REKLAMA

W przeddzień finałów – jak przebiegał XXVI Płock Orlen Polish Open?

REKLAMA

Na kortach krytych MOSiR przy ul. Sportowej 3 rozgrywa się XXVI edycja Płock Orlen Polish Open. Z całego świata do Płocka przyjechali tenisiści na wózkach, sprowadzając ze sobą piękną pogodę.

2 czerwca

Wystartowali

POPO rozpoczęte! Punktualnie o godzinie 9:00 tenisiści wystartowali z pierwszymi grami. Dobrze przygotowane korty i dobrze przygotowani zawodnicy, a także kibice. Ci ostatni niestety w tym roku mogą podziwiać zmagania jedynie w Internecie. W naszym miasteczku turniejowym czuć atmosferę, której wszystkim brakowało.
Powiewają flagi, wszystkich witają wielkie dmuchane bramy. Choć powoli, to wracamy do normalności, a sport ponownie daje mnóstwo frajdy i satysfakcji.

Fot. Płock Orlen Polish Open

Nie ma lekko

Pogoda dopisuje, a słońce daje się we znaki zawodnikom grającym na krytych kortach. Nie słychać jednak głosów mówiących o zbyt wysokiej temperaturze. Mając na przeciwko trudnego przeciwnika, to uczucie po prostu znika wśród towarzyszących grze emocji.
Jako pierwszy w ćwierćfinale zameldował się Francesc Tur. Hiszpan po pięknej grze pokonał Polaka – Maksymiliana Szarego 6-1 , 6-2, a jego przeciwnikiem zostanie zwycięzca pojedynku Dobaczewski vs. Sommerfeld. Rozstrzygnięcie drugiej rundy już wkrótce.

Fot. Płock Orlen Polish Open

To był długi dzień 
Dzisiejszy dzień trwał naprawdę długo, a wszystko za sprawą wspaniałej postawy Tadeusza Kruszelnickiego. Rozstawiony z numerem dwa Guy Sasson trafił na bardzo twarde warunki. Kruszelnicki choć finalnie przegrał, odebrał mnóstwo sił rywalowi, który już jutro podejmie w ćwierćfinale turniejową ósemkę – Adama Kinowskiego.
W ostatnim rozpisanym dzisiaj spotkaniu poznaliśmy kolejnego ćwierćfinalistę. Jutro Francesc Tur podejmie Steffena Sommerfelda – zapowiada się naprawdę gorące spotkanie.
W kolejnych dwóch ćwierćfinałach zobaczymy pary polską oraz francuską. Kamil Fabisiak podejmie pomysłodawcę turnieju z 27 letnią tradycją – Piotra Jaroszewskiego. W drugim spotkaniu zmierzą się Geoffrey Jasiak oraz Anthony Bocle.

Fot. Płock Orlen Polish Open

3 czerwca

Przychodzi puenta do korekty

Przychodzi baba do lekarza… Stop, to nie ta historia. Przychodzi dziennikarz do sędziego i pyta, kto gra.
– Masz plan gier?
– Mam.
– No to po co głupio pytasz? Zaczęli pół godziny temu, więc na każdym korcie trwa pierwszy mecz.
– Mógł być krecz.
Sędzia się zdziwił. Wózkarzom krecze zdarzają się bowiem znacznie rzadziej niż ich zdrowym kolegom. Wczoraj Thomas Dodds z RPA z trudem skończył pojedynek pierwszej rundy. Źle się czuł, potrzebował przerwy medycznej, ale wrócił na kort, a po meczu zapisał się jeszcze do turnieju pocieszenia.
Prawdziwy sportowiec nie oczekuje współczucia; jedynym antidotum na porażkę jest tylko zwycięstwo. Dziś Thomas Dodds nie znalazł na korcie pocieszenia – przegrał i z Przemysławem Bonio, i ze słabościami swojego organizmu. Los nie chciał dopisać oczekiwanej puenty do dialogu sędziego z dziennikarzem. Wprawdzie mecz nie został dokończony, ale gorzej by było, gdyby skreczował zdrowy rozsądek.

Fot. Płock Orlen Polish Open

Nudne pytanie



Związek między Płockiem a Paryżem wydaje się oczywisty – i tu, i tam o tej samej porze roku grają w tenisa. Można nawet mówić o pewnej wyższości Płocka, bo tutejszy turniej solidnie zakotwiczył w kalendarzu, natomiast Roland Garros błąka się między majem a październikiem.
Cóź mieli zrobić dwaj Francuzi – Geoffrey Jasiak i Anthony Bocle – gdy najważniejsze korty w ich kraju od kilku dni są zajęte od świtu do zmroku, a nawet jeszcze dłużej? Spakowali manatki i przyjechali do Płocka. Z losowania wynikało, że mogą spotkać się w ćwierćfinale, więc się spotkali. Emocji, trzeba przyznać, nie było, natomiast dobrych zagrań godnych oklasków nie zabrakło.
Geoffrey Jasiak zaimponował nie tylko umiejętnościami tenisowymi, ale jeszcze dzielnie zniósł pytanie o polskie korzenie. Polsko brzmiące nazwisko ma oczywiście po tacie, natomiast polski ślad w historii rodziny urwał się na dziadku. Geoffrey po polsku już nie mówi, w Polsce jest drugi raz w życiu, a we Francji nie ma żadnego kontaktu z polską diasporą.
Do ustalenia pozostała jeszcze wymowa nazwiska. Wprawdzie Jasiak brzmi swojsko, ale Żazjak poprawnie.

Fot. Płock Orlen Polish Open

4 czerwca

Wszystkie drogi do finału

Nie wierzcie we wszystko, co przeczytacie. Podobno wszystkie drogi prowadzą do Rzymu… All roads lead to Rome… Todos los caminos conducen a Roma… Alle Wege fuehren nach Rom… Tous les chemins menent a Rome…
Dziś na uczestników turnieju spadł miły obowiązek. Zostali zaproszeni pod „ściankę” z logotypami sponsorów zawodów i poproszeni o odpowiedź na kilka pytań. Żeby było sprawiedliwie, wszyscy dostali te same pytania, i wszyscy odpowiadali podobnie. Jednoosobowe i samozwańcze jury uznało, że najciekawszej odpowiedzi na pytanie „Czy będziesz zachęcał znajomych grających w tenisa, żeby przyjechali do Płocka?”, udzielił Anthony Bocle:
– Yes. This is place to be!
Jak w każdym turnieju, wszystkie drogi prowadzą do finału. Wszystkie dwie, bo im bliżej celu, tym węższe stają się te drogi. Zmieniają się w ścieżki i coraz mniej zawodników się na nich mieści. Dziś zostało tylko dwóch – Kamil Fabisiak i Guy Sasson. Pierwszy powie, że wszystkie drogi prowadzą do Płocka, a drugi, że כל הדרכים מובילות לפלוק.

Dialekt deblowy

Ta opinia jest subiektywna i niereprezentatywna. Obok kortów można było usłyszeć, że wystarczy mówić po angielsku, i to w stopniu nieprzesadnie zaawansowanym, aby odnosić sukcesy w deblu. Po pierwsze – wybrać sobie partnera, który potrafi grać; po drugie – we właściwym momencie krzyknąć „You!” i pozwolić mu zdobyć punkt.
Dziś tę opinię dałoby się nawet uzasadnić, ponieważ mecze półfinałowe wygrały pary zmuszone do porozumiewania się po angielsku. Kamil Fabisiak i Piotr Jaroszewski dogadywali się „Twoja!”, „Moja!” i bardzo długo szachowali Tadeusza Kruszelnickiego i Steffena Sommerfelda. Polak i Niemiec od czasu do czasu dorzucali także „Me!”, co pomogło im odrobić stratę seta i wygrać dwa tiebreaki – najpierw zwykłego, a potem meczowego.
Dwa korty dalej Jakub Dominik Bukała i Francesc Tur, reprezentujący wprawdzie dwa różne kraje, też mieli wspólny język, bo od kilkunastu lat Polak mieszka w Barcelonie. Gdyby jednak przeszli nawet na kataloński, to i tak nie daliby rady Geoffreyowi Jasiakowi i Guyowi Sassonowi. Tenisiści z Francji i Izraela tylko w pierwszym secie mogli mieć wątpliwości, czy „You!” naprawdę znaczy „You!”, zaś w drugim nie oddali rywalom nawet gema.

Fot. Płock Orlen Polish Open

Źródło: Płock Orlen Polish Open

Zostań Patronem PetroNews.pl - Wspieraj swoje lokalne media KLIKNIJ!

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Reklama

Najchętniej dzisiaj czytane

Reklama


REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU