REKLAMA

Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

REKLAMA

„Wczoraj wieczorem o godzinie 10-ej miasto nasze przerażone zostało odgłosami trąbek pożarnych, a wkrótce potem turkotem jadącej sikawki w stronę Warszawskiej ulicy. Strach jednak okazał się płonnym, gdyż niebawem przekonano się, że pożar ten nawiedził miejscowość o wiorst 5 oddaloną od miasta w kierunku Imielnicy”…

Pierwszy numer naszej pradawnej gazety w miesiącu określanym mianem najpiękniejszego w roku wyszedł dokładnie 3 maja. Oczywiście nasz Korespondent nie poinformował o przebiegu obchodów dnia Konstytucji z 1791 roku, bowiem po prostu nie było jeszcze wtedy w naszym kalendarzu takiego święta. Tym niemniej, periodyk nie poskąpił swym czytelnikom równie interesujących, bieżących informacji. Przede wszystkim przyszła długo wyczekiwana wiosna, można zatem było ruszyć do parków na przechadzki, a tymczasem…

„Na wirydarzu Tumskim – traktując trawniki, łamiąc krzewy i rozdeptując wszystko dokoła przechadza się jakaś krowa. Jej nie winimy, bo jeśli krowy mają jakiekolwiek przekonania, to ta zapewne przeświadczona jest, że wirydarz Tumski to pole, czy paśnik dla krówek przeznaczony, ale jedynie przez uzurpacyę prawa, jednym krówkom przysługującego – ludzie nań się wdzierają. Jeżeli jednak właściciel tej krówki wyznaje jakiekolwiek opinie, to pojęcia jego muszą być dziwnie nihilistyczne, odnośnie własności miejskiej, a bardzo złośliwe i pogardliwe względem pospolitego, naszego ogółu, szukającego za Tumem wytchnienia, przechadzki, świeżego powietrza i widoków. Nieśmiało proponujemy mu. czy aby dla krówki swej nie mógłby obrać innego paśnika, mniej przez ludzi uczęszczanego.”

Tej wiosny zażywanie świeżego powietrza utrudniała jednakże nie tylko rogacizna, wkrótce okazało się, że nawet dostojne stąpanie może przynieść dyskomfort niweczący uroki spaceru:

PowiązaneTematy

„Używający przechadzek po Placu uskarżają się na zbyt gruby żwir w głównej alei, którego grube kamienie dolegliwie odczuć stopom się dają. W ogrodzie podominikańskim dotąd ulice wszystkie nie są uporządkowane i brak jest ławek.”

Jak widzimy – komuś snem zimowym nieźle się przysnęło, odpowiednie służby i władza wciąż tkwiły w okowach zimy, pewnie zatem przydałby się co niektórym orzeźwiający, zimny prysznic, a może choćby kąpiel w łaźniach urządzonych nad brzegiem rzeki:

„Kąpiele wiślane pomimo zimna, jakie przez cały maj panowało, są już odwiedzane. Kąpiący się w tej porze dają dowód niepospolitej odwagi, której nie wzrusza ani obawa zimnej wody, ani strach rozpowszechnionej w naszej okolicy febry.”

Czy zatem tylko poprzez bohaterskie hartowanie ciała można uniknąć zdrowotnych perturbacji? Pewnie najlepiej zapobiegać, szczególnie w renomowanym kurorcie, a tu pojawiły się właśnie nieoczekiwane możliwości:

„Krajowe zakłady lecznicze skutkiem obniżenia wartości naszych pieniędzy, będą zapewne w bieżącym roku przepełnione. W Ciechocinku, jak o tym donoszą, zamówionych już jest mieszkań dla 900 rodzin. Wiele znów osób przywykłych w ciągu lata wzmacniać swe siły kąpielami morskiemi, zamiast do Ostendy, Kołobrzegu, Biaritz itd. Wybiera się w tym roku do Rygi, a raczej w jej okolice, gdzie kąpiele morskie mają być bardzo dobrze urządzone.”

Fachowa opieka była oferowana również znacznie bliżej. Nie wiem, czy pacjenci traktowani w czasie zabiegów raz to prądem, raz to ścieśnionym powietrzem odzyskiwali siły, jednakże jak się wydaje, wychodzili z nich ze wszech miar ozdrowieni. Podziw budzi również tak szeroki zakres leczonych dolegliwości, szczególnie katarów, o których do tej pory zupełnie nie mieliśmy pojęcia:

"Nowe Miasto nad Pilicą – kąpiele zimne, ciepłe, parowe, balsamiczne, rzeczne. Najnowsze i najkompletniejsze urządzenia do leczenia zimnowodnego. – Gimnastyka – ścieśnione powietrze, elektryczność, kumys. Wody mineralne (specjaylne urządzenie do dostarczania mleka prosto od krów.) W zakładzie 100 pokojów z pościelą. – Obszerny apartament gościnny z fortepianem i bilardem. Restauracya z bufetem starannie urządzona. – Dyetetyczne żywienie chorych pod dozorem lekarzów. – Czytelnia dzienników i książek. – w sezonie letnim doborowa orkiestra. – Poczta w Zakładzie. – Stacya telegraficzna o 4 godziny drogi. – Zakład pod każdym względem znacznie udogodniony i skompletowany leczy przeważnie i najskuteczniej choroby nerwowe, katary w ogóle, a szczególniej żołądka, kiszek i macicy, bezpłodność, niedokrwistość, choroby zakaźne i ogólne cierpienia. Całkowite utrzymanie, licząc w to: mieszkanie, leczenie, stół, kąpiele usługę wynosi dziennie od 2 do 4 rubli. Niezamożni i biedni przyjmowani za zaniżone ceny – konieczne wcześniejsze, listowne porozumienie i świadectwo niezamożności od Władzy.”

Oczywiście, życie codzienne w murach tysiącletniego grodu toczyło się żwawo, nie wszyscy przecież wymagali intensywnego leczenia i uzdrawiających wód, a niemal każdy dzień obfitował w zaskakujące informacje:

„Wczoraj wieczorem o godzinie 10-ej miasto nasze przerażone zostało odgłosami trąbek pożarnych, a wkrótce potem turkotem jadącej sikawki w stronę Warszawskiej ulicy. Strach jednak okazał się płonnym, gdyż niebawem przekonano się, że pożar ten nawiedził miejscowość o wiorst 5 oddaloną od miasta w kierunku Imielnicy.”

Wieść z zupełnie innej kategorii podał nasz periodyk kilka dni później, tym razem zapobiegając sytuacji, w której męska część grodu mogłaby zostać „wystrychnięta na dudków”:



„Ostrzegamy naszą publiczność przed pewnym przemysłowcem, który chodząc po domach sprzedaje nader drogo chustki z kartonu, zapewniając, że są z płótna jarosławskiego. Unika on zwykle starannie kobiet, jako lepiej znających się na tego rodzaju wyrobach, a wyzyskuje bezczelnie męską w tym względzie nieświadomość.”

Raczej trudno nam dziś zrozumieć, jak można nie odróżnić płótna od kartonu, ale widocznie nasi dziadowie mieli z tym jakiś problem… Czasem jednakże zdarza się tak, że sami pożądamy, aby ktoś nas sprytnie omamił i co więcej – gotowi jesteśmy za to zapłacić:

„Sztuki magiczne pana Kozłowa pokazywane w niedzielę w teatrze uciechę sprawiły nielicznie zebranej publiczności; szczególniej zadziwiał zjadaniem ogromnej ilości palącej się waty. Wkrótce ma być drugie przedstawienie, na którym Kozłow „odetnie toporem głowę żywemu człowiekowi i przedstawi ją na talerzu dla obejrzenia publiczności.”

Bliżej nie wiadomo, jak długo „żywy człowiek” pozostawał w stanie „żywości”, tymczasem „Korespondent” poinformował o pewnym wypadku przy pracy, który poza swą niewątpliwą dramaturgią przynosi nam doskonały obraz życia codziennego oraz używanej wówczas miejskiej infrastruktury:

„Znany nam jest wstręt naszych obywateli miejskich do wszelkich ulepszeń w obrębie ich posesyi. Pomiędzy innemi napotkać jeszcze można na podwórkach domów płockich owe starożytne studnie o wielkim kole, służące za windę do wyciągania kubła z wodą. Jest to zabytek starożytny i nader malowniczy, ale zarazem niewygodny i bardzo niebezpieczny. Zdarza się często, że rozpuszczone koło – w chwili wpuszczania kubła – kaleczy nieraz niebezpiecznie. W ten sposób w przeszłą niedzielę w jednym z domów przy ulicy Grodzkiej, służąca dobywająca wodę niebezpiecznie zraniona została w głowę. Czas byłby aby ten rodzaj urządzeń przy studniach zastąpiony został przez pompy jako najdogodniejsze i bezpieczne.”

W maju 1878 roku płocczanie z dużym niepokojem spoglądali z Tumskiego Wzgórza na wielką rzekę:

„Wisła złe ma względem Płocka zamiary i zamyśla o spłataniu mu szkodliwego figla. Płynąca samopas na zbyt szerokim przestworze rzeka, zmienia co kilka lat kierunek prądu, opuszczając jeden brzeg dla drugiego, wysypując ławy piaszczyste, tam gdzie nie dawno była głębia, wytwarzając otchłanie tam, gdzie przedtem zieleń i kwiecie okrywało żyzną ziemię. Dotąd szczęśliwym trafem prąd główny Wisły pod Płockiem trzymał się prawego brzegu, nadając temu miastu istotne pozory portu handlowego. Wszelkie statki mogły wygodnie stawać przy samym wybrzeżu, a ładowanie zboża na berlinki z wielką oszczędnością kosztów, czasu i siły ludzkiej się odbywało; rynny drewniane na stoku góry zbudowane, ze spichrzów stojących na górze, sypały zboże wprost do środka berlinek. Wszystkie te dogodności dziś nikną, prąd rzeki bowiem zawrócił pod brzeg lewy, przy wybrzeżu zaś płockiem wystąpiły z wody białe łachy piaszczyste tamujące ruch najmniejszym nawet łodziom. Ta nowa Wisły fantazya, gdy środki przeciw niej się nie przedsięwezmą , odejmie wtedy jedyną podstawę bytu naszemu miastu i szkodliwie wpłynie na stan ekonomiczny miasta i okolicy.(...) W tym stanie rzeczy najważniejszą dla Płocka robotą publiczną, najpilniejszą i najżywotniejszą sprawą byłoby rozpoczęcie prac na Wiśle celem zwrócenia prądu pod prawe wybrzeże. Wszelkie roboty zmierzające do upiększenia miasta, uprzyjemnienia i udogodnienia życia mieszkańcom, powinny ustąpić miejsca tym robotom, które miałyby na celu ratowanie zagrożonego głównego warunku bytu miasta i zabezpieczyłyby okolicę od upadku ceny jej produkcyi.”

Tak zatem perspektywy ekonomiczne naszego miasta nie rysowały się obiecująco, jak zatem poprawić sobie humor? Najlepiej skorzystać z któregoś z wydarzeń kulturalnych, a było ich w tym czasie niemało:

„W czwartek przyszły odbędzie się koncert pana Gustawa Friemana solisty – skrzypka dworu Hessen – Darmsztadzkiego ze współudziałem pianisty pana Henryka Schultza. Pan Gustaw Frieman zaszczytne zajmuje miejsce pomiędzy pierwszorzędnymi skrzypkami naszymi, a zagranicą zdobył sobie wśród znawców uznanie; pana Schultza grę poprawną i czystą zna już publiczność nasza z jego pobytu z wiolonczelistą Arwodem Poortenem.”
„Konkurs imienia hrabiego Fredry rozstrzygniętym został we Lwowie w dniu 19b.m. Pierwszą nagrodę otrzymała komedya w 5 – ciu aktach pt „Artykuł 264”, której autorem, jak się po otwarciu kopert okazało, jest pan Kazimierz Zaleski, nasz ziomek – płocczanin, tak znamienicie już literaturze dramatycznej zasłużony.”

„Wisienką na torcie” okazał się pobyt w Płocku pewnego aktora:

„Miasto nasze dawno już nie miało w swych murach tak znakomitego ziomka gościem, jak obecnie. Wincenty Rapacki – pierwszorzędny artysta i pisarz dramatyczny – aktor i poeta – człowiek wielkiego talentu i wykształcenia, który słowem żywem i pisaniem gra umiejętnie na strunach naszych serc, wczoraj przybył do nas z Warszawy na tydzień cały. Gościa tego witamy z najserdeczniejszym uczuciem, bo podwójnie miłym jest dla nas; raz jako człowiek wielkiego talentu, po wtóre jako płocczanin, który ziemi swojej niespożytą chlubę przynosi. Pana Rapackiego przywiodły w nasze strony sprawy rodzinne, jednakże jako dobry płocczanin i człowiek serca oświadczył się z gotowością złożenia daniny z talentu, ubogim stron rodzinnych. Artysta przyrzekł wziąć udział w dwóch przedstawieniach w czwartek i piątek. We czwartek dany będzie „Stary jegomość”, „Ciężka próba” i „Pustynia”, w piątek zaś „Partya pikiety”, „Broń niewieścia” i „Epilog Wita Stwosza”. Będą to prawdziwe uroczystości sceniczne. „Epilog” jest uzupełnieniem dramatu Wincentego Rapackiego „Wit Stwosz”. Są w nim przedstawione ostatnie dnie życia wielkiego i nieszczęśliwego artysty; jest to przygrywka mistrza na nutę poważną, tkliwą a wzniosłą do słynnego obrazu mistrza barw i kształtów – Matejki.”

Emfaza dziennikarza „Korespondenta”, z jaką witał w naszym grodzie dostojnego gościa była jak najbardziej uzasadniona. Wincenty Rapacki (1840 – 1924) był wybitnym aktorem, reżyserem teatralnym i dramaturgiem. Urodził się w Lipnie, uczęszczał do płockiego gimnazjum, a potem podjął naukę w Szkole Dramatycznej w Warszawie. Grając na deskach różnych teatrów, przemierzył całą Europę. Trochę chyba przez nas zapomniany i niedoceniany, warto zatem podczas naszej eskapady przez wieki przypomnieć tak zasłużoną dla polskiej sceny postać oraz troszkę poszczycić się regionalnymi koligacjami.

A przed nami oczywiście kolejne podróże… Jeszcze nie raz odkryjemy zaskakujące historie, dowiemy się o losach ludzi, którzy je tworzyli…