Płocka, słynna trójka. Ludzie po prostu biegiem lecieli od przystanku, aby być pierwszym w kolejce, natomiast to im się nie udawało, bo lokalu już pilnowali lokalsi – śmieje się pan Wiesław.
Niedaleko znajdował się sklep pani Majerowskiej, w którym można było kupić wszystko.
– Za niewielkie pieniądze mogliśmy kupić tam cukierki na sztuki. Wyjmowało się je z takiej dużej, szklanej bani – z nostalgią mówi Wiesław Chrobot. – Ja natomiast, uwaga – chwalę się, miałem jako pierwszy założoną przez moich rodziców teczkę u pani Majerowskiej na prasę, a konkretnie na „Przegląd Sportowy” od 1960 roku – wspomina Paweł Kostrzewski.
Pani Majerowska była też producentką słynnej oranżady kapslowanej z Borowiczek, a panowie wspominają z rozrzewnieniem jej pyszne jagodzianki. To właśnie w tym sklepie skosztowali drożdżówek po raz pierwszy.
W pobliżu sklepu pani Majerowskiej mieściła się natomiast piekarnia Stefana Borkowskiego, po której został tylko pusty plac i… zdjęcia. Wypiek pieczywa był zawsze o godzinie 6 rano, a później o godzinie 12.
– Najlepszy chleb w okolicy. Babcia wysyłała mnie po bochenek, ale nigdy nie wracał cały – każda piętka była obgryziona. To zamiłowanie do piętek zostało mi do dziś – wspomina Wiesław Chrobot zaznaczając, że bochen chleba był wtedy duży, okrągły i ważył aż 2,5 kilograma.
Jak podkreślają nasi rozmówcy, piekarnia była miejscem spotkań – bardziej towarzyskim, niż niejeden magiel czy bar.

Szkoły i urząd gminy
W 1915 roku w Borowiczkach działały dwie szkoły: fabryczna i gminna. Pani Kozowa, dyrektorka gminnej, połączyła je i stworzyła nową placówkę. Później to w tym miejscu mieścił się urząd gminy Borowiczki. Po przyłączeniu Borowiczek do Płocka, urząd zlikwidowano, a budynek przekazano na warsztaty terapii zajęciowej, które mieszczą się tam do dzisiaj.

W 1947 roku powołano komitet budowy nowej szkoły, która powstała już w 1951 roku. Kierownikiem szkoły był wówczas Longin Ners.
– Pierwotnie budynek miał być dwupiętrowy, ale chyba ze względów oszczędnościowych powstała jednopiętrowa szkoła, siedmioklasowa. A ja uczęszczałem do tej zacnej uczelni w latach 1956-63 – mówi Paweł Kostrzewski dodając, że za tym budynkiem mieściła się ubojnia, a w jednym ze szkolnych pomieszczeń 2-3 razy w tygodniu były sprzedawane wędliny prosto od masarza.
Rok 1951 był rokiem szczególnym nie tylko dla mieszkańców Borowiczek – to wówczas ogłoszono zakończenie walki z analfabetyzmem.

Powrót do domu
Spacer po Borowiczkach to nie tylko wędrówka po mapie, ale i po sercach mieszkańców. To opowieść o miejscu, które było kiedyś samowystarczalne, pełne życia i wspólnoty.
Jednak, choć wiele miejsc zniknęło już z mapy Borowiczek, w sercach mieszkańców wciąż żyją ich historie. Przeszłość tu nie przemija. Pozostaje obecna w każdej cegle, drzewie i wspomnieniu. To nie tylko osiedle – to prawdziwy dom wypełniony historią o czasach świetności i nadzieją, że jeszcze te czasy powrócą…
































![Niezbędna pomoc – dostępna w teatrze [RECENZJA]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2026/01/fot._Waldemar_Lawendowski_9237-360x180.jpg)







![Fakty na tapecie – Młodzież w mediach! [FILM, FOTO]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/12/FaktyNaTapecie-68-360x180.jpg)
























![Szymon Stachowiak: „Mamy patologię na rynku mieszkaniowym” [PODCAST]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/11/szymon_stachowiak-360x180.jpg)
![Marek Tucholski: Płock wyludnia się najszybciej! [PODCAST]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/11/marek_tucholski-360x180.jpg)


![Tomasz Kominek o maratonie, samorządzie i codziennej walce z hejtem [PODCAST]](https://petronews.pl/wp-content/uploads/2025/11/tk-360x180.jpg)



