REKLAMA

Porozmawiajmy o CC…

REKLAMA

Nie, nie pomyliłem się w tytule, bowiem nie chodzi mi tu o zareklamowanie znanej polskiej firmy obuwniczej w barwach pomarańczy (brakowałoby jednego „c”), ani o CopyCat czy o posiadanie Orderu Kanady. CC to skrót od niezwykle interesującej platformy – Creative Commons.

Właśnie powróciliśmy z wakacji i nie ma siły – coś nakręciliśmy, coś uwieczniliśmy smartfonem, czy też tabletem, a może ułożyliśmy piosenkę, zaśpiewaliśmy jakiś protest song, ale brakuje nam wizualnej oprawy albo też odwrotnie – nastrojowej muzyki… Jeżeli chcemy pochwalić się naszymi dokonaniami po raz n-ty, prezentując swe wakacyjne „skalpy” zdjęcie po zdjęciu u cioci na imieninach, to możecie być pewni, że w końcu zarżniecie nudą swą jeszcze do niedawna liczną publiczność, rzedniejącą w szybkim tempie z każdym waszym letnim podbojem świata. Jednakże przecież wakacyjne wspomnienia można znacząco uatrakcyjnić, a imprezka u cioci nabierze zupełnie nowego wymiaru…

PowiązaneTematy

Zapytacie Państwo, w jaki sposób? Wystarczy stworzyć prezentację; do zdjęć podłożyć muzykę albo też odwrotnie – melodię uzupełnić trafnymi wizualizacjami. Można też przecież podejść do sprawy z jeszcze większym rozmachem i zaszaleć, chociażby  na niezwykle popularnym kanale YouTube… tylko, że w pozornie prostej recepturze na sukces jest oczywiście, jak to bywa w życiu, pewien haczyk – jak to zrobić, żeby nasze dzieło było na pełnym „legalu”?

Tu musimy na chwilę wrócić do źródeł. Kiedyś życie było prostsze. Co tydzień w eterze pojawiał się jakiś radiowy przebój i nikt – tak! Dosłownie nikt się nie zastanawiał, czy może ten utwór dla swoich celów i na własne potrzeby wykorzystać. Top listy nagrywane na „kaseciakach” i odtwarzane w trakcie „domówek” były sznytem PRL-u i lat dziewięćdziesiątych. Szybko jednakże okazało się, że twórczość muzyczna, plastyczna, fotograficzna, filmowa i wiele innych generują potworną kasę, a jak wiadomo, tam, gdzie jest wielki szmal, nie ma miejsca na beztroski „spontan”.

Tak zatem niemal natychmiast powstał artystyczny rynek, a koncerny, wydawnictwa i wytwórnie tuczące się na twórcach z każdą emisją, czy też edycją utworów, miały się coraz lepiej. Nie można było jednakże tego stanu osiągnąć bez specjalnych praw, gwarantujących wyłączność na dysponowanie określonym dziełem. Tak właśnie powstało sakramentalne „Copyright” (wszelkie prawa zastrzeżone) – klauzula informująca wszystkich, że prawa do utworu posiada ten podmiot, który umieścił tę formułę.

Jeżeli zatem posiadamy w swych zasobach oryginalną płytę opatrzoną tym znakiem, to możemy ją wykorzystać jedynie w warunkach domowego zacisza, ewentualnie wypożyczyć swym najbliższym lub znajomym, a także na własny użytek wykonać jej kopię – w Internecie, czy też publicznej prezentacji już nie poszalejemy.

I tu z pomocą przychodzi nam Creative Commons – organizacja non-profit założona w 2001 roku w USA, posiadająca na całym świecie wiele oddziałów. W Polsce jej agenda działa od 2005 roku. Jak się okazało, powszechna komercja i monopol poważnie zawęziły dostęp do rynku szerokiemu spektrum twórców, promując tylko tych uznanych, z potwierdzoną metryką, łatwo sprzedających się, przynoszących gwarantowane swym nazwiskiem i marką profity.

Tymczasem ci „bez rodowodu”, ale nie mniej zdolni i kreatywni, przez lata dreptali w miejscu marząc, by kiedyś wreszcie dostać się na szczyt. Stało się to realne dzięki platformie Creative Commons, oferując atrakcyjne zarówno dla twórców, jak i odbiorców reguły gry. W tym miejscu nurtuje nas na pewno pytanie, na jakich zasadach to działa?

Rozpocznę trochę od końca – twórca niejako zawczasu udziela zgody na korzystanie ze swego utworu, określając jedynie, w jaki sposób powinno ono przebiegać. Skoro tak, to rodzi się kolejne pytanie – ile za to trzeba zapłacić? I ta odpowiedź może nas nieźle zaskoczyć – otóż zupełnie nic! Wykorzystujemy cudze dzieło zupełnie „za free”, byleby tylko uszanować warunki, na jakich autor je światu udostępnił! Tym sposobem zyskujemy jak najbardziej legalny dostęp do utworu, możemy go też dowolnie wykorzystać, nie obawiając się, że zostaniemy posądzeni o kradzież cudzej własności intelektualnej.

Wcześniej napisałem jednakże o tym, że twórca może postawić pewne warunki, jak możemy dysponować wybranym dziełem – filmem, fotografią, muzyką, obrazem, a nawet tłem do tekstu swej prezentacji. Spoza tej kategorii wymyka się określenie utworu znakiem „Public Domain” – w przełożeniu na język polski to ni mniej, ni więcej tylko „Hulaj dusza, piekła nie ma!”, a utwór można w dowolny sposób przekształcać, ciąć, kopiować lub też odtwarzać.

Tymczasem cztery podstawowe zasady Creative Commons oferują nam różne poziomy spożytkowania wybranego utworu, mogą występować łącznie i przedstawiają się następująco, poczynając od reguły najbardziej liberalnej:

  • Uznanie autorstwa – można kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać utwór, jeżeli tylko wykorzystując go przywołamy nazwisko autora.
  • Użycie niekomercyjne – można kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać utwór jedynie do celów niekomercyjnych.
  • Na tych samych warunkach – wolno rozpowszechniać swoje utwory wykorzystujące inne dzieła jedynie na warunkach, na jakich udostępniono utwór oryginalny.
  • Bez utworów zależnych – wolno kopiować, rozprowadzać, przedstawiać i wykonywać utwór jedynie w jego oryginalnej postaci.

Jak już wcześniej wspomniałem, licencja „Uznanie autorstwa” może wystąpić na przykład z licencją „Użycie niekomercyjne” i w kilku jeszcze innych zestawieniach.

To tyle, jeżeli chodzi o teorię, można tylko zakrzyknąć: Do dzieła! W przestrzeni internetowej sporo jest portali i prywatnych stron samych autorów, oferujących utwory muzyczne, grafikę, fotografie, filmy i różnego rodzaju wizualizacje w formule Creative Commons. Nie chcę w tym miejscu ukrywać, że darmowe pliki są w pewnej mierze na zachętę, a te uznane przez autora jako szczególnie wartościowe, obarczone są najczęściej obowiązkiem wniesienia niezbyt wygórowanej opłaty. W końcu z czegoś trzeba żyć. Tymczasem pewnie nie każdy też zdaje sobie z tego sprawę, że niezwykle popularna Wikipedia funkcjonuje właśnie na zasadach „CC”. Swobodny przepływ myśli i twórczości daje najczęściej zupełnie nieoczekiwane asocjacje.

I tak herbatka u cioci może okazać się dużo bardziej inspirująca, a do naszych wspomnień z wakacji z radością będziemy coraz częściej powracać. Wystarczy jedynie troszkę posurfować, poszperać w nieprzebranych, internetowych archiwach…