Niesamowity powrót profesora w Płockiej Galerii Sztuki

REKLAMA

Po raz pierwszy Kiejstut Bereźnicki zaprezentował się w Płocku w 1993 roku. Niewiele osób pewnie to pamięta, upłynęło w końcu sporo czasu, jednak nic straconego. Piątkowy wernisaż wzbudził emocje i mimo, że nie jest to wystawa retrospektywna, wieńczy zarówno dokonania artysty, jak i słuszny jubileusz osiemdziesiątej rocznicy urodzin. Kiedy wkroczymy do Płockiej Galerii Sztuki, naszym oczom ukaże się około 100 prac artysty z ostatnich 5-6 lat.

Obrazy olejne i rysunki aż ociekają zupełnie niepowtarzalnym, autorskim myśleniem, widzeniem i obrazowaniem. Nie darmo Kiejstuta Bereźnickiego określa się jako jednego z najoryginalniejszych i najwybitniejszych polskich malarzy XX i XXI wieku.

PowiązaneTematy

Malarz urodził się w 1935 roku w Poznaniu. Swe unikalne imię zyskał po swoich antenatach. Babcia była Litwinką, ojciec pochodził z Wileńszczyzny, mama była lwowianką, rodzinne tradycje zatem sprawiły, że twórca otrzymał tak oryginalne, litewskie imię.

Swe życie artysta związał w Wybrzeżem. Mieszka w Sopocie. Ciężki dla siebie okres okupacji spędził w Kocku.
Kiejstut Bereźnicki ukończył Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Gdańsku. W 1958 roku uzyskał dyplom w pracowni profesora Stanisława Teisseyre’a. Od 1960 roku pracował w gdańskiej uczelni, początkowo jako asystent prof. Stanisława Teisseyre’a, a później u prof. Jacka Żuławskiego. W okresie 1981-1984 pełnił funkcję prorektora. Od 1981 roku kierował pracownią malarstwa na Wydziale Malarstwa i Sztuki Użytkowej. Był również wykładowcą w Europejskiej Akademii Sztuk w Warszawie.

W 1984 r. otrzymał tytuł profesora nadzwyczajnego, a profesora zwyczajnego w 1994 roku. W 1988 roku reprezentował malarstwo polskie na Międzynarodowych Targach Sztuki w Kolonii.

Kiejstut Bereźnicki uczestniczył w wielu wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą, jest laureatem wielu nagród i wyróżnień. Jego prace znajdują się w muzeach krajowych i zagranicznych, m.in. w Muzeum Narodowym w Gdańsku, Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie, w Narodowej Galerii Sztuki Zachęta w Warszawie, w Muzeum Okręgowym w Toruniu, w Muzeum Śląskim w Katowicach, w zbiorach Urzędu Miasta Sopotu, w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, Musée National d’Art Moderne w Paryżu, Städtische Kunstgalerie w Bochum, w Galerii Tretiakowskiej w Moskwie, w muzeach w Bordeaux i Sofii oraz w zbiorach prywatnych krajowych i zagranicznych.

Na temat twórczości Kiejstuta Bereźnickiego padło wiele mądrych słów. Pisarz i przyjaciel malarza Paweł Huelle powiedział: „Patrząc na obrazy Bereźnickiego widzę w nich zaproszenie do medytacji. Ich rytm, ich wewnętrzna cisza, wreszcie nieustanne pogłębianie kilku zaledwie, ale niesłychanie ważnych motywów egzystencji, są jak powrót do źródeł”. Wiele w tym prawdy, bowiem właśnie te, wymienione wyżej cechy definiują najlepiej sedno artystycznej wypowiedzi profesora.

Ci, którzy uwielbiają „szufladki” opisują twórczość malarza jako tzw. „neotradycjonalizm w obrębie neofiguracji”. A cóż to takiego? Chyba nic tak specjalnie skomplikowanego, jak mogłoby się z początku wydawać. Neotradycjonalizm ma wynikać z przywiązania artysty do przedstawiania ludzkiej postaci, tymczasem neofiguracja to kierunek artystyczny, który powstał w 1965 roku we Francji i w największym skrócie oznaczał zerwanie z hegemonią wszechobecnego wtedy abstrakcjonizmu, oraz powrót do sztuki przedstawiającej. Głównym tematem Nowej Figuracji był sam człowiek, jego dramat egzystencjalny, świat emocji i przeżyć. Czytelnymi cechami sztuki tego okresu stały się ekspresyjność i subiektywizm, posługiwanie się deformacjami ludzkiej postaci, symboliczność, ale przede wszystkim atmosfera niepokoju, lęków, pesymizm. Kierunek ten znalazł również wyznawców w Polsce, choć w tym miejscu podkreślić należy, iż twórczość Kiejstuta Bereźnickiego zdecydowanie, poprzez niezwykle zindywidualizowany język artystycznej wypowiedzi wykracza poza jakiekolwiek klasyfikacyjne ramy i wymyka się spoza encyklopedycznych definicji.

Artysta wypracował swoją niezwykle osobistą formułę malarstwa. Poszukując nowych motywów, kultywował swoje zamiłowanie do martwej natury. Od tego zaczynał swą malarską drogę, potem pojawiły się inne tematy – chorągwie, sceny chrystologiczne, pasyjne, uczty, karnawały, procesje.

W pierwszym okresie swej twórczości Kiejstut Bereźnicki był zafascynowany obrazami El Greco, krytycy twierdzą, że czerpie niezwykle luźne inspiracje z twórczości Holendrów „złotego”, czyli XVII wieku. Obrazy wielkich mistrzów są zaczynem, pomysłem ideą, wszystko co następuje potem, rodzi się na płótnie, najczęściej bez użycia ołówka, a jedynie przy pomocy barw budujących kompozycję obrazu.

Podsunę teraz Państwu pewną myśl, o której krytycy słowem nie wspominają… Oglądając w Płockiej Galerii Sztuki kolejne obrazy mistrza, w pewnym momencie przychodziły mi na myśl dzieła Hieronima Boscha, Cranacha, Pietera Bruegela, a nawet Botticellego. Skąd akurat takie skojarzenia?

No cóż, pewnie nie powstały bez powodu… Jeżeli dokładnie przyjrzymy się konstrukcji malowideł to okaże się, że Kiejstut Bereźnicki sięga, i to od wielu lat, do technik obrazowania co najmniej późnego gotyku. Mówię w tym miejscu o zastosowaniu średniowiecznej perspektywy, zawieszonej wysoko, gdzie horyzont lokuje się w górnej partii obrazu. Takie ujęcie sprawia, że widz wkraczając w scenę doznaje wrażenia, jakby patrzył na obiekty z góry lub też unosił się niezłych kilka metrów nad ziemią. Jednym słowem, malarstwo nie polecane dla ludzi z lękiem wysokości!

I jeszcze kolejna refleksja. Kilka miesięcy temu, będąc we Wrocławiu na wystawie „Tauromachia”, miałem okazję oglądać rysunki Pablo Picassa z cyklu „Carmen”, „Cocu Magnifique”, „Vollard Suite”. Każda kreska była położona z niesamowitą swobodą, jednakże dokładnie w tym miejscu, gdzie trzeba, bez wahań i poprawek, wszystko tam, gdzie byśmy się tego spodziewali… Podobne wrażenia odniosłem podziwiając rysunki Kiejstuta Bereźnickiego – pięknie skomponowane, proste w przekazie, aż do bólu dosadne, można by rzec wręcz mięsiste. Czego chcieć więcej?

Myślę, że w jakiejś mierze zachęciłem Państwa do sprawdzenia, jak profesor dyskutuje sobie ze starymi mistrzami, a że wielekroć jest to dialog intymny, liryczny, przepełniony nostalgią i egzystencjalną zadumą, a czasem nawet czystą, może nawet dziecięcą naiwnością i „świątkową” prostotą… Cóż, pewnie tym lepiej dla nas…