REKLAMA

Okiem Robaka: Kultura na wakacyjnym szlaku

REKLAMA

Jak zawsze moje wakacyjne podróże nie byłyby do końca satysfakcjonujące, gdybym nie zajrzał do którejś z galerii za przysłowiową miedzą. Tym razem drogi zaprowadziły mnie wprost do Muzeum Narodowego we Wrocławiu.

Czasem, przekraczając próg tak nobliwej instytucji doznajemy wrażenia, a zarazem obawy, że utkniemy w jakimś zestawie staroci z historią i nie spotka nas nic ciekawego, a tym bardziej inspirującego, lecz czy tak było również w tym przypadku?

Swoją relację rozpocznę od wystawy czasowej „Dwa ołtarze”, która zawiera w sobie pasjonującą historię o odkrywaniu i przywracaniu blasku zapomnianym skarbom. Do II wojny światowej w prezbiterium katedry wrocławskiej znajdował się słynny, srebrny ołtarz pw. św. Jana Chrzciciela wykonany w stylu manierystycznym, który został ufundowany w 1591 roku przez tutejszego biskupa Andeasa Jerina. Tuż przed oblężeniem Wrocławia w 1945 roku dzieło zostało częściowo zdemontowane w obawie przed bombardowaniami, co jednakże nie ustrzegło tego zabytku przed uszkodzeniem i grabieżą jego licznych elementów. Od tego czasu zdekompletowany ołtarz nie powrócił już na swe pierwotne miejsce.

Fot. Waldemar Robak

Dopiero niedawno, przy organizacji przez Muzeum Narodowe innej wystawy, po analizie zachowanej dokumentacji okazało się, że w skarbcu katedry znajduje się około 80% elementów srebrnego ołtarza. Zespół wrocławskich konserwatorów podjął się trudnego wyzwania i przystąpił do jego rekonstrukcji.

Rozpoczęła się żmudna, iście benedyktyńska praca; należało zdobyć odpowiednio wysezonowane, dębowe drewno na skrzynię główną, a także aksamit stanowiący tło, utkany na wąskim krośnie w ten sam sposób, jak przed wiekami; w pracowniach konserwatorskich pieczołowicie zrekonstruowano również około trzystu srebrnych, brakujących detali. Wielomiesięczne wysiłki konserwatorów nie poszły na marne, dziś możemy podziwiać drogocenne, misterne dzieło XVI – wiecznych, wrocławskich mistrzów w całej jego okazałości.

Lecz gdzie podział się ten drugi ołtarz? Na szczęście nie trzeba go długo szukać, bowiem znajduje się on na tej samej wystawie; stanowią go zabytki sztuki złotniczej z okresów baroku i rokoka, wykonane dużo później dla katedry wrocławskiej przez złotników w Augsburgu; zachwyca misterne, srebrne tabernakulum i antepedium, czyli przesłona dolnej, przedniej części ołtarza, a także komplety figur ołtarzowych i świeczników. Obydwa ołtarze funkcjonowały równocześnie, a ich elementy stanowiły dla siebie swoiste dopełnienie. Teraz znów emanują swym blaskiem i są pięknym świadectwem naszej historycznej spuścizny.

Fot. Waldemar Robak

„W pogoni za kolorem. Szkła Jerzego Słuczan-Orkusza” to kolejna wystawa czasowa, która przyciągnęła moją uwagę spośród wielu propozycji wrocławskiego muzeum, ponieważ nieco żartobliwie rzecz ujmując, dotyczy dziedziny, w której my płocczanie możemy czuć się niejako ekspertami, posiadając wybitną kolekcję szkła secesyjnego.

Tu jednakże nasza wiedza się najczęściej kończy, tymczasem pierwsze zabytki szklarskie na ziemiach polskich pochodzą z X i XI wieku. Śmiało można powiedzieć, że przez stulecia była to nasza rodzima specjalność. Nieuprawniony jest również powszechny pogląd, że w okresie PRL-u nasze huty szkła stały jedynie „żarówką i musztardówką”. Dzięki rozwoju wzornictwa przemysłowego w oparciu o uczelnie artystyczne przez dziesiątki lat szklarstwo stało się znowu polską specjalnością.

Niezwykle prężnie działała Katedra Szkła przy wrocławskiej ASP z profesorem Stanisławem Dawskim na czele. To on wykształcił nowych, niezwykle twórczych projektantów: Barbarę Urbańską-Miszczak, Henryka Wilkowskiego, czy Zbigniewa Horbowego. Szkła użytkowe Horbowego były za każdym razem sprzedażowym hitem, projektant swymi zaskakującymi projektami szybko zyskał uznanie na całym świecie. Do legendy przeszła już kolekcja „Antico”, w której projektant w celu spowodowania wżerów w szkle użył chyba jedynego, dostępnego wtedy w sprzedaży proszku do prania „IXI”!

Fot. Waldemar Robak

Do grona wybitnych designerów szkła należy również pierwszy absolwent wrocławskiej uczelni – Jerzy Słuczan-Orkusz. Projektant współpracując z hutami szkła i ośrodkami badawczymi był autorem wielu inicjatyw, które wywarły znaczący wpływ na rozwój polskiego wzornictwa XX wieku.

Jego wymyślne amforki, wazoniki, kielichy i butelki przez wiele dziesięcioleci gościły na półkach i na stołach polskich domów. W projektach Słuczana-Orkusza niewątpliwie istotna jest maksymalna prostota i powrót do idealnych proporcji pierwotnej formy; oszczędne zdobienia w postaci spirali, kokardek, uszek nie mogą jej zakłócać. Jednakże dominantę stanowi tu opalizujący lub też intensywny kolor zatopiony w przezroczystej, szklanej materii.

Barwne kształty naczyń przyciągają naszą uwagę, kuszą jakąś archetypiczną tajemnicą, dlatego też należy zawsze liczyć się z pewną użytkową trudnością, bowiem postawienie każdego szkła, które wyszło spod ręki tego projektanta jest zadaniem wymagającym jego odpowiedniej, nieprzypadkowej aranżacji w przestrzeni.



Fot. Waldemar Robak

Jako wisienkę na torcie mojej relacji pozostawiłem ekspozycję stałą, która w przedziwny sposób jednoczy współczesność z historią. Najczęściej mamy do czynienia z wystawami, które są skomponowane w porządku chronologicznym, tymczasem wystawa „Cudo–Twórcy” odchodzi od tej nazbyt często nadużywanej formuły i poszukuje klucza do rozwikłania zagadki, jakimi drogami podąża ludzka wyobraźnia.

W nasze DNA wpisała się tendencja do ulepszania świata wokół nas, do jego funkcjonalizacji. Wciąż coś usprawniamy, modyfikujemy, czynimy bardziej komfortowym i piękniejszym; nasze wynalazki i osiągnięcia nazywamy zdobyczami cywilizacji.

Czy uderzając kamieniem o kamień można w rezultacie stworzyć cybernetyczny organizm? Czy przy symfonii Bacha uda się wynaleźć nowatorską, mechaniczną przekładnię lub też lek na nieuleczalną chorobę? Czy lokomotywa jest prawnuczką żelazka z duszą? Dobrze wiemy, że ludzki umysł mogą pobudzić pozornie zupełnie nie związane z daną dziedziną aktywności bodźce.

Fot. Waldemar Robak

Nasze myśli krążą wielokierunkowo; z jednej strony staramy się udoskonalić narzędzia, wprowadzając różne modyfikacje, rozwijając technologię ich produkcji, zwiększając ich efektywność, z drugiej strony staramy się również aby oprócz swej funkcjonalności cieszyły oko, odpowiadały naszym wymaganiom estetycznym. A kiedy wytwór naszej wyobraźni zupełnie zatraci swą funkcję użytkową i przybierze postać przedmiotu stricte artystycznego, znów może stać się źródłem ludzkiej inspiracji.

Na wystawie zgromadzono kilkaset niezwykle interesujących eksponatów. Jej pierwsza część poświęcona jest sztuce Dalekiego Wschodu. Przepięknie wycyzelowane rzeźby bóstw, szkatuły i inne wyroby z laki, naczynia, przybory do kaligrafii, kunsztowne ubiory, czyli to wszystko, czym Europejczycy zachwycali się od stuleci.
Druga część ekspozycji przenosi nas na Stary Kontynent.

Znajdziemy tu wiele interesujących przedmiotów codziennego użytku, ukazujących naszą cywilizację w kontekście nieustannego postępu. Obok przedpotopowej, ręcznej maglownicy stoi pralka z wirówką, średniowieczna zbroja znalazła współczesne zastosowanie w postaci kamizelki kuloodpornej, a nieporęczny, choć piękny gramofon na płytę z czasem przeobraził się w kieszonkowego walkmena.

Fot. Waldemar Robak

Kiedy jednakże w wytworach stworzonych przez naszą wyobraźnię celowo zakłócamy równowagę pomiędzy warstwą funkcjonalną i estetyczną na korzyść tej ostatniej, to mamy wtedy do czynienia z przedmiotami artystycznymi. Doskonale to pokazuje trzecia część wystawy prezentując to, z czego Dolny Śląsk słynie – ceramikę i szkło artystyczne.

Znajdziemy tu perełki polskiego wzornictwa użytkowego, w tym prace wybitnych ceramików: Julii Kotarbińskiej i Rufina Kominka, a także wrocławianek Krystyny Cybińskiej, Ireny Lipskiej-Zworskiej, Anny Malickiej-Zamorskiej oraz Bożeny Sacharczuk. Nie mogło również zabraknąć szkła artystycznego wspomnianego już Zbigniewa Horbowego, a także Stefana Sadowskiego, Józefa Podlaska, szkła prasowanego Eryki i Jana Drostów i szkła kryształowego Aleksandra i Reginy Puchałów.

Fot. Waldemar Robak

Podsumowując, wystawa „Cudo-Twórcy” zawiera w sobie w istocie rzeczy pozytywny obraz człowieka i przemian, które wprowadza do swego otoczenia, nie podejmuje zatem rozważań, czy postęp cywilizacji wciąż jest rozwojem, czy też zawiera już w sobie element nieuchronnej destrukcji. W każdym razie przygotowana dla nas kolekcja doskonale pobudza nas do pogłębionej refleksji nad ludzką egzystencją, a to w naszym, „fleszowym” świecie, kiedy możemy się na chwilę zatrzymać i zastanowić, znaczy już bardzo wiele.

Tu kończę moją wrocławską przechadzkę z kulturą, choć nadodrzańskie Muzeum Narodowe dysponuje bogatą ofertą wystawienniczą, tak zatem każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie. Tym niemniej po raz kolejny okazuje się, że czynnikiem decydującym o atrakcyjności wydarzeń kulturalnych są nie zgromadzone eksponaty, lecz ludzie posiadający pomysł i umiejętność zaprezentowania kolekcji w nowej, inspirującej odsłonie, bo przecież nawet najpiękniejszy brylant nie zalśni swym naturalnym blaskiem, jeżeli go umieścimy w tandetnej, plastikowej oprawie….

Zostań Patronem PetroNews.pl - Wspieraj swoje lokalne media KLIKNIJ!

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Reklama

Najchętniej dzisiaj czytane

Reklama


REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU