„Wróg ludu”, czyli stańmy przed lustrami

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Płocki teatr wreszcie „zabrał głos” w ważnej sprawie. Pojechał „grubo”, bo na warsztat wziął małomiasteczkową (aczkolwiek będącą metaforą nas wszystkich, niezależnie od miejsca zamieszkania) społeczność. Można się w nim przejrzeć jak w zwierciadle i zobaczyć zarówno Płock, Polskę, jak i cały świat. A przede wszystkim nas samych. Jeśli ktoś szuka w teatrze czegoś więcej, niż taniej rozrywki i chce choć po części zrozumieć czasy w których żyjemy, obecność obowiązkowa.

Teatr Dramatyczny w Płocku (trochę wbrew swojej nazwie) przyzwyczaił nas raczej do repertuaru lekkiego, często wręcz schlebiającego gustom publiczności. Wystawiane farsy często nie były złe, tym niemniej jednak rzadko kiedy dawały widzom coś więcej, niż chwilę rozrywki. Kiedy zaś pojawiał się poważniejszy spektakl, niezbyt często pojawiały się w nim wyraźne i trafiające w sedno odniesienia do współczesności. Pewnym przełomem był pod tym względem niedawno wystawiony „Nosorożec”. „Wróg ludu” idzie jednak o wiele dalej.

Sztuka norweskiego dramaturga Henryka Ibsena powstała w XIX wieku. Aż dziw bierze, że jest do tej pory tak niezwykle aktualna. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że teraz nawet bardziej, niż kiedyś.

Rzecz jest o tym, że oto nagle w małym miasteczku uzdrowiskowym, miejscowy doktor odkrywa, że wody nie tylko nie są uzdrowiskowe, ale wręcz zatruwane przez miejscową fabrykę. Gdy jednak postanawia ten fakt upublicznić, okazuje się, że… nikomu to nie jest na rękę (zwłaszcza miejscowym władzom i tzw. elitom), a doktor staje się tytułowym wrogiem ludu. Spróbujmy teraz zamienić uzdrowiskowe miasteczko na przemysłowy Płock (wraz z problemem zanieczyszczeń powietrza), a potem na Polskę, targaną ostrym politycznym konfliktem. Brzmi znajomo? To jeszcze odpowiedzmy sobie na pytanie, po której stronie byśmy stanęli?

Drugi akt to już właściwie sąd ludowy, który rozgrywa się nie tyle na oczach, co przy współudziale widowni. Manipulacje władzy, intrygi współmieszkańców i znajomych, hipokryzja tłumu. Znamy to?

Andrzej Walden reżyserią „Wrogą ludu” powraca po 15 latach do płockiego teatru, gdzie swego czasu pracował jako aktor. Jak sam przyznaje, zależało mu na zachowaniu wierności wobec tekstu Ibsena. Dokonał genialnego skrótu i dzięki umiejętnemu postawieniu akcentów, udało mu się przy tym świetnie oddać naturę współczesnego świata i człowieka. Okazało się, że nie potrzeba „łopatologii” i dosłowności, aby widz odnalazł wyraźne nawiązania do współczesności. Nie jest to jednak na pewno teatr polityczny lub nad wyraz społecznie zaangażowany. Jest to po prostu teatr prawdziwy. W kontekście do aktualnych odniesień, mówi przede wszystkim o człowieku i jego odwiecznej naturze.

Skromna scenografia została dobrana idealnie, zmuszając widza do skupienia się na tekście i na aktorach. I w tym sensie ten powrót do korzeni teatru sprawdził się znakomicie. Gra równo cały zespół płockiego teatru, bo chyba od zawsze w tym, a nie w wybitnych indywidualnościach, jest jego siła. Nikt nie szarżuje, nie próbuje innym „ukraść show”. Szymon Cempura dalej udowadnia, że z roli na rolę można się rozwijać, Henryk Błażejczyk pokazuje, że nawet małym epizodem można w sztuce zaistnieć przez duże Z. Muzyka także idealnie wkomponowuje się w rytm i nastrój spektaklu.

Jedna z największych postaci polskiego teatru – Zygmunt Huebner, stworzył kiedyś pojęcie teatru, który „się wtrąca”. Płocki teatr, po latach pewnej ostrożności i „politycznej poprawności”, wreszcie zabrał głos i odważnie skomentował rzeczywistość. Brawo! Więcej takich spektakli. Teraz pozostaje tylko wyzwanie dla działu promocji, aby jak najwięcej osób to przedstawienie zobaczyło. Zarówno starszych, jak i młodszych (jestem przekonany, że dla nastolatków może to być większe przeżycie i okazja do ciekawej dyskusji, niż niejedna klasyka z kanonu lektur obowiązkowych).

Obejrzyjcie „Wroga ludu” i zastanówcie się: po czyjej stronie byście stanęli? I nie od razu uwierzcie w odpowiedź, której początkowo udzielicie.

Na koniec proszę mi wybaczyć pewną osobistą refleksję. Na dotychczasowych premierach w płockim teatrze tłumnie zjawiali się politycy. Dostawali zawsze swoje pięć minut i gościli na scenie, wygłaszając mniej (częściej) lub bardziej (rzadziej) udane mowy. Zawsze mnie to dziwiło. Rozumiem, że scena polityczna jest dla polityków zbyt mała i próbują zaistnieć także na scenie teatralnej, ale jako widz czasem czułem w takim momencie lekkie zażenowanie. Płacąc za bilet, nie za bardzo miałem ochotę słuchać polityków. Tym razem jednak naszych włodarzy zabrakło. Być może czuli co się święci i woleli nie ryzykować spojrzenia w lustro?

Jakub Moryc
autor jest członkiem Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru

Podziel się:

1 komentarz

  1. do Pana Moryca – politycy sami na scenę nie pchają- jest taki obyczaj od lat
    smutne ,że wszędzie próbujemy doszukiwać się podtekstów – jakaś mania prześladowcza?
    trochę luzu Panie M. zawsze można wybrać się na spektakl po premierze – będzie spokój i nie będzie polityków

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji