Okiem Robaka: Ateny toną…

REKLAMA

Tak się złożyło, że kilka dni temu dane mi było zbadać sprawę osobiście, jak to jest naprawdę w tych Atenach – na miejscu i to przez prawie tydzień. Oczywiście, przygotowując się do podróży na własną rękę, nie omieszkałem zasięgnąć języka, czyli poczytać, co też na ten temat pisze się w internecie, ewentualnie skorzystać z zasłyszanych opinii tych, którzy mieli okazję być tamże w ostatnim okresie.

25 lat temu Elektryczne Gitary wyśpiewały, że tonie Wyszków, czy zatem ten sam Armagedon niespodziewanie dotknął stolicę Hellady? Czyżby jednak był to inny rodzaj kataklizmu – fala uchodźców, bezdomnych, a może toną w powodzi nieutylizowanych śmieci? Czyżby dotknęła miasto nieznana na naszym kontynencie epidemia lub też kolejny kryzys finansowy, a zanim seria strajków i zamieszek ulicznych? Cóż jeszcze mogło się wydarzyć, bo nie wiadomo czego się bać i z jakiej przyczyny Ateny, niczym ognisko zarazy, szerokim łukiem omijać?

W Grecji byłem po raz pierwszy przed wielkim kryzysem w 2010 roku, kiedy jeszcze była krainą wymarzonych wakacyjnych eskapad Polaków. Gdy nastąpił krach finansowy, Hellada w jednej chwili straciła na wartości – niestabilność finansowa, chaos, niepewność, niepokoje społeczne przyczyniły się do spadku zaufania turystów, co też i nie dziwi, bo w końcu każdy chciałby przez kilkanaście dni w roku w godziwych warunkach porządnie wypocząć, a nie ściągać na swą głowę pasmo kłopotów.

PowiązaneTematy

Jednakże od 2010 roku minęło już trochę czasu i nawet kraje będące do tej pory gwarantem bezpieczeństwa wewnętrznego i stabilności, ucierpiały na skutek ataków terrorystycznych, kryzysów finansowych i gospodarczych, czy też społecznych. Jednym słowem, w naszych oczach Stary Kontynent sypie się, tylko że w niektórych krajach jakby szybciej. Nie ulega też wątpliwości, że dobrą opinię niezwykle łatwo stracić, jednakże odbudowuje się ją latami.

Fot. Waldemar Robak

Tak się złożyło, że kilka dni temu dane mi było zbadać sprawę osobiście, jak to jest naprawdę w tych Atenach – na miejscu i to przez prawie tydzień. Oczywiście, przygotowując się do podróży na własną rękę nie omieszkałem zasięgnąć języka, czyli poczytać, co też na ten temat pisze się w internecie, ewentualnie skorzystać z zasłyszanych opinii tych, którzy mieli okazję być tamże w ostatnim okresie.

W związku z tym czuję się w obowiązku zdementować przeważającą część mitów, powtarzanych niczym mantrę, krążących na temat stolicy Hellady.

Rozpocznijmy od zwierząt. Po ulicach nie krążą hordy krwiożerczych szczurów, które miałyby terroryzować całe dzielnice i uprzykrzać życie ich mieszkańcom – ani w dzień, ani wieczorową porą. Może coś mi padło na oczy, jednakże nie widziałem choćby jednego egzemplarza tego gryzonia. Nie ma też sfor bezpańskich psów; te które zaobserwowałem podążały posłusznie na smyczy. Tu, na marginesie, Grecy nie mają oporów, aby posprzątać nieczystości po swych pupilach, do czego wciąż nie mogą się przekonać właściciele naszych czworonogów. Według wieści miałem również spotkać stada dzikich kotów; te które przebiegły mi drogę występowały pojedynczo, wyglądały na zadbane i nie sprowadziły na mnie żadnej hekatomby.

Zgodnie z internetowymi ostrzeżeniami, stolicę Grecji mieli opanować uchodźcy z Afryki i Bliskiego Wschodu, bezdomni i narkomani. Niewielką ilość ludzi bez dachu nad głową zaobserwowałem w Pireusie, a z reporterskiej uczciwości nadmienię, że spotkałem również kilku żebraków na schodach ateńskiego metra; nie narzucali się natrętnie, spokojnie oczekiwali na jałmużnę; ich liczba była zupełnie porównywalna z tą występującą w polskich miastach. Uchodźców, na miły Bóg, nie widziałem, może znów miałem coś nietęgo ze wzrokiem.

Fot. Waldemar Robak

Protesty i niebezpieczne zamieszki na ulicach również mnie ominęły. Owszem, jakiś czas temu widziałem je w wiadomościach i trzeba przyznać, że na pewno skóra cierpnie, jeżeli przypadkowo znaleźlibyśmy się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Tym niemniej, ażeby doświadczyć porównywalnej ekscytacji, wystarczy w jednym z naszych miast, w trakcie jakiegoś meczu nieopatrznie „zaplątać się” pomiędzy atawistycznie nie przepadających za sobą się fanów futbolu. Natychmiastowy przypływ adrenaliny gwarantowany.

Niemal zapomniałbym o domniemanych, a licznych szajkach złodziei kieszonkowców, grasujących w środkach miejskiej komunikacji, na ulicach i wszędzie tam, gdzie gwarno i tłoczno. No cóż zrobić – nie okradli mnie, być może za mało się starałem, nie nosząc portfela na wierzchu, jakby sam domagał się o natychmiastową zmianę właściciela na bardziej rozgarniętego.

A sami Grecy? Opinia, iż są zbyt wyluzowani, niesolidni, czas traktują nadzwyczaj swobodnie i hołdują „tumiwisizmowi” określanego tam słowem „maniana” jest ze wszech miar krzywdząca.

Po kryzysie przyszło im żyć dużo skromniej, co zresztą nie jest dla nas bez znaczenia, bowiem poziomem cen towarów i usług zbliżyli się do naszych realiów, co dla polskich, potencjalnych turystów nie jest bez znaczenia. Pobyt w Atenach nie drenuje konta z szybkością światła, tak charakterystyczną dla innych europejskich metropolii.

Nadzwyczaj mocno zakorzeniło się również przeświadczenie, że Grecy używają w przemożnej większości jedynie własnego, narodowego języka, dlatego też, żeby cokolwiek zjeść, kupić, załatwić trzeba się najpierw mocno napracować rękami. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy biegle językiem angielskim posługiwała się sprzedawczyni w markecie spożywczym, policjant, taksówkarz, sklepikarz, czy też starszy jegomość przesiadujący zwyczajem południowców na plastikowym krzesełku, a w kolejkach metra i autobusach płynęły komunikaty w obydwu językach…

A propos, skoro my, płocczanie również aspirujemy do europejskości, może by tak ułatwić przybyszom z wszelakich zakątków świata podróżowanie miejskimi autobusami, wprowadzając angielskojęzyczną informację głosową… Pewnie my sami też mielibyśmy okazję trochę się podszkolić.

Jako wisienkę na torcie pozostawiłem chyba najbardziej kuriozalny, powielany na forach internetowych stereotyp: „W Atenach nie ma co zwiedzać, bo są tam same ruiny…”. Poniekąd jest w tym twierdzeniu nawet jakaś logika, bo Legolandu stolica Hellady nie przypomina, aquapark to również nie jest, na Akropolu nie organizuje się multimedialnych pokazów typu „Światło i dźwięk”, nawet wszechmocny Zeus nie zieje ogniem i nie miota piorunami, żeby dzieciaki mogły popatrzeć…

Propagatorom tego przeświadczenia, które w „sieci” znajduje wciąż nowych zwolenników – malkontentów odpowiedziałbym, że nie uda się interesująco zwiedzić Aten bez minimum wysiłku w zakresie historycznego przygotowania i zaangażowania własnych pokładów wyobraźni. W końcu to starożytne „rumowisko” ma z grubsza licząc 2500 lat, przeżyło wiele – wojny, najazdy, katastrofy i trzęsienia ziemi… ale przede wszystkim tu rozpoczęły się dzieje europejskiej kultury!

Fot. Waldemar Robak

W moim przekonaniu, jeżeli chodzi zarówno o ilość, jak też i jakość autentycznych, starożytnych zabytków – nam brzęczą w kieszeni ledwie „moniaki”, tymczasem Grecy są w posiadaniu portfela wypchanego twardą walutą! Przecież właśnie w tym miejscu powstawały zręby demokracji, tu rodził się grecki teatr i właśnie tu podstawy swej filozofii formułował Sokrates, swe genialne rzeźby wykuwał w marmurze Fidiasz, tymczasem architekci wznosili monumentalne świątynie, przy czym ich metoda budowania stała się kanonem, powszechnie stosowanym nawet w erze współczesnej.

W ten sposób Ateny utonęły w morzu polskich stereotypów, tym niemniej mam nadzieję, że pozbawiłem Państwa przynajmniej kilku, rozpowszechnionych obaw na temat podróży do Grecji. Zaręczam, że ani razu przemierzając miasto zarówno w dzień, jak też i w nocy, nie poczułem zagrożenia dla własnego bezpieczeństwa. Swoją drogą jest zastanawiające, jak wiele fałszywych opinii powstało na temat sytuacji panującej w tym kraju; czyżbyśmy w ten sposób deprecjonując innych szukali remedium na własne słabości i kompleksy? Korzystając z internetowych podpowiedzi wciąż musimy brać pod uwagę, że bloga każdy pisać może, a jeszcze łatwiej przyjąć pozę eksperta i zamieszczać w komentarzach nieodpowiedzialne, absurdalne, a przede wszystkim szkodliwe farmazony, nie mające nic wspólnego z rzeczywistością.

Tak zatem warto pamiętać, że stereotypy zasadniczo pomagają nam w życiu, ale często stają się również nadmiernym uogólnieniem, bywają negatywne i wielokrotnie zawierają w sobie element niepotrzebnej przesady, wiodącej nas wprost na manowce.

Jak więc nie popaść w krąg fałszywych wyobrażeń? Chyba najlepszym lekarstwem na tę przypadłość jest „wietrzenie” umysłu, systematyczne weryfikowanie własnych poglądów i ocen, które jak widzimy, potrafią nas poważnie ograniczać. Niewątpliwie jednym z lepszych sposobów na definitywne usunięcie takich stereotypów – chwastów są bezpośrednie spotkania z ludźmi, dyskusje, czy też podróże, skłaniające do poczynienia własnych obserwacji i formułowania samodzielnych poglądów…