Do niebezpiecznego zdarzenia doszło w sobotę, 29 sierpnia, w rejonie ul. Maneżowej w Płocku. Dwa psy wydostały się z posesji i biegały bez nadzoru po okolicy. Według relacji naszego czytelnika, jeden z nich zaatakował jego psa podczas spaceru. To kolejny taki przypadek z udziałem tych zwierząt.
O sprawie poinformował czytelnik, który w sobotę spacerował ze swoim psem. Jak relacjonuje, 29 sierpnia w rejonie ul. Maneżowej w Płocku zaatakował ich pies, którego określa jako pitbulla lub amstaffa.
– Pitbull lub amstaff z Maneżowej zaatakował mojego psa i nas podczas spaceru. Podobno już kilka razy te psy atakowały inne psy. Zadzwoniłem pod numer 112, policja pojawiła się po około 15 minutach od zgłoszenia – przekazał Płocczanin.
Czytelnik zwraca uwagę, że problem może dotyczyć większego obszaru i apeluje o ostrożność szczególnie w rejonie ulic Maneżowej, Saperskiej, Kaczej i Lenartowicza.
Policja: psy uciekły z posesji
Informacje o psach biegających bez nadzoru potwierdza kom. Monika Jakubowska, oficer prasowa płockiej policji.
– 29 sierpnia około godz. 17 płoccy funkcjonariusze podjęli interwencję przy ul. Maneżowej. Ze zgłoszenia wynikało, że w okolicy biegają psy, które są agresywne. Funkcjonariusze na miejscu zastali patrol Straży Miejskiej oraz świadków zdarzenia – informuje kom. Monika Jakubowska.
Policjanci skontaktowali się również z właścicielem zwierząt.
– Policjanci w rozmowie z właścicielem ustalili, że psy uciekły z posesji podczas jego nieobecności. Mundurowi sporządzili dokumentację w celu skierowania wniosku o ukaranie do sądu w związku z niezachowaniem ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia, czyli art. 77 Kodeksu wykroczeń – wyjaśnia oficer prasowa.
W niedzielę, 30 sierpnia, zwierzęta zostały odłowione przez właściciela oraz funkcjonariuszy Straży Miejskiej. Potwierdza to również st. asp. Jolanta Głowacka, rzecznik prasowa Straży Miejskiej w Płocku. Jak wyjaśnia, odłowienie psów wymagało interwencji aż dwóch patroli strażników miejskich, a trzeci patrol musiał włączyć sygnały dźwiękowe, aby syn właścicielki psów wyszedł z domu.
– Były pisane wnioski do sądu, były nakładane mandaty. Składaliśmy również pismo do Urzędu Miasta Płocka o czasowe odebranie psów, jednak urząd miasta odmówił takiej interwencji. Będziemy ponownie składać wniosek – zapewnia rzeczniczka Straży Miejskiej w Płocku.
Podobna sytuacja wydarzyła się w marcu
Sobotni przypadek nie jest pierwszym w tym roku zdarzeniem w Płocku związanym z psami, które wydostały się z posesji i miały zaatakować inne zwierzę. Te same psy wydostały się z posesji również 17 marca 2026 roku. Wówczas przemieszczały się po Płocku, a jeden z mieszkańców informował, że zaatakowały jego psa, który wymagał pomocy weterynaryjnej.
Po marcowym zdarzeniu Straż Miejska w Płocku informowała, że właścicielka nie zachowała wymaganych środków ostrożności, przez co psy wydostały się z posesji. Do sądu miał zostać skierowany wniosek o jej ukaranie. Strażnicy zapowiadali również wystąpienie do Urzędu Miasta Płocka o czasowe odebranie zwierząt. Co więcej, już wtedy st. insp. Jolanta Głowacka, rzecznik Straży Miejskiej w Płocku, przekazywała, że służby wcześniej interweniowały w sprawie tych samych zwierząt, a postępowania kończyły się m.in. mandatami związanymi z niezachowaniem ostrożności przy trzymaniu psów.
Co mówi prawo?
Podstawowym przepisem stosowanym w takich sytuacjach jest art. 77 Kodeksu wykroczeń. Zgodnie z § 1 osoba, która nie zachowuje zwykłych lub nakazanych środków ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia, może zostać ukarana ograniczeniem wolności, grzywną do 1000 zł albo naganą. Surowszą odpowiedzialność przewiduje § 2, jeśli chodzi o zwierzę, które swoim zachowaniem stwarza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia człowieka.
Znaczenie ma również ustawa o ochronie zwierząt. Zabrania ona puszczania psów bez możliwości ich kontroli i bez oznakowania pozwalającego zidentyfikować właściciela lub opiekuna. Wyjątkiem jest teren prywatny, ale pod warunkiem, że jest on ogrodzony w sposób uniemożliwiający psu wydostanie się na zewnątrz.
Samo stwierdzenie, że pies „uciekł z posesji”, nie oznacza więc automatycznie zwolnienia właściciela z odpowiedzialności.
Pitbull a amstaff. Prawo traktuje je inaczej
Warto też wyjaśnić kwestię rasy psa. Czytelnik nie był pewien, czy zwierzę, które zaatakowało jego psa, było pitbullem czy amstaffem. Ma to znaczenie prawne.
Obowiązujące rozporządzenie MSWiA wymienia 11 ras uznawanych za agresywne, a wśród nich znajduje się amerykański pit bull terrier. Na liście są również m.in. rottweiler, dog argentyński, buldog amerykański, tosa inu i owczarek kaukaski. American Staffordshire Terrier, popularnie nazywany amstaffem, nie znajduje się na tej liście.
Utrzymywanie psa rasy uznanej prawnie za agresywną wymaga zezwolenia wydawanego przez właściwy organ gminy. Co więcej, zezwolenie może zostać cofnięte, jeżeli zwierzę jest utrzymywane w warunkach lub w sposób stwarzający zagrożenie dla ludzi albo innych zwierząt.
W przypadku sobotniego zdarzenia policja nie podała jednak rasy psów, dlatego na tym etapie nie ma podstaw, aby uznać, że którykolwiek z nich należy do rasy znajdującej się w ustawowym wykazie.
Kto zapłaci za leczenie zaatakowanego psa?
Odpowiedzialność właściciela może mieć również charakter cywilny. Zgodnie z art. 431 Kodeksu cywilnego osoba, która chowa zwierzę lub się nim posługuje, co do zasady odpowiada za wyrządzoną przez nie szkodę także wtedy, gdy zwierzę zabłąkało się lub uciekło.
W praktyce oznacza to, że jeżeli zaatakowany pies wymaga leczenia, jego opiekun może dochodzić od osoby odpowiedzialnej za drugie zwierzę zwrotu poniesionych kosztów, o ile spełnione są przesłanki odpowiedzialności. Dlatego warto zachować rachunki i dokumentację weterynaryjną, zdjęcia obrażeń oraz dane świadków zdarzenia.
Sobotni przypadek pokazuje przede wszystkim, jak poważne konsekwencje może mieć niewłaściwe zabezpieczenie posesji. Bez względu na rasę i wielkość psa obowiązek zapewnienia, aby zwierzę nie stwarzało zagrożenia dla ludzi i innych zwierząt, spoczywa na jego właścicielu.












































