REKLAMA

Z pożółkłych szpalt Korrespondenta Płockiego: Zabójcze muchy, pioruny, topielcy i złodzieje futer!

REKLAMA

Dawno już nie zaglądaliśmy na stare karty naszej dziewiętnastowiecznej gazety; najwyższa już zatem pora, aby owe wakacyjne zaległości czym prędzej nadrobić.

Oczywiście w Płocku 140 lat temu działo się niemało, znów możemy zatem liczyć na ekscytującą podróż w czasie. Uchylając nieco rąbka tajemnicy mogę jedynie powiedzieć, że tym razem dowiemy się, gdzie budowano w mieście kanał podziemny, do czego może służyć poczciwa szkapa, poznamy dramat pewnej panny, którą zaatakował krwiożerczy owad, przeczytamy także dokąd zmierzali wędrowni cyganie…

Przeglądając „starożytne” doniesienia Korrespondenta Płockiego niejednokrotnie można odnieść wrażenie, iż nasilenie wszelkiego rodzaju spustoszeń i hekatomb, dotykających miasto i najbliższą okolicę wcale nie było mniejsze, niż w czasach nam współczesnych. Gazeta kipiała wręcz od sensacyjnych informacji, doprowadzając spokojnych płocczan, spożywających tradycyjną, popołudniową kawę to stanów skrajnej ekscytacji.

– Słyszałeś Pan? – pytał jeden jegomość drugiego. – Wczoraj w nocy znów był w mieście wielki pożar! Tak też było w istocie. Kiedy lato chyliło się ku swemu końcowi, groźne wydarzenia co rusz nawiedzały spokojny gród nad Wisłą:

„Wczoraj około godziny piątej po południu wybuchł pożar w domu Pawłowskiego przy rogu ulic Dominikańskiej i Kolegialnej. Zanim trąba pożarna złowrogim głosem ostrzegła mieszkańców z wieży ratuszowej o grożącem miastu niebezpieczeństwie, budynek będący przedłużeniem oficyn mieszczących w sobie drwalnie, składy różne, stajnie spółki omnibusowej, zapasy paszy, stał już w płomieniach. Dzięki dzielności straży naszej oficyna mieszkalna, pomimo największego zagrożenia, uratowaną została. Zanim jeszcze ugaszono pożar, którego przyczyny upatrywano w umyślnem podpaleniu, policya na podstawie pewnych poszlak, aresztowała byłego służącego właściciela domu. Przy wstępnym protokole ten młody człowiek, liczący lat 20, do winy się przyznał. Powodem miała być zemsta za odmowę wydania dokumentu paszportowego i nędza do tego stopnia, że po kilka dni nie jadał. Podpalacz tłumaczy się dziś spokojnie, że wolał być więziony za podpalenie niż za kradzież, a innej drogi wyżywienia się nie widział. Bez paszportu nie mógł pójść na wieś w Sierpskie, skąd pochodził. Szczególne pomieszanie pojęć o stopniu winy!”

W przytoczonym zdarzeniu pierwszorzędną rolę odegrał tzw. czynnik ludzki sprowadzając z premedytacją na całą dzielnicę powszechne zagrożenie, ale już kilka dni później było o krok od jeszcze większej, ogólnej hekatomby, która zamieniłaby w perzynę większą część miasta. Tym razem jednak powodem zagrożenia była zwykła, ludzka nieostrożność:

„Wczoraj około godziny szóstej po południu w jednym z domów przy ulicy Grodzkiej, stał się wypadek, który mógł mieć straszne następstwa dla całej, przyległej okolicy miasta. W składzie materyałów aptecznych Kempnera, a właściwie w jego piwnicy, prawdopodobnie przez nieostrożność, zapaliła się benzyna. W piwnicy tej znajduje się dość dużo materyi lotnych i palnych, a tem samem łatwo eksplodujących. Eksplozya, a stąd straszne jej następstwa: wysadzenie domu, wstrząśnienie murów sąsiednich i ogólny pożar byłyby niewątpliwie nastąpiły, gdyby nie dzielność i nadzwyczajna czujność straży ogniowej, która w chwilę jedną po ukazaniu się dymu z okien piwnicy nadbiegła i użyciem ziemi groźny w zarodzie pożar zatamowała. Naczynia z różnemi palnymi płynami pękały i rozlewały się, szerząc płomień i wydając wyziewy duszące. Pomimo jednak całego niebezpieczeństwa spalenia lub uduszenia się, ludzie prawdziwego poświęcenia nie ulękli się i weszli do piwnic. Szczególniej się tu odznaczyli pan Fijałkowski, majster kominiarski i pan Błoński, czeladnik ślusarski. Obydwaj dzielnie się sprawiali, wspomagani przez swych towarzyszy.”

Całe szczęście, że w tym czasie w Płocku istniała prężnie działająca straż ogniowa, która z poświęceniem stawiała czoła szalejącemu żywiołowi, jednakże już kilka dni później znowu z przerażenia zadrżało niejedno serce, kiedy to rozległy, nadwiślański horyzont zasnuł się szybko nadciągającymi, czarnymi chmurami, wieszczącymi perspektywę kolejnego kataklizmu. Wkrótce na Bogu ducha winnych ludzi posypały się gromy z dopiero co spokojnego nieba:

„Zabici od piorunów ludzie, spalone budynki, spustoszone łany przez gradobicie – oto wieści z ostatnich dni o trzech burzach, które przeszły kolejno w naszej okolicy. Podobno w Sierpcu grad wielkości gołębich jaj wybił około tysiąca szyb i zniszczył zasiewy w sąsiednich wsiach – Bledzewie, Zglenicach, Mieszku i Studzieńcu.”

„Z okolic Bielska donoszą nam, że we wsi Łęga w przeszły czwartek, w czasie burzy, człowiek prowadzący parę koni z pola, przystanąwszy schował się pod nimi, chroniąc się w ten sposób od deszczu. Zaledwie skrył się pod tym żywym parasolem – grom uderzył w konie i powalił je martwe, dziwnym zrządzeniem losu nie uszkodziwszy człowieka. Sądzicie zapewne, że cudownie ocalony złożył ręce do Opatrzności? Gdzie tam! Człowiek ten, miast dziękować, począł głośno wyrzekać na niebo, że go pozbawiło koni. Podobnych przykładów materyalizmu i niewdzięczności wiele przykładów znajdujemy u ludu.”

W tym samym czasie, kiedy spektakularnie otwierały się niebiosa, zupełnie inna sytuacja zapanowała poniżej Tumskiej Góry; oto naszej wielkiej rzece po prostu nie chciało się płynąć:

„Smutny widok przedstawia Wisła – upadku, zamierania, niknięcia. Śród łach piaszczystych sączą się strumieniami ślady wielkiej rzeki. Życie na powierzchni wody zmniejsza się codziennie; żegluga parowa, a nawet żaglowa na skutek mielizn niedługo ustanie. Przystęp statków do brzegu płockiego już jest tak trudny, że gdy woda jeszcze na kilka cali opadnie, Płock przestanie być portem leżącym nad rzeką spławną. Ścieśnienie i ustalenie brzegów Wisły na całej jej w naszym kraju długości jest dziełem tak kolosalnem, tyle pieniędzy wymagającem, że marzenia w tym względzie długo jeszcze do niedościgłych zaliczać by trzeba. Gdyby jednak podjąć budowę kilku tam powyżej Płocka dla zwrócenia prądu rzeki pod jej brzeg prawy, miasto nasze na nowo odzyskałoby znaczenie pierwszorzędnego portu nadwiślańskiego, które już dziś utraciło. Szczególna też w życiu i obyczajach Wisły od kilkunastu lat zaszła zmiana. (…) Co się dzieje ze śniegami w Karpatach? Czy mniej ich teraz spada? Czy tając wszystkie we mgły się przemieniają? Sądzimy, że średnia ilość śniegów niewielkiej uległa zmianie, a tajenie w ten sam sposób się odbywa, może tylko w innej porze. Wycięcie lasów, które tyle już złego przez zbytnie osuszenie klimatowi naszemu zrządziło, tych zmian stało się powodem. Dawniej lasy do większej wysokości Karpat były tamą dla spadających lawin i zatrzymywały śniegi w strefie, w której pierwsze ciepła dopiero w połowie czerwca się rozpoczynają. Wtedy tajanie wielkich mas śniegowych, niemal w całości przechowanych do lipca, powodowało wezbranie potoków wypełniających Wisłę aż po jej brzegi. Dziś w dolinach wiosna szybko się zaczyna, potoki działają gwałtownie i cały olbrzymi zapas śniegowy taja już w kwietniu, stając się wtedy przyczyną niezwykłego przyboru wody.”

Rozważania te przytoczyłem nie bez kozery; otóż okazuje się, że już nasi antenaci miewali ustawicznie problemy z niskim poziomem wód w rzece, dopatrując się powodów tego stanu rzeczy w rabunkowym postępowaniu wobec środowiska naturalnego. Dziś, jak wiemy, mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem, polegającym na zbyt szybkim odprowadzaniu wód gruntowych i opadowych do rzek na skutek panoszącej się wszędzie „betonozy”, bezmyślnej melioracji nieużytków, mokradeł i rozlewisk, będących naturalnymi rezerwuarami wody, ale jak widzimy, diagnoza dotycząca umierania rzeki nie zmieniła się od 140 lat!

Jednakże Wisła przyciągała uwagę mieszkańców jeszcze z innego powodu, bowiem doszło tu w ciągu zaledwie kilku dni, do dramatycznych w skutkach wydarzeń:

„Pomimo ciągłego czuwania policyi, aby nie kąpano się poza obrębem miejsc na ten cel wytkniętych, zdarza się, że szczególnie młodzież kąpie się przy dowolnie wybranym brzegu. My sami niejednokrotnie zwracaliśmy uwagę na smutne następstwa tego zamiłowania do swobodnej kąpieli. Wczoraj jednako trzech chłopców kąpało się w Wiśle wprost Fary, w miejscu obfitym w głębokie i zdradliwe tonie. Rybak przepływający łodzią na próżno ostrzegał o niebezpieczeństwie. Kąpiący ledwie na głębszą dostali się wodę, tracić grunt poczęli i pomimo wysileń, czepiając się jeden drugiego, wszyscy trzej utonęli. W kieszeniach ubrań każdego z chłopców znaleziono „dziesiątki”, które rodzice im dali na kąpiel w łazience; duch oszczędności jednak przemógł i dla zachowania tych pieniędzy chcieli bezpłatnie się wykąpać.”



„Nurty Wisły nową pochłonęły ofiarę. W sobotę woźnica Kazimierz Kaliński, chcąc się ochłodzić, zostawił na brzegu Wisły wóz i konie, a sam poszedł się kąpać w to samo miejsce, w którem przed kilkoma dniami utonęło 3 chłopców. Kaliński zaledwie oddalił się od brzegu, grunt pod nogami stracił i utonął. Ciało jego wkrótce wydobyto, lecz pomimo udzielonego ratunku, życia nie zdołano przywrócić. Wobec tak częstych przypadków utonięcia z polecenia władzy ustanowiona została ratunkowa straż, którą pełni od wczoraj jeden z rybaków, odznaczający się umiejętnością niesienia pomocy tonącym.”

O mały włos nie doszło także do poważnej katastrofy budowlanej, a mianowicie zniszczenia drewnianego mostu, unoszącego się na powierzchni wody na tzw. łyżwach, który w określonych porach dnia był rozpinany, by umożliwić ruch żeglugi wiślanej:

„ W sobotę parę tratew, oderwawszy się z kotwic, wpadło na most na Wiśle, który też natychmiast otworzono, przez co uniknięto uszkodzeń, o jakie nie trudno tym razem było.”

Na szczęście nie tylko tragedie zaprzątały uwagę mieszkańców. W tym czasie kończono również kluczowe inwestycje miejskie, które zdecydowanie miały podnieść standard życia płocczan, a nawet umilić im życie:

„Kanał podziemny z całkowitych rur cementowych, rozpoczęty w roku zeszłym, od odwachu przez Mostową ulicę i dalej pod Górą Tumską wprost do Wisły, ukończonym już został. Stanowi on część projektu kanalizacyi Płocka. Obecnie kanałem tym zamknięte zostały szkodliwe wyziewy z nieczystości spływających poprzednio przez odkryte rynsztoki ulicą Mostową, które szczególniej wdychali wjeżdżający do miasta od strony Wisły. Obecnie przygotowany jest projekt położenia podobnych, tylko mniejszej średnicy, rur cementowych od ulicy Gimnazjalnej i dalej obok skweru, równolegle z frontem nowego gmachu sądowego, do kanału już pod ulicą Mostową istniejącego. Będzie to pożądane ulepszenie i wpłynie na oczyszczenie jakości powietrza w tej części miasta szczególnie uczęszczanej.”

„W alejach Placu wkrótce latarnie dotychczasowego kształtu i systemu zastąpione mają być latarniami nowemi z reflektorami, powiększającymi znacznie siłę światła. Ta zmiana bardzo pożądana, która spacery wieczorne, tak miłe w lecie, w cienistych szpalerach Placu uczyni jeszcze przyjemniejszemi i bezpieczniejszemi. Może być źle widzianą jedynie przez… nocne ptactwo.”

Kiedy w Płocku powstał pierwszy wodociąg? Nie łatwo jest odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Ze źródeł historycznych wynika, że pierwsze wysiłki instalacji takiego udogodnienia podjęto już w XVI wieku. Co interesujące, woda miała być czerpana z Brzeźnicy i transportowana do miasta ołowianymi rurami. Na pewno rozpoczęto budowę wodociągu, jednakże prace szybko utknęły w miejscu i dziś nie wiadomo, czy płocczanie mieli okazję skorzystać z tej infrastrukturalnej nowinki. Do zaniechanego projektu, jak dowiadujemy się z Korrespondenta, powrócono dopiero w 1880 roku. Czy jego realizacja zakończyła się pełnym sukcesem?:

„Próba wodociągu budującego się poniżej ulicy Dobrzyńskiej odbyła się w tych dniach. Maszyna parowa próby tej nie wytrzymała, skutkiem czego znacznym uległa uszkodzeniom. Technik jednak budujący ten wodociąg nie traci nadziei, że złe wkrótce zostanie naprawione, a wodociąg niebawem działać poprawnie zacznie.”

Spektakularnym fiaskiem zakończyła się również próba kilku „przedsiębiorczych” mieszkańców, którzy postanowili się w jak najkrótszym czasie porządnie się wzbogacić:

„Kradzież futer i ubrania na dość znaczną summę spełnioną została w nocy w domu pana N. przy Placu spacerowym położonym. Prawdopodobnie złodziej zakradł się w ciągu dnia do mieszkania, a następnie drzwi od środka otworzywszy, wyniósł przy pomocy spólników spory pakunek swego łupu, w którym między innymi sześć futer się znajdowało. Kradzież została zauważona dopiero nazajutrz po południu, pomimo to jednak policya odnalazła do tej chwili już dwa futra; jedno w zaroślach na stokach góry Tumskiej, drugie w podwórzu jednego z domów przy ulicy Szerokiej. Trzeba mieć nadzieję, że dzięki energicznym działaniom policyi kradzież ta w zupełności wykrytą zostanie.”

Złodziej dość ostentacyjnie porozrzucał swój łup po całym mieście. Czyżby już wtedy przewidział ustawę „futerkową”? Dziś pewnie już się nie dowiemy, czy był tylko zwykłym przestępcą, czy też proekologicznym aktywistą, tymczasem dość egzotyczny obrazek czekał w tych dniach na płocczan przechadzających się Wielkimi Alejami (dziś Alejami Jan Kilińskiego); pewnie niejeden z nich, ciekawie podglądając życie taboru, zastanawiał się, czy przypadkiem nie stał się Sandorem – głównym bohaterem z „Barona cygańskiego”:

„Na placu musztry za rogatkami płońskiemi rozłożył się obóz cygański, niezwykle wielki. Składa go kilkanaście rodzin z nieprzeliczoną ilością dzieci. Każda rodzina posiada namiot i wóz kryty. Drużyna ta przepędza dnie i noce przy ogniskach, gwarząc krzykliwie, swarząc się i śmiejąc. Dzieci są plagą dla przechodniów z powodu swej natarczywości w prośbie o jałmużnę. Owa grupa cyganów dąży z Podola galicyjskiego Bukowiny i Multan na Litwę. Jadą oni pojedynczo drogami różnemi, w Płocku zebrali się zaś wszyscy na obchód wesela pary młodej, która z powodu koligacyj rodowych zajmuje szczególne miejsce wśród tej rzeszy.”

Na sam koniec pozostawiłem wstrząsającą opowieść, mrożącą krew w żyłach do szpiku kości, przedstawiającą koszmar, jaki przeżyła pewna, młoda płocczanka. Gdyby Alfred Hitchcock czytywał naszego Korrespondenta, z pewnością nie nakręciłby „Ptaków”, tylko „Atak krwiożerczych much”:

„Od dawna wiadomym jest, że ukąszenie przez zwykłe owady nieszkodliwe, staje się nieraz niebezpiecznem; przed 3 tygodniami zdarzył się z panną L. bawiącą w okolicach Płocka wypadek, który potwierdził przekonanie, że owady mogą być przenośnikami najrozmaitszych chorób zakaźnych. Otóż panna L. uległa ukąszeniu przez muchę w prawą rękę, po czym nastąpiło znaczne obrzmienie, trwające jednak tylko parę godzin. W kilka dni później podobnaż mucha końska ukąsiła ją w prawą rękę przy osadzie dużego palca, poczem nastąpiło natychmiast przykre palenie i coraz dalej rozszerzające się obrzmienie. Dnia następnego skonstatowano stan gorączkowy, łamanie w stawach i w kręgosłupie, przy bezsilności kończyn i zawrotach głowy. Stan taki przetrwał aż do 4 dnia, poczem przypadłości chorobowe ustąpiły. Wypadek, o którym powyżej wskazuje, jak przykre następstwa może pociągnąć za sobą zaniedbanie zasad i przepisów hygieny publicznej, nakazującej wszelkie zwierzęta, które padły, starannie grzebać pod ziemią.”

Czas już zamknąć opasły rocznik „Korrespondenta Płockiego”, ale powrócimy niebawem do tych nadwątlonych zębem czasu kart. Gdyby jednak ktoś wciąż jeszcze odczuwał niedosyt, to może na własną rękę eksplorować nasze zakamarki dziejów miasta zaglądając na stronę Płockiej Biblioteki Cyfrowej.

Zostań Patronem PetroNews.pl - Wspieraj swoje lokalne media KLIKNIJ!

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Reklama

Najchętniej dzisiaj czytane

Reklama


REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU