Owoce pracy polskich sadowników. Jak trafiają na nasze stoły?

REKLAMA

Jakie jabłka są najlepsze na szarlotkę, a jakie powinny znaleźć się w sałatce? Jaką drogę przebywają owoce z polskich sadów zanim trafią do sklepów i na nasze stoły? Jak wygląda praca sadowników? Tego dowiedziałam się podczas wycieczki do Śmiłowic, na którą zaprosił dziennikarzy PKN ORLEN.

Śmiłowice to niewielka miejscowość w województwie kujawsko-pomorskim. To właśnie tam rosną jabłka i produkowane są soki, które możecie kupić m.in. na stacjach Orlenu.

Historia tego miejsca rozpoczęła się w 1905 roku. Wówczas Józef, pradziadek obecnych właścicieli marki Bracia Sadownicy – Adama Jędrzejewskiego i Pawła Szeroczyńskiego, dotarł do Śmiłowic, gdzie zaczął uprawiać warzywa, a później owoce. W jego ślady poszły kolejne pokolenia, które wyspecjalizowały się w hodowli jabłek. Rodzice Pawła zbudowali nawet dom w środku sadu. – To właśnie rodzice nauczyli nas wszystkiego. Wytłumaczyli, że sad trzeba rozumieć. Pokazali, jak ocenić moment, w którym najlepiej jest rozpocząć zbiory – tłumaczą bracia.

PowiązaneTematy

Najpierw tylko sprzedawali owoce. Z czasem zaczęli je przetwarzać w tłoczone soki, musujące napoje czy gęste smoothie i łączyć w różne smaki, np. z agrestem, czarną porzeczką albo… kwiatem bzu.

Aleksandra Głuchowska, partner zarządzający w firmie, wspólnie z braćmi rozwija markę „Braci Sadowników”. Jak tłumaczyła, skupili się w swojej działalności na tym, aby stworzyć nową wizję jabłek i produktów opartych na jabłkach.

– Od początku chcieliśmy postawić na szczerość, bo mamy prawdziwych braci sadowników. Zresztą, z nazwą też jest nieco śmieszna historia, ponieważ tak nazwaliśmy roboczo projekt, ale w trakcie jego realizacji okazało się, że nic innego nie pasuje – wyjaśniła.

Bracia Paweł i Adam rozwinęli firmę Sadko, która zajmowała się wyłącznie owocami – zajęli się przetwórstwem. Ostatnio wprowadzili projekt innowacyjny, czyli musujące jabłko, które jest alternatywą dla niezbyt zdrowej oranżady.

To, co charakterystyczne dla soków Braci Sadowników, to brak konserwantów i bardzo krótka lista składników. Miałam okazję spróbować tych produktów i mogę z czystym sumieniem potwierdzić – są pyszne, oryginalne w smaku, a same etykiety przygotowane ze sporą dozą kreatywności. Na przykład, żeby wytłumaczyć naturalny wygląd soków, na etykiecie znajdziemy strzałkę z napisem „To jest osad”.

A instrukcja obsługi? „Po otwarciu przechowuj w lodówce i wypij do 48 godzin. Jeśli zdążysz wypić sok zanim znajdzie się w lodówce, nie wpadaj w panikę. Nam się to zdarza bardzo często”.

 

Jak tłumaczą bracia, w firmie tłoczą, musują, przecierają, suszą, ale przede wszystkim uprawiają jabłka. Ich produkty powstają dzięki codziennej pracy w sadzie, o który bardzo dbają, podobnie jak o pszczoły, które mieszkają w tym miejscu.

– Jabłka możemy podzielić na różne rodzaje – opowiadał nam podczas spotkania Paweł. – Najprostszy podział to na jabłka, czerwone, zielone i dwukolorowe, przy czym kolor tych ostatnich jest w dużej mierze uzależniony od pogody. Kolejny podział to na wielkość, są drobno- i wielkoowocowe – tłumaczył.

Zaprezentował też różne odmiany jabłek. Jedną z najsmaczniejszych jest gala, o kremowej barwie miąższu i sporej twardości i kruchości. Red jonaprince (odmiana jonagold) jest natomiast bardziej kwaśna, o bielszym miąższu, a szampion – najbardziej popularną odmianą w Polsce, mniej twardą. Jest też ligol, charakteryzujący się bardzo białym miąższem. – Te jabłka, wyhodowane w Polsce, są najlepsze do sałatki, ponieważ nie ciemnieją – wyjaśniał Paweł.

Nowe smaki powstają na bazie jabłek, ale nie tylko. – Mamy tu testy korytarzowe – śmiała się pani Aleksandra. – Bracia mają dość kreatywne pomysły, ale to tylko się cieszyć, że możemy rozwijać te pasje – dodała, tłumacząc, że polscy konsumenci lubią albo słodkie smaki, albo kwaśne. Pośrednie nie wzbudzają ich zbytniego zainteresowania.

Bracia zaprosili nas także do sadu. Myślicie, że zbieranie jabłek jest proste? No cóż, niekoniecznie. Po pierwsze, trzeba wybrać odpowiednie, dojrzałe jabłko, dobrze wybarwione. Po drugie, nie wolno zrywać razem z liśćmi, ponieważ drzewo potrzebuje tej energii, która w liściach jest zawarta. Po trzecie, nie wolno odrywać całkiem ogonka, tylko w specjalnym miejscu, co gwarantuje najlepszą jakość jabłka już po zerwaniu i brak uszkodzeń drzewa.

Sad Braci Sadowników jest ogromny, a rosną w nich przeróżne odmiany jabłek, oparte o specjalne konstrukcje z betonowych słupków, przy których jest też system nawadniania. Drzewa jednej odmiany co 8-10 drzewko przeplatane są odmianami ozdobnej jabłoni, które pełnią funkcję zapylaczy (do nich chętniej przylatują owady). My zbieraliśmy przepyszne szampiony, które w skrzyneczkach pojechały specjalnym transportem z przyczepkami (jak śmialiśmy się, „ciuchcią tumską”) wprost do hali produkcyjnej.

A hala była ogromna, łącznie z chłodniami, do których jabłka trafiają zaraz po zebraniu, żeby się zahartowały i wielkim basenem, który wcale nie służy do mycia owoców.

– To najdelikatniejszy sposób na transport jabłek, dzięki temu nie obijają się – wyjaśniał nam Paweł. Do poszczególnych „torów” basenu jabłka trafiają posegregowane przez maszynę. Każdy z owoców ma wykonanych około 30 zdjęć i na tej podstawie są opuszczane do odpowiedniej komory. Podział ich może być ze względu np. na kolor czy wielkość.

Oczywiście, nad każdym etapem drogi owoców czuwają pracownicy. To oni pilnują, żeby nie przedostały się jabłka uszkodzone. – Nie wszystko może zastąpić maszyna – mówił nasz przewodnik. A maszyn na hali produkcyjnej faktycznie nie brakowało. Pakowały owoce do specjalnych kartonów, naklejały oznakowania, otulały siatką – wszystko w zależności od zapotrzebowania i wymagań klientów.

Efekty pracy całej ekipy możemy próbować później na przykład na stacjach Orlenu czy w sieci popularnych sklepów spożywczych. I przyznam, że zupełnie inaczej patrzę teraz na owoce czy soki, których drogę powstania oglądałam osobiście.