REKLAMA

„Bruno Schulz – artysta nienazwany” – kultowa wystawa w Muzeum Mazowieckim

REKLAMA

Od kilku dni w Muzeum Mazowieckim w Płocku możemy skorzystać z wyjątkowej oferty kulturalnej; wystawa „Bruno Schulz – artysta nienazwany” pozwala nam nie tylko zapoznać się z częścią twórczości osławionego demiurga z Drohobycza, jest również swego rodzaju poszukiwaniem symetrii w zestawieniu z dziełami innych twórców. Cały projekt zadziwia zarówno rozmachem, jak również estetyczną jakością.

Twórczość Bruno Schulza jest wielowątkowa, często niejednoznaczna, intrygująca, a przede wszystkim prowokująca do coraz to nowych, twórczych interpretacji. Artysta urodził się 12 lipca 1892 roku w Drohobyczu nieopodal Lwowa w rodzinie żydowskiej, tu spędził niemal całe swoje życie, niechętnie stąd też wyjeżdżał, traktując to magiczne dla niego miejsce na Ziemi, jak pępek świata – początek i koniec wszechrzeczy. Zarówno w twórczości plastycznej, jak też literackiej – miejsca, zdarzenia i ludzie są niemal z kronikarską dokładnością „wycięci” z drohobyckich realiów.

Po ukończeniu z wyróżnieniem miejscowego gimnazjum Bruno Schulz kilkakrotnie podejmował studia politechniczne; niestety edukację kilkakrotnie przerywała poważna choroba, wymagająca długiej rekonwalescencji, następnie możliwości kontynuowania nauki pozbawiła go I wojna światowa. Ostatecznie artysta żadnych studiów nie ukończył, a w 1924 roku podjął pracę nauczyciela rysunku, prac ręcznych, a potem matematyki w gimnazjum, do którego uczęszczał. Jak się później okazało, z pracą pedagoga, na którą często narzekał w listach do przyjaciół, związał się niemal na całe życie. Codzienne utrapienia i nieustanna walka o byt nie pozbawiły go jednakże twórczej pasji.

Któż z nas nie słyszał o „Sklepach cynamonowych”, czy też rozsławionym przez film Wojciecha Hasa „Sanatorium pod klepsydrą”? Jednakże zanim pisarski talent Bruna Schulza eksplodował na firmamencie polskiej literatury XX wieku niczym supernowa, artysta z powodzeniem spełniał się jako malarz, rysownik i grafik. Z twórczości plastycznej do dziś przetrwało około 300 prac: grafiki z cyklu „Xięga bałwochwalcza” powstałe w latach 1920-22, rysunki piórkiem, ołówkiem i kredką, obraz olejny „Spotkanie. Żydowski młodzieniec i dwie kobiety w zaułku miejskim” z 1920 roku, portrety i autoportrety, a także projekty okładek i ilustracji do własnych opowiadań.
Bruno Schulz zginął tragicznie 19 listopada 1942 roku, zastrzelony przez gestapowca w czasie akcji odwetowej na jednej z ulic Drohobycza.

Wystawa w Muzeum Mazowieckim składa się z trzech części; nasz spacer powinniśmy rozpocząć od ekspozycji przygotowanej dla nas przy Tumskiej 8. Tu swego rodzaju introdukcję stanowi wystawa „W stronę Schulza”, której aranżację plastyczną powierzono Jerzemu Kalinie. Już w samym patio budynku natkniemy się na tajemniczego chłopca, dziwne, wiekowe sprzęty, wysłużone, nadwątlone zębem czasu meble, a potem czeka nas kolejne zaskoczenie.

W sali ekspozycyjnej znajdującej się na parterze staniemy oko w oko z pracami artystów, którzy natchnieni fenomenem Bruna Schulza, trzeba przyznać z powodzeniem, rozwijali i transformowali jego artystyczne przesłanie; wśród „zarażonych” schulzowską wizją świata znajdziemy nazwiska z samego panteonu polskiej sztuki współczesnej – Tadeusz Kantor, Józef Szajna, Jerzy Dwurnik, Rafał Olbiński, Kiejstut Bereźnicki, czy też genialny fotograf Ryszard Horowitz.

Tymczasem kolejną część tryptyku stanowi wystawa umieszczona na piętrze – „Schulz/Goya – demony wyobraźni”. Tu mamy doskonałą okazję aby poznać zarówno unikalne grafiki Bruna Schulza z cyklu „Xsięga bałwochwalcza” wykonane techniką cliché-verre, jak również genialne, niezwykle rzadko eksponowane akwaforty „Los Caprichos” (Kaprysy) Francisco Goi powstałe w latach 1796 – 98, oczywiście pochodzące ze zbiorów Towarzystwa Naukowego Płockiego.

Zapytacie Państwo, skąd pomysł akurat takiej konfrontacji? Co łączy artystów z dwóch odległych epok? Powodów jest kilka. Zarówno Goya, jak i Schulz w swych dziełach dotykali materii ludzkich emocji. Jeżeli dokładnie wpatrzymy się w postaci uwiecznione w scenkach z „Kaprysów”, natychmiast dostrzeżemy, że ludzie nie są tu woskowymi figurkami; na ich twarzach rysuje się strach, obrzydzenie, przerażenie, czasem pycha, próżność, a nawet zwykła głupota. Francisco Goya w swych rysunkowych satyrach tak trafnie wykpił ludzkie słabości i przywary, a także ułomności ówczesnego społeczeństwa, że obawiając się działającej niezwykle bezwzględnie Inkwizycji, szybko podarował ten cykl rycin królowi hiszpańskiemu Karolowi IV, oddając się tym samym pod jego protekcję.



W naszym rozumieniu kaprys kojarzy się z czymś lekkim, przelotnym, z czymś do czego nie przywiązuje się szczególnej wagi; w przypadku Francisco Goi „demony wyobraźni” prowadziły go do niezwykle analitycznej oceny współczesnego świata, który przerażał swym okrucieństwem, paraliżował wszechobecną głupotą, gnuśnością i anachronizmem. Być może trafniej byłoby nazwać te małe dzieła „Homine, quo vadis?” Dokąd idziesz człowieku, który tak często powołujesz się na boskie podobieństwo i dlaczego tak szybko, bez zmrużenia oka porzucasz „standardy” swego pierwowzoru?

W tym kontekście „Xięga Bałwochwalcza” Bruna Schulza staje się niezwykłym dopełnieniem dialogu na temat natury człowieka. Artysta odmiennie od Francisco Goi ilustruje ludzkie ułomności, spoglądając wewnątrz siebie i dokonując swoistej introspekcji. Nie można również pominąć faktu, że groteskowy, schulzowski świat, odbijający ludzkie słabości w zwierciadle karykatury, inspirowany był uznaniem dla dokonań starego mistrza.

Grafiki umiejscowione w mrocznej, jakby teatralnej scenerii Drohobycza dokumentują seksualne obsesje Schulza, opowiadają o damsko-męskich relacjach poprzez pryzmat jego słabości. Sadomasochistyczne i fetyszystyczne nastawienia nie budzą żadnych wątpliwości; kobiety w rysunkach artysty są istotami wyidealizowanymi, doskonale pięknymi, nieosiągalnymi dla zwykłych śmiertelników. Ich przeciwieństwem są mężczyźni – niejednokrotnie karykaturalni, poskręcani w dziwnych, często poniżających pozach, niewolniczo podporządkowani kobiecej władzy.

Nie ma tu większego znaczenia wątek fabularny, grafiki kryją w sobie ogromny ładunek emocji, nie można przejść obok nich obojętnie, prowokują do zajęcia stanowiska, a nawet do ekspresji własnych emocji.

Jednakże na tym nie koniec, zwieńczeniem naszej podróży z Brunem Schulzem jest instalacja Jerzego Kaliny „W niebo stąpanie”, przygotowana w Muzeum Żydów Mazowieckich. Stanowi ona jawne odwołanie do tragicznej śmierci artysty oraz do hekatomby, jaka dotknęła Żydów w czasie okupacji. Jest również przyczynkiem do ogólnej refleksji nad przyczyną wciąż szerzącego się okrucieństwa oraz nietrwałością ludzkiej egzystencji, nad kruchością człowieczej nici życia. Nieme postaci – mężczyźni, kobiety i dzieci nie wiedzą, jaki czeka ich los. Być może szczęście się uśmiechnie i jutro jeszcze raz będą spoglądać w słońce, a być może nie… Co i kiedy zostanie zapisane na nagrobnej macewie z bochna chleba?

Podsumowując, gdybym miał porównać całą tę wieloczęściową, przygotowaną przez Muzeum Mazowieckie wystawę do sztuki teatralnej, w pierwszej kolejności stwierdziłbym, że doskonale trzyma dramaturgię spektaklu, a poza tym oferuje niepowtarzalną, unikalną jakość prac, gwarantowaną nazwiskami ich autorów, wystawionych w niekonwencjonalnej, prowokującej do własnych poszukiwań i refleksji oprawie, bo jak stwierdził Bruno Schulz – „…słabość ludzi wydaje nam ich dusze, czyni ich potrzebującymi. Bez przywar byliby zamknięci w sobie i nie potrzebujący niczego. Dopiero ich wady nadają im smak i czynią pociągającymi”.

Na koniec muszę Państwa przestrzec – trzeba się pośpieszyć, bowiem wystawa będzie czynna jedynie do 3 listopada br.

Zostań Patronem PetroNews.pl - Wspieraj swoje lokalne media KLIKNIJ!

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Reklama

Najchętniej dzisiaj czytane

Reklama


REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU