REKLAMA

„Widok z mostu” – Obcy wśród swoich [RECENZJA]

REKLAMA

Płocki teatr ruszył wreszcie pełną parą. Po kameralnej premierze „Gdyby można było …” wystawił na dużej scenie „Widok z mostu” Arthura Millera w reżyserii Janusza Kijowskiego. Z całym szacunkiem dla innych, zacnych „warszawskich” nazwisk – dawno nie gościliśmy w Płocku twórcy takiego kalibru.

Janusz Kijowski w 1978 roku nakręcił głośny „Indeks”, który trzy lata przeleżał na półce. Film o wchodzeniu w poważną dorosłość w czasach PRL dał początek określeniu kino moralnego niepokoju, które na długo stało się znakiem rozpoznawczym polskiej kinematografii – tak w kraju jak i na świecie. Potem Kijowski nakręcił jeszcze między innymi „Kung-fu” czy „Stan strachu”, ale stopniowo też oddawał się teatrowi czy działalności dydaktycznej.

Po płockiej premierze „Widoku z mostu” widać jednak, że moralny niepokój wciąż go nie opuszcza.
Arthur Miller nazywany był, na wzór wielkiego Henrika Ibsena – sumieniem Ameryki. W swoich licznych dramatach – jak chociażby „Śmierci komiwojażera” – często brutalnie rozprawia się z tzw. amerykańskim snem. W „Widoku z mostu” bierze na warsztat środowisko włoskich imigrantów. Tych już zakorzenionych i tych „nowych”. Motyw Innego, Obcego obecny jest w teatrze i literaturze od zawsze. Podobnie jak zawiść, zazdrość czy zła miłość.

Innym i Obcym można też być wśród swoich – nawet w przypadku takich przywiązanych do rodziny nacji jak Włosi. Nawet w takich – wyrosłych przecież na imigrantach krajach – jak Ameryka. Miller jednak nie był krytykiem Ameryki jako takiej (chyba nie ma na świecie żadnego takiego Amerykanina), ale bystrym znawcą człowieka i jego pogmatwanej duszy, w której analizie mistrzem był dla niego Dostojewski. I pewnie dlatego dramaty Millera są uniwersalne, zrozumiałe i święcą triumfy na całym świecie.

Fot. Waldemar Lawendowski, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Płocku

Mit Ameryki jest od zawsze bardzo silny także w Polsce. Tytułowy most to Brooklyn Bridge – największy w Nowym Jorku most łączący Manhattan – symbol sukcesu, pieniędzy i sławy z Brooklynem – kiedyś dzielnicą sypialnią skąd dojeżdżało się do pracy. Akcje umieszczona jest wprawdzie w środowisku włoskich emigrantów, ale przecież nie tak znowu daleko od Little Italy jest przecież nasz słynny Greenpoint – do dziś jeszcze jeszcze kawałek Polski w Nowym Jorku ( z powodu wzrostu cen nieruchomości teraz powoli „wypierają” nas stamtąd amerykańscy hipsterzy). Czy tam nie mogłaby się rozgrywać akcja dramatu? Włosi z Sycylii mają wprawdzie swój ukształtowany od wieków kodeks honorowy, ale myślę, że my także często niewiele im w swojej zawziętości, upartości i zaciekłości ustępujemy.

„Widok z mostu” to trochę teatr w starym, ale dobrym stylu. Bez wszelkich „udziwnień”, ze świetną scenografią i grą aktorską, która nie ma „zwrócić uwagi za wszelką cenę”. Czas biegnie niespiesznie ( może jedynie początek pierwszego aktu jest lekko przegadany), napięcie rośnie powoli. Wiemy, że coś się musi wydarzyć, strzelba wisi, nie wiemy tylko kiedy i jak mocno wybuchnie. Trochę jak u Hitchcocka, trochę jak u Czechowa.



Fot. Waldemar Lawendowski, Teatr Dramatyczny im. J. Szaniawskiego w Płocku

Co ciekawe, Miller w finale nie osądza głównego bohatera, co naprawdę nie jest łatwe. Jak prawdziwy humanista pochyla się nad nim i jego losem. Czyżby, jako wytrawny znawca ludzkiej duszy, wie, że coś z Eddiego Carbone może być w każdym z nas? Może to jest właśnie rodzaj moralnego niepokoju, który wciąż mają reżyserzy klasy Kijowskiego? Eddie to na pewno nie żaden „american hero”. To jednak tacy ludzie jak on stworzyli kiedyś ten kraj. Ciężką pracą, ale też zawziętością, prostotą w myśleniu, upartością, przebiegłością i zwierzęcym instynktem przetrwania, który preferuje najsilniejsze jednostki.

Nie oszukujmy się – kolonizatorzy to nigdy nie są grzeczni, empatyczni chłopcy (czy też dziewczynki). Może to też chciał nam o nich opowiedzieć Miller? Pokazać, że tacy ludzie jako Eddie zbudowali ten kraj, a wrażliwcy pełni marzeń – jak Rodolfo czy Katie, czynią go lepszym. Jak się te dwie grupy kiedyś dogadają, a wcześniej nie pozabijają, będzie raj na ziemi. W Ameryce i nie tylko. A czy to w ogóle możliwe to już temat na zupełnie inne opowiadanie, miejmy nadzieję, że z happy endem. Wszak nie tylko w Stanach ludzie chcą w niego wierzyć.

A więc odwiedzając płocki teatr będziemy mogli przenieść się do Nowego Jorku z początku XX wieku. A potem zastanowić się czy widok, z któregoś z naszych – płockich, warszawskich czy jakichkolwiek innych mostów, nie jest czasem podobny …

Jakub Moryc

autor jest członkiem Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru

Zostań Patronem PetroNews.pl - Wspieraj swoje lokalne media KLIKNIJ!

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Komentarze 4

  1. Hmmm says:

    Przepis na recenzję bez wychodzenia z domu:
    1. Dowiedz się co grają i kto reżyseruje
    2. Przeczytaj coś o gościu który to reżyseruje, napisz parę zdań.
    3. Obejrzyj zdjęcia z prób czy scenografia i kostiumy fajne.
    4. Fakty i ciekawostki historyczne. Dużo faktów i ciekawostek historycznych.
    5. Odnieś swój tekst do miasta o którym piszesz.

    Zero info o rolach ,zero o adaptacji, zero o zabiegach reżyserskich, zero odniesień do innych spektakli.

    Tadaaam.

  2. X says:

    Janusz Kijowski – stryj Mateusza Kijowskiego (tego o d KODu). „W wyborach w 2011 ponownie bezskutecznie startował do Sejmu (z listy SLD)[4]. Został członkiem honorowego komitetu poparcia Bronisława Komorowskiego przed wyborami prezydenckimi w 2010[5] oraz wyborami prezydenckimi w 2015[6].” (wiki)

    Takie dossier dyskwalifikuje tego pana, więc dziękuję, nie obejrzę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Reklama

Najchętniej dzisiaj czytane

Reklama


REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU