Okiem Robaka: Z pożółkłych szpalt „Korespondenta Płockiego”

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Jakoś tak się dziwnie składa, że najpiękniejsza pora roku pędzi, jak na złamanie karku i najczęściej ani się obejrzymy, a już jesteśmy zmuszeni się z nią pożegnać – przynajmniej do następnego roku. I tak właśnie maj przemknął nam niemal lotem błyskawicy i już za kilka dni przywita się z czerwcem. Nadeszła zatem najwyższa pora aby znów, jak co miesiąc, zerknąć daleko wstecz żeby sprawdzić, czym pochłonięci byli pod koniec XIX wieku płocczanie, a tak się dobrze składa, że poznamy także, o czym to dyskutowano w stolicy…

W maju 1876 roku „Korespondent Płocki” dokonał przedruku artykułu z „Gazety Polskiej”, wychodzącej w tym czasie w Warszawie, napomykając w pierwszych zdaniach o naszym skarbie narodowym, znakomitym publicyście, ale przede wszystkim powieściopisarzu – Henryku Sienkiewiczu, który właśnie wybrał się w daleką eskapadę na krańce świata:

„Czasopisma nasze utraciły najzdolniejszego felietonistę p. Sienkiewicza, który pod pseudonimem Litwosa wybornemi sprawozdaniami brukowemi zasilał Gazetę Polską. Wprawdzie ta strata nie jest stanowczą, ponieważ w miejsce odcinków będziemy czytać korespondencye z Ameryki tego samego pióra, jeżeli utalentowany turysta słowa danego dotrzyma, dotąd bowiem, o ile mi wiadomo, doszedł dopiero jeden list, po odpieczętowaniu którego, adresat rozciekawiony znalazł tylko dwa wyrazy – ” All right!”

No cóż, choćby nawet dwa słowa, ale uczynione ręką noblisty to też gratka nie lada. Ja przynajmniej na miejscu „Gazety” aż tak bym nie wybrzydzał. W dalszej części artykułu warszawski periodyk zajął się rekomendacjami w świecie szeroko pojętej publicystyki:

„W pismach masowych pojawiło się kilka poważniejszych artykułów, tu należą: praca p. Okólskiego „Ateneum” (o miastach); „O wyborach do Sądu Gminnego” Mirosławskiego w „Niwie”; „Zycie miejskie w Warszawie w XVII i XIII wieku” – wyborny szkic p. Przyborowskiego w Przeglądzie Tygodniowym; wreszcie ważna praca z dziedziny prawa sądowego prof. Budzyńskiego w Gazecie Sądowej, w której znać mistrza panującego nad przedmiotem. Od epoki Hubego p. Budzyński bez wątpienia pierwszym jest kryminalistą w naszej literaturze.”

Zadziwiające… W czasach PRL – u o szybkim awansie społecznym w wojsku mówiło się – „Nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z Ciebie oficera!”, a tu akurat opisano przeciwstawną ścieżkę – „Od intelektualisty do kryminalisty!”. Wydaje się, że jest jak najbardziej aktualna, nawet dziś… Tym niemniej w jeszcze większe osłupienie wprawiło mnie podsumowanie artykułu, świadczące o jakże istotnej już w tamtych czasach ścisłej kooperacji dziedzin sztuki i biznesu, a co więcej również trosce, jak to się wtedy mówiło, o ogólny stan „hygeny”:

„Rozstając się z czytelnikiem pragnąłbym zakończyć moje pisanie złożeniem hołdu p. Fajansowi. Zasługi tego nazwiska od dawna są znanemi na polu artystycznem i przemysłowem. „ O dolce fresche aqua!” śpiewał Petrarka w jednym ze swoich sonetów, jakby naigrywając się z niedoli przyszłych pokoleń. Wszak mieszkając nad Wisłą, nie mieliśmy sposobności, ani zimą, ani latem, użyć hygenicznego środka, który się nazywa kąpielą; dotychczasowe bowiem tego rodzaju zakłady w Warszawie były tak urządzone, że po użyciu wanny potrzeba było rozpocząć kąpiel na nowo. Zakład p. Fajansa jest prowadzony wzorowo. Czystość w wysokim stopniu została tu uwzględnioną. Jedyny jaki mamy zarzut, jest mało światła i zbyteczna duszność… ale trudno żądać doskonałości. Wygodny pokój, wanna marmurowa, śpieszna usługa i widok wodospadu z transparentem za pół rubla, to i tak niepomiernie tanio.”

Niestety mimo gorączkowych poszukiwań nie zdołałem potwierdzić, co w tamtych czasach oznaczało słowo „transparent”. Z kontekstu zdania mogę snuć jedynie domysły, że być może chodziło o ręcznik… Miejmy nadzieję, że nie transparentny…

Tymczasem nasz publicysta w ostatnich zdaniach uderzył niemal w tony greckiej tragedii i stawiając się w roli chóru wieścił nadchodzące nieuchronnie fatum:

„Po urządzeniu porządnej łaźni należałoby pomyśleć o usunięciu stugłowej hydry, z nadejściem lata zbliżającej się do nas, prawdziwej klęski na oczy i piersi, a jest nią kurz; antydot przeciwko temu nieszczęściu, polewanie ulic aljas chroniczne błoto, zarówno jest niesmacznem, jak lekarstwo w stosunku do choroby. Czyżby nie było skuteczniejszego środka np. modyfikacja strojów, które jedynym są motorem kurzu w ogrodzie Saskim?”

Wyobrażacie sobie Państwo ten obrazek? Upalny dzień w Ogrodzie Saskim, żar leje się z nieba. Panie w długich, ważących niezłych kilka kilogramów sukniach na krynolinach, jegomoście w niewygodnych jak szata Dejaniry, zapiętych na ostatni guzik surdutach i cylindrach na głowie, przechadzający się w tumanach wszechobecnego kurzu… I na dodatek jedna łaźnia w mieście! Niewątpliwie wiele trzeba było mieć w sobie hartu ducha, umieć znieść niewyobrażalne udręki, żeby sprostać wymogom nieubłaganej w onych czasach etykiety.

Mordercze przechadzki musiały być szkodliwe nie tylko na „oczy i piersi”, dlatego też jeżeli już ktoś doszczętnie na zdrowiu po tych spacerach podupadł, w tymże samym Ogrodzie Saskim mógł się zapisać na terapię… na dodatek wodną!

„Zarząd Instytutu Wód Mineralnych D-ra A.M. Weinberga w Warszawie w Ogrodzie Saskim zawiadamia, że sezon leczenia wodami mineralnemi, sztucznemi i naturalnemi w Ogrodzie Saskim otwartym zostaje z początkiem Maja i trwa do połowy Września. Osoby używające kuracji w Instytucie mają, oprócz wszelkich możliwych udogodnień, zapewnioną opiekę i poradę stałego lekarza Zakładu specjalisty. Niezależnie od sezonu kuracyjnego Instytut wyrabia i rozsyła po liniach kolei żelaznych i po traktach bocznych przez furmanów, wszelkie wody mineralne w butelkach najstaranniej opakowane.”

Tak zatem w stolicy ze stanem „hygeny” mimo usilnych starań najlepiej nie było, może więc chociaż nasze miasto odbiegało świecąc przykładem od powszechnej normy? Jak się okazuje na tym polu nie osiągaliśmy spektakularnych sukcesów, co też w końcu rozsierdziło J.W. Gubernatora, o czym świadczy choćby ten akt wykonawczy wydrukowany do wiadomości powszechnej w „Korespondencie” w maju 1876 roku:

„Ogólnik” Wielmożnego Prezydenta miasta Płocka do właścicieli domów – Jaśnie Wielmożny Gubernator zwrócił uwagę na to, że w mieście Płocku miejsca wygody znajdują się przy wielu domach w najgorszym stanie i w ilości niedostatecznej do ilości mieszkańców. Dlatego, w celu usunięcia tych niedogodności, mających szkodliwy wpływ na zdrowie, Jaśnie Wielmożny Gubernator poruczył mi wezwać pp. Właścicieli domów o przystąpienie do przebudowy lub nowej budowy wychodków, przy urządzeniu których należy zachować następujące warunki:
a) aby podłoga w wychodkach szczelnie przylegała do belek
b) aby z każdego oddzielnego wychodka wyprowadzona była na zewnątrz rura dla przewietrzenia
c) aby wychodki urządzone zostały w miejscach dostępnych i miały dogodne przejścia z mieszkań i aby przez ściany boczne, ani z pod spodu nie przewiewał wiatr.
Właściciele nieruchomości winni przyprowadzić swe nieruchomości do pożądanego porządku, nie tylko względem wspomnianej wyżej potrzeby, na rażący której brak w Płocku w ogólności ciągle narzekają miejscowi mieszkańcy, lecz i pod względem reperacji i odnowienia domów, parkanów, sieni, schodów itd. a także uporządkowania podwórz, stajni, śmietników i odpływowych ścieków.”

A jeśli już brać się za porządki, to najlepiej kompleksowo. Niedługo po zarządzeniu zapowiadającym wojnę z brudem, smrodem i bałaganem panoszącymi się tu i ówdzie w mieście, ukazało się też takie oto ogłoszenie o licytacji, czyli ówczesnym przetargu na roboty budowlane:

„Rząd Gubernialny Płocki podaje niniejszym do wiadomości powszechnej, iż w dniu 31 Maja roku 1876, w auli posiedzeń tegoż rządu odbywać się będzie licytacya (in minus) na pobudowanie ściekowych cementowych jajowatej formy rur, na Dobrzyńskiej ulicy w mieście Płocku poczynając od summy rubli 8700 kopiejek 96, obliczonej kosztorysem.”

Nie chciałbym aby odnieśli Państwo wrażenie, że nasi pradziadowie powszechnie lekceważyli zagadnienie dbałości o siebie i najbliższe otoczenie, zresztą skoro dostrzegali na tym polu wciąż występujące niedostatki, to zdawali sobie sprawę z wagi problemu. Zachowanie dobrego stanu zdrowia i przeciwdziałanie epidemiom było przedmiotem często wieloletnich obserwacji i poszukiwań środków zaradczych, o czym świadczy chociażby poniższa notatka:

„Kto by pomyślał, że Heliathus annulus, kwiat zwykle słonecznikiem zwany, posiada szanowny przymiot oczyszczania powietrza. Jego wpływ na otaczającą atmosferę jest tak zbawienny, że w pewnej wiosce angielskiej, w której gorączka tyfoidalna i szkarlatyna sprzątały liczne ofiary, oszczędzoną została jedna tylko osada, otoczona znaczną liczbą tych roślin. U jednego z właścicieli nad brzegami Skaldy, który gęsto obsadził słonecznikami swą posiadłość, żaden z mieszkańców nie uległ zaraźliwej gorączce, grasującej w całej okolicy. Jenerał Sherman i kilku uczonych zauważyli wiele podobnych wypadków i wykazali, że słoneczniki dochodzące 12 stóp wysokości chciwie pochłaniają jadowite gazy.”

Czyż to nie nowatorski i zupełnie ekologiczny sposób na oczyszczenie miejskiej atmosfery? Gdybyśmy tak za radą naszych antenatów cały Płock obsadzili słonecznikami, może cokolwiek by to pomogło w neutralizacji snujących się dzień w dzień po mieście zabójczych pyłów i „jadowitych gazów”. Tymczasem kolejny artykuł okazał się nie mniej odkrywczy:

„Od pewnego czasu coraz częściej pojawiają się uwagi ciekawych doświadczeń lekarzy, względem wpływu, jaki wywiera światło fioletowe na czułość nerwów ludzi obłąkanych. W chwili nadchodzenia ataku wprowadzano chorego do pokoju, w którym szyby u okien były ze szkła fioletowego; natychmiast napad cofał się, wzburzenie gwałtowne nerwów i mózgu przechodziło i obłąkany wydawał się zupełnie zdrowym. Zauważono również, że światło fioletowe w cieplarniach przyczynia się znacznie do rozwoju i piękności roślin. Uwagi te stwierdzono licznymi badaniami. Przyczyną tego zdaje się być własność szyb fioletowych rzucania silniejszych, niż innego koloru szkła, elektro – chemicznych promieni, które nadzwyczajny wpływ wywierają na czynności życia zwierzęcego i roślinnego.”

Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego do tej pory nie stosujemy powszechnie tego rozwiązania! Przecież to istna góra złota, a raczej kopalnia oszczędności dla NFZ- tu! Wyobraźcie sobie Państwo, że ktoś poczuł się chory. Tym razem zamiast błąkać się bez większego sensu po przychodni, czy nawet szpitalu, natychmiast podjeżdża na miejsce zdarzenia spec – ekipa z Sanepidu i instaluje w domu podupadłego na zdrowiu fioletowe szyby. Ręczę, że stan zdrowotności Polaków w cudowny sposób poprawiłby się znacząco z dnia na dzień! Idąc dalej, terapię elektro – chemicznymi promieniami mogłoby z marszu podjąć kilku polityków – których? To już pozostawiam Państwa uznaniu…

Kiedy jednakże ktoś z naszych pradziadów był wyjątkowo oporny na ówczesne, cudowne kuracje, w nieoczekiwanej zmianie jego sytuacji… (mimo wszystko i na przekór dalej nazwijmy ją „życiową”) mogła pomóc taka reklama:

„Wobec bezzasadnych, a niejednokrotnie dających się słyszeć wieści, jakobym po śmierci męża mojego zwinęła warsztat stolarski i fabrykę Trumien Metalowych, mam honor zawiadomić Szanowną Publiczność miasta Płocka i okolicy, iż podejmuję się wszelkich robót stolarskich, tak meblowych, jak i innych, jak dawniej, co zaś do fabryki Trumien Metalowych – tej nie tylko nie zwinęłam, lecz przeciwnie, zawiązawszy stosunki z pierwszorzędnymi Fabrykami Warszawskimi(..) skład mój o wiele powiększyłam. Jest on zaopatrzony w trumny zwyczajne, w drewniane imitujące metalowe, mniej lub więcej ozdobne, jak też w czysto metalowe w różnych gatunkach, po cenach nader przystępnych. Przyjmuję jednocześnie obstalunki na wszelkie damskie stroje żałobne, tak dla osoby zmarłej, jak również dla familji tejże osoby, potrzebującej takowego na obrząd pogrzebowy, za gustowne i punktualne wykończenie którego zaręczam. – T. Bejm w Płocku. Dom Kirstejna, obok Gimnazjum.”

Aż chciałoby się wścibsko zapytać – A szanowny małżonek w jaki sposób opuścił ten ziemski padół łez, i w jakim garniturku – drewnianym, czy też metalowym; pełny wypas, czy też chińska „podróbka”? Porzućmy jednak czcze wątpliwości, nie przystoi nam bezzasadnie rzucać cień oskarżeń na nasze prababki. Te bowiem powoli, co wyraźnie daje się zauważyć pomiędzy zdaniami, konsekwentnie dobijały się o swą niezależność, którą trudno jeszcze w tych czasach byłoby nazywać emancypacją. Tak z nie dającym się ukryć przekąsem „Gazeta Polska” komentowała osiągnięcia pewnej literatki:

„Pomiędzy produkcyami umysłu niewieściego pojawiła się powiastka pani T. – „Nacyzy Ewuni”. Utwór ten jest prawdziwą perełką na tem polu. Młoda jeszcze autorka ukryła swe nazwisko w pomroku, lecz jej talent widoczny rokuje piękną przyszłość.”

Nomen omen tajemniczą powieściopisarką była trzynastoletnia wówczas Helena Pajzderska – później znakomita publicystka, tłumaczka, poliglotka i podróżniczka.

Jednakże w tę porę majową niewspółmiernie wyższe emocje wzbudził przyjazd do Warszawy pewnej damy:

„Przejeżdżała w tym czasie pewna uczona z Petersburga, udając się do Białogrodu i Agramu, celem robienia studiów prawniczych, skąd wracając zatrzyma się na jakiś czas w Warszawie, dla robienia poszukiwań w archiwach. Uczona ta rosyanka przedstawiała się profesorom uniwersytetu, prosząc ich o wskazówki miejscowej kwerendy, jakie też jej chętnie udzielone zostały. Wypadek ten jako niezwykły w dziejach kultury niewieściej notujemy zwłaszcza, że celem prac pomienionych ma być przygotowanie do wykładu historji praw słowiańskich, w których to i Polska ma być uwzględnioną.”

Być może szukam, jak to mówią dziury w całym, jednakże śmiem podejrzewać, że zachwyty nad niewieścią lotnością ducha tajemniczej, uczonej „rosyanki” były co najmniej równe tym dotyczącym powabu jej cielesnej powłoki. Tak zatem wykład z historii praw słowiańskich musiał się cieszyć niezwykle licznym audytorium.
Lecz cóż tu się dziwić, był maj, kwitły bzy i kasztanowce, śpiewały słowiki, śpiewały też ludzkie serca. A to mimo upływu wieków zupełnie się nie zmieniło…
I niech się nigdy nie zmienia…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji