Socjologowie nazywają ich Generacją Y. Są to ludzie urodzeni w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Nie pamiętają pustych półek i kolejek do sklepów, Polskę Ludową znają z filmów Barei i książek do historii. Ich młodość przypada na rewolucję cyfrową, a początki kariery zawodowej na wielki kryzys. W niektórych regionach naszego kraju nawet co trzeci z nich nie mógł znaleźć zatrudnienia. Po studiach spakowali więc walizkę i wyruszyli na zachód.

Rzeczywistość XXI wieku

W Unii Europejskiej prawdziwą plagą jest brak pracy młodych ludzi. Najgorzej jest w krajach południowych – bez pracy jest nawet kilkadziesiąt procent osób do 30. roku życia. W Polsce jest nieco lepiej, choć wcale nie kolorowo. Najlepiej jest w dużych miastach. W takich ośrodkach jak Warszawa, Poznań czy Wrocław bezrobocie wśród młodych w wieku 25-34 jest w zasadzie marginalne i wynosi kilka procent. Znacznie gorzej jest na wschodzie kraju i w mniejszych miejscowościach. Pod koniec 2015 roku bezrobocie w Polsce wynosiło 9,6%. W naszym mieście bez pracy pozostawało 10,2% mieszkańców. Ile wśród nich jest osób młodych? Na pewno wielu.

Zwróćmy uwagę także na poziom wykształcenia Polaków. Po upadku komunizmu, młodzi Polacy masowo ruszyli na uniwersytety, marzeniem każdego rodzica było zobaczyć magiczne trzy litery przed nazwiskiem dziecka. Taki był też przekaz ze strony państwa, które w wyniku braku chętnych likwidowało szkoły zawodowe. Od początku XXI wieku odsetek Polaków z wyższym wykształceniem niemal się podwoił i dziś wynosi ponad 17%. I ciągle rośnie, bowiem na uczelniach wyższych studiuje obecnie około 2 mln osób. Na nic się zdają powtarzane od kilku lat apele, że wystarczy nam już prawników, socjologów, pedagogów. Tytuł magistra od lat nie jest gwarantem dobrze płatnej pracy.

– Popełniono ogromny błąd – mówi Marek, właściciel jednej z płockich firm. – Pchanie młodzieży na siłę do liceów, a potem na studia, to jakaś paranoja. Konsekwencją był upadek szkół zawodowych. Teraz mamy trudną sytuację, bo brakuje wykwalifikowanych robotników, przedsiębiorcy mają problem. Brakuje rąk do pracy, naprawdę ciężko jest znaleźć dobrego specjalistę. Nawet młodzież po technikum często niewiele potrafi, a co gorsza, nie chcą się uczyć. Zupełnie nie rozumiem, dlaczego dzisiejsza młodzież uważa, że bycie mechanikiem, cukiernikiem czy szewcem jest w jakiś sposób gorsze. Przecież wszyscy są potrzebni społeczeństwu – ubolewa przedsiębiorca.

Podobną tendencję zauważa Luiza Kalinowska-Skutnik, dyrektor niepublicznego przedszkola „Gucio” i Szkoły Podstawowej „Cogito”.

– Studia nie przygotowują do zawodu, potem musi nastąpić praktyka, żeby wszystko zweryfikować. Kiedy podejmowałam pierwszą pracę, w ogóle nie patrzyłam na zarobki. Wręcz przeciwnie – cieszyłam się, że ktoś mi daje szansę. Jestem wykładowcą, kilkukrotnie dałam swoim studentom szansę na zdobycie doświadczenia. Niestety, dochodziło do bardzo przykrych sytuacji. Okazywało się, że poprzeczka sobie jest stawiana bardzo nisko, natomiast mi, jako pracodawcy, bardzo wysoko. Młodzież często ustala wysokość pensji i mówi, że za mniejsze pieniądze nie będzie pracować. Nie tędy droga – mówi ze smutkiem.

CV puste, oczekiwania ogromne

Często pracodawcy, oprócz comiesięcznej pensji, oferują swoim pracownikom bonusy. Nie chodzi tu bynajmniej o prowizje, które są standardem w niektórych zawodach. W XXI wieku firmy motywują swoich pracowników karnetami na siłownię, prywatną opieką medyczną czy przedszkolem dla dzieci. Możliwości jest naprawdę wiele, jednak w większości dotyczą one pracowników dużych korporacji w wielkich miastach.

Okazuje się jednak, że w Płocku oczekiwania młodych ludzi też bywają niemałe.

– Początek kariery zawodowej niekoniecznie wiąże się z wysokimi zarobkami, ale przede wszystkim ze zdobywaniem jakże potrzebnego doświadczenia w danej dziedzinie – mówi Barbara Reszczyńska, pedagog w Zespole Szkół nr 6, popularnej Jagiellonce. – Młodzież bardzo często nie chce pracować za przysłowiowe grosze. Nie są do końca przekonani, że mając studia i znając języki muszą pracować za podstawowe wynagrodzenie, które pozwoli zaspokoić główne potrzeby – wyjaśnia pedagog.

Jednocześnie zauważa, że przed dzisiejszymi pracownikami stawia się coraz większe wymagania. Internet drwi z ogłoszeń, w których pracodawcy wymagają od aplikantów mobilności, dyspozycyjności, tytułu magistra, znajomości przynajmniej dwóch języków i, oczywiście, doświadczenia. Niestety, takie też się zdarzają. Są też oczywiście normalnie ogłoszenia, w których jednak wymagania też są niemałe. – Tytuł magistra, podobnie jak język angielski, jest już standardem. Cały czas powtarzam młodzieży, żeby wykazywali więcej zaangażowania, uczestnicząc w kursach, szkoleniach, wolontariacie. Pokazują w ten sposób, że są kreatywni, twórczy, że chce się im pracować – dodaje Barbara Reszczyńska.

Czy młodzież jednak chce się uczyć? Jeśli mielibyśmy na to pytanie odpowiadać po liczbie aplikujących na studia, odpowiedź byłaby na pewno twierdząca. Trzeba jednak zwrócić uwagę na fakt, że poziom uczelni w ciągu ostatnich lat bardzo spadł. Widzą to wykładowcy, coraz częściej dostrzegają to politycy, którzy debatują nad reformą szkolnictwa wyższego.

Nie dostrzegają tego jednak studenci, którzy po skończonym liceum i zdanej maturze aplikują na uczelnie. Nie myślą o tym, że po ukończeniu studiów może nie być pracy. W dobrze działającym systemie, maturzyści z przeciętnymi wynikami nie mogliby liczyć na przyjęcie na niegdyś prestiżowe kierunki. Niestety, obecny system finansowania uczelni opiera się wyłącznie na liczbie studentów, co motywuje uczelnie do zwiększania limitów miejsc.

Dla przykładu, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w tym roku akademickim podwoił limit miejsc na wciąż popularnym prawie – zamiast 300 maturzystów, studia rozpoczęło ponad 600. Efektem tego są hordy absolwentów studiów humanistycznych, którzy nie mogą znaleźć zatrudnienia albo pracują znacznie poniżej swoich oczekiwań.

– Dwa lata temu zostałem magistrem politologii. W trakcie studiów zdarzało mi się być wolontariuszem przy różnych okazjach, przez pół roku pracowałem także jako kelner. Po studiach chciałem znaleźć pracę bliższą wykształceniu. Niestety, życie zweryfikowało moje plany i ambicje. Kilka tygodni poszukiwań, dziesiątki rozesłanych życiorysów. Byłem na kilku rozmowach, ale kończyło się tak samo. Było chwilowe podłamanie, ale się otrząsnąłem i znalazłem pracę w galerii handlowej. Tej wymarzonej nadal szukam – opisuje rzeczywistość absolwenta Bartek.

Gdzie popełniamy błędy?

Edukacja dziecka zaczyna się dużo wcześniej niż w pierwszej klasie.

– Musimy przyjąć zasadę: czy dziecko wychowujemy czy hodujemy – mówi Luiza Kalinowska-Skutnik. – Jeśli wychowujemy, to dzieci nie są roszczeniowe. Są uczone zasad, szacunku. Nie dostają wszystkiego, na co mają ochotę. Nie dostają tableta czy komórki w wieku 4 lat. Jeśli brak czasu dla dziecka zastępujemy materialnymi rzeczami, to wtedy mamy problem – zauważa dyrektor “Gucia”.

Wskazuje też, że w przedszkolu są różne dzieci i różni rodzice. Niektórzy dorośli od przedszkola i szkoły wymagają niemal wszystkiego. Niestety, nie tędy droga. – Jako dyrektor stawiam granicę. Możemy zrobić dużo, ale jesteście państwo tutaj niezastępowalnym ogniwem, bez którego nie będzie efektów – mówi bez ogródek.

Kiedy już nasza pociecha skończy przedszkole, następuje jeden najważniejszych etapów w ich życiu, który będzie trwał przez kilkanaście najbliższych lat. Szkoła. Na początku stresuje, przeraża, ale koniec końców wszyscy się do niej przekonują. Po beztroskich trzech latach, przychodzi czas na poważniejszą naukę, bowiem na koniec klas IV-VI, dziecko pisze swój pierwszy egzamin, który może zdecydować o przyjęciu do klasy w gimnazjum.

Podstawówkę wiadomo – każdy musi zaliczyć. Chodzi jednak o jak najlepszy wynik, ponieważ już na etapie gimnazjum zdarzają się klasy profilowane. Już w wieku 13 lat należy więc podjąć decyzję, na które przedmioty zwrócić większą uwagę. Jakby tego było mało, w gimnazjach z dziećmi pracują także… doradcy zawodowi. Czy młodzież w wieku 15 lat naprawdę jest w stanie zdecydować o swojej przyszłości? Dzieci są więc często kierowane przez rodziców.

– Uczeń w liceum musi wybrać sobie profil. Jeśli wybiera kierunek biologiczno-chemiczny, może mieć trudności w dostaniu się na studia humanistyczne. I odwrotnie. Młodzież jest ukierunkowana przez podstawę programową. Uważam, że powinna mieć większe pole manewru – wskazuje Barbara Reszczyńska.

Na początku XXI wieku bardzo mocno uderzono w szkolnictwo zawodowe. Założenie było takie, żeby młodzież szła do liceów, a następnie na studia. Młodym ludziom wręcz obrzydzono szkoły zawodowe i technika. Jednocześnie sugerowano, że po studiach czeka dobrze płatna praca. Uwierzyli w to rodzice, nauczyciele, a za ich sprawą także uczniowie. Coraz mniej młodych ludzi wybierało więc szkoły zawodowe i technika, w konsekwencji czego wiele z nich zamknięto. Efektem takiej polityki jest właśnie nadmiar wykształconych, z dyplomami nieprzedstawiającymi większej wartości i braki wśród takich zawodów jak mechanik, elektryk czy szewc. Zapomniano, że nie wszyscy mogą być prawnikami i lekarzami.

– Myślę, że to wina wszystkich po trochu. Rodziców, dzieci, pedagogów. Duże znaczenie ma wychowanie, towarzystwo w jakim się obracają. Często nauczyciel nie ma też możliwości dotarcia do każdego ucznia. Zawsze zdarzały się klasy, z którymi ciężko się pracuje. Teraz jest ich może po prostu trochę więcej. Zawsze byli uczniowie, którzy przychodzili do szkoły, bo musieli – zdradza Dariusz Tyburski, dyrektor Zespołu Szkół Technicznych nr 70.

Nadmienia jednak, że absolwenci jego szkoły są dobrze przygotowani do pracy. W ramach rotacyjnych praktyk, uczniowie pracują w zakładach pracy, które wychwytują najlepszych i oferują im pracę. – Przykładowo, co roku dzwoni do nas jedna z płockich firm i prosi o kilkunastu absolwentów technika z programowaniem obrabiarek numerycznych. Nie jest to proste – uśmiecha się dyrektor.

Jak można się domyślić, jest problem z rekrutacją do szkoły zawodowej w „siedemdziesiątce”. Ze słów dyrektora wynika, że najpierw oblegane są miejsca w technikum, a „zawodówki” zapełniają się dopiero w dodatkowych rekrutacjach. Paradoksalnie brzmi stwierdzenie, że większość absolwentów szkół zawodowych i techników pracę ma. A jednak to prawda.

Czy młodzież została oszukana przez system?

 – Ja bym powiedział, że nie. Trzeba sobie zadać pytanie czy to jest oszustwo, czy wybór. Ktoś tym człowiekiem pokierował. Rodzice często mówią, że jak masz iść do zawodówki, to idź do liceum profilowanego, może będziesz miał maturę – komentuje dyrektor.

Taki przeciętny uczeń chce kontynuować naukę na studiach, jednak po 3 czy 5 latach jest zawód, bo pracy nie ma, albo jest, ale za niewielkie pieniądze i w żaden sposób nie związana z wykształceniem. Podobny pogląd ma Luiza Kalinowska-Skutnik.

– Każdy człowiek ma los w swoich rękach, bez względu na okoliczności. Po części można to jednak ująć w kategoriach, że zostaliście oszukani. Nie można nieustannie przyjmować studentów na kierunki tylko dlatego, że jest nimi największe zainteresowanie, a nie ma po nich pracy. Niestety, nie myślimy przyszłościowo. Jeśli nie przyjmujemy studentów, to nauczyciele tracą pracę. Takie doraźne myślenie to błędne koło – wskazuje. – Nie we wszystkich zawodach potrzebne jest wyższe wykształcenie. Kiedy np. potrzebujemy wyremontować schody to jest problem, bo fachowcy są zawaleni robotą. Dlaczego młody człowiek wybiera pedagogikę, skoro wiadomo, że jest ciężko? Jest informacja, jakie kierunki warto studiować. Dlaczego nie pójdzie na politechnikę? Jeśli się nie nadaje, bo jest za trudno, to może warto poszukać czegoś innego? Warto ukończyć kursy, mieć w ręku jakieś rzemiosło. Chodzi o świadomość rodziców – koło się zamyka – dodaje.

Nie ma idealnej recepty na wychowanie swojego dziecka na przykładnego obywatela, który w przyszłości znajdzie dobrze płatną pracę. Luiza Kalinowska-Skutnik wskazuje, że trzeba rozmawiać ze swoim dzieckiem na bieżąco, a nie tylko przy okazji wyboru szkoły. – Dla mnie niezrozumiała jest presja, że wszyscy muszą mieć wyższe wykształcenie. Rodzice powinni podpowiadać, ale nie narzucać. Jednym słowem wychowywać. Nie można też narzucać parcia „po maturze musisz wybrać”. Nie ma nic gorszego niż wykonywanie pracy, której się nie kocha – radzi.

Jak sytuację postrzega młodzież? Zdania wśród młodych licealistów są podzielone.

– Uważam, że roszczeniowość jest cechą charakterystyczną Polaków. Myślę, że wszystko jest w naszych rękach. Jeśli ktoś kończy prawo czy pedagogikę i mówi, że mam magistra, ale zarabiam za mało, by utrzymać rodzinę, to jest to wyłącznie nasza wina. Bądź wyjątkowy, naucz się chińskiego – entuzjastycznie radzi Mateusz, uczeń I klasy w Jagiellonce.

– Sądzimy, że jeśli już skończyliśmy studia, to coś nam się należy, bo mamy możliwość wyjazdu z kraju. To jest roszczeniowość – dodaje Bartek. – Od dziecka wmawia się nam: zostań prawnikiem, lekarzem. Jeśli wszyscy poszlibyśmy tą drogą, to nie byłoby komu tego wszystkiego budować – przytomnie zauważa Małgosia. Czy przeraża ich wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi? Twierdząco odpowiedziała tylko dwójka z nich. – Absolutnie nie – odparł Mateusz.

Czy młodzież jest roszczeniowa? O tym fakcie jestem przekonany niemal w stu procentach. Oczywiście, jest to niesprawiedliwa generalizacja. Wielu młodych może poczuć się dotknięta takim stwierdzeniem, jednak po chwili refleksji być może przyznacie mi rację.

Uważam jednak, że młodzież została w jakiś sposób oszukana. Produkcja dziesiątek tysięcy licencjatów i magistrów doprowadziła do obecnej sytuacji. Jest to wina młodzieży, rodziców, ale i rządzących, którzy organizują ten system. Trudno się dziwić młodzieży, która nie chce pracować za 1200 złotych i szczęścia szuka w innych miastach lub wręcz zagranicą. Z takiej możliwości skorzystało już niemal 2 miliony Polaków, w większości młodych.

Płock też się wyludnia. Jeśli nie zatrzymamy odpływu młodzieży z naszego miasta, w ciągu kilkunastu lat staniemy się zagłębiem emerytów. Jak zdradziła nam Barbara Reszczyńska, część uczniów myśli o studiach poza granicami kraju, ale też wielu z nich deklaruje chęć powrotu do Płocka. – Mówią, że są związani z tym miastem i nie chcą żyć gdzie indziej – pociesza. Czy rzeczywiście po studiach wrócą do Płocka? Życie zweryfikuje ich plany.

Podziel się:

2 komentarze

  1. Pieniądze w Polsce są, ale dla wybranych. Taki prezes Orlenu, KGHM lub PGE zarabia ok. 200 tyś. zł. miesięcznie, a inny 1500 zł. Dlatego trzeba im zabrać i dać dobre wynagrodzenie pozostałym pracownikom. Każdy powinien zarabiać 5 tyś. na czysto. Tylko rząd tym prezesom nie zabierze, bo to ich prezesi. Jeżeli ludzie nie wyjdą na ulicę i nie będą agresywnie walczyć o swoje, to będą klepać biedę do końca życia. Protestują nauczyciele, górnicy, pielęgniarki, rolnicy i często dostają to czego żądają. To takie “święte krowy”. Dlaczego na ulicę nie wyjdą bezrobotni, których w Polsce są miliony? Popadli w marazm, jest tak im dobrze, czy nie potrafią się zorganizować?

  2. Zdecydowanie pokolenie 20-latków jest roszczeniowe. I powinno takie być.
    Nie może być tak, że w Unii Europejskiej pracownik zarabia 300 Euro. To nie jest wina jego pracodawcy a potężnych kosztów i znikomego rynku. Bo kto ma zapłacić pieniądze pracodawcy? Klienci którzy zarabiają po 300 euro? STARZY i nie roszczeniowi po prostu przywykli do biedy bo, nie mieli kablówki tylko wiedzę że muszą sobie poradzić. Niech młodzi się buntują. Niech nie pracują za mniej niż 8 czy 12 tyś zł ale w budżetówce! Prywatni pracodawcy też będą mogli zapłacić im ALE dopiero wtedy, kiedy pani nauczycielka wyda u niego konkretną kwotę a pan z biura obsługi urzędu kupi po pół roku pracy mieszkanie i zacznie w nie inwestować. Buntować się i żądać pieniędzy. Nie jesteście gorsi od Niemców czy Irlandczyków tylko rządy was nauczyły “że tak musi tu być” nie musi. Zobaczcie ile posłowie zarabiają. 30 tyś co miesiąc. To dwa razy tyle co powinna wynosić wasza pensja.

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji