Mikołaj Lebedyński: Holandia, Szwecja… czas na Ekstraklasę

REKLAMA

Od co najmniej kilku rund próżno było szukać w Wiśle Płock skutecznego napastnika. W tym sezonie ten stan rzeczy się jednak zmienił. Nafciarze mają w końcu w swoich szerach snajpera z prawdziwego zdarzenia.

Mikołaj Lebedyński, bo o nim mowa, jest wychowankiem Pogoni Szczecin, w której rozpoczął treningi jeszcze jako nastoletni chłopiec.  Co ciekawe, tak naprawdę nigdy nie był tam pierwszoplanową postacią. Mimo, że łącznie w kadrze pierwszej drużyny przebywał przez dwa i pół roku, jego liczby nie robiły wrażenia.

PowiązaneTematy

Statystycznie najlepiej wspominać może swój debiutancki sezon. Szkoleniowiec pierwszej drużyny – Piotr Mandrysz – potrzebował w kadrze jednego młodzieżowca.  Wybór padł właśnie na Mikiego. Napastnik odwdzięczył się najlepiej jak tylko mógł, bowiem w trzynastu meczach II ligi strzelił siedem goli. Niestety, po awansie nie szło mu już tak dobrze. Choć rozgrywał dużo meczów, nie mógł pochwalić się taką skutecznością, jak wcześniej. Inna sprawa, że  – jak przyznał z żalem w jednym z wywiadów – nie był tam traktowany do końca fair – pomimo faktu, że jest przecież rodowitym szczecinianinem oraz wychowankiem Portowców.

14 WISLA 1
Fot. Wisła Płock

Po dwóch sezonach Lebedyński, dosyć niespodziewanie, przeniósł się do holenderskiej Eredivisie. Pogoń grała wcześniej w Pucharze Polski z Zagłębiem Sosnowiec, barw którego bronił Mateusz Prus. Młody bramkarz wpadł w oko scoutom Rody Kerkrade i ci postanowili przyjechać na mecz rewanżowy, by przyjrzeć mu się z bliska.

Podczas całego dwumeczu świetnie spisywał się Lebedyński i nieoczekiwanie także jego gra przykuła uwagę sztabu Rody. Na zajęciach zaprezentował się na tyle dobrze, że postanowiono go u siebie zatrzymać, jednak finalizacja transferu mocno się przedłużała, co było spowodowane problemami finansowymi Rody.

Po kilku tygodniach w końcu wszystko zostało dopięte i Lebedyński oficjalnie przeniósł się do Holandii. Polską I ligę i holenderską ekstraklasę dzieliła przepaść, w efekcie czego napastnik długo musiał się przyzwyczajać do nowych standardów. Pierwsze pół roku nie mógł zaliczyć do udanych. Grał bardzo rzadko. W kolejnym sezonie pojawiał się już na boisku częściej, choć wciąż wchodził przede wszystkim z ławki. Swój najlepszy okres miał na przełomie lat 2012 i 2013, kiedy w trzech kolejnych meczach zdobył trzy bramki. Po udanym miesiącu, trener jednak niespodziewanie znów z niego zrezygnował i odstawił od pierwszego składu. Decyzje ówczesnego szkoleniowca Rody często budziły zdezorientowanie tamtejszych kibiców. Ofiarą niezrozumiałych wyborów trenera stał się również Miki. Większe zaufanie wzbudzał wtedy choćby regularnie wygwizdywany przez własnych fanów, Krisztian Nemeth. Po zakończeniu sezonu Polak nie dostał oferty nowego kontraktu i stał się wolnym zawodnikiem.

Nie jest tajemnicą, że atrakcyjną finansowo ofertę złożyła mu wtedy Cracovia Kraków. Mając w sercu Pogoń, Mikołaj odrzucił jednak tę propozycję. Powodem była niechęć, jaką darzyli się wzajemnie kibice obu klubów. Lebedyński stwierdził, że skoro od małego chodził dopingować zawodników Pogoni, nie mógłby grać w zespole, który nie jest w Szczecinie darzony sympatią. Taki ruch zrobił duże wrażenie na kibicach jego macierzystego klubu.

Trenował z Pogonią, trzecioligowym niemieckim Hallescher FC oraz Górnikiem Zabrze. Dosyć nieoczekiwanie wylądował jednak w BK Hacken – ówczesnym wicemistrzu Szwecji. Klub pilnie poszukiwał napastnika, bowiem kilku podstawowych zawodników w tym samym czasie złapało kontuzje. Mikołaj podpisał tam krótki, trzymiesięczny kontrakt. Choć piłkarsko spisywał się przyzwoicie, to, niestety, brakowało mu bramek. Po powrocie do zdrowia piłkarzy pierwszego wyboru, zrezygnowano z jego usług. Szwedzki rozdział zamknął ośmioma występami i tylko jedną bramką na koncie.

Również późniejszy powrót do Polski okazał się z początku niewypałem. Kompletnie nie powiodło mu się w Podbeskidziu, gdzie po straconej zimie długo dochodził do przyzwoitej formy. Klub walczył o utrzymanie, więc wyniki były potrzebne od zaraz. Mikołaj nie dawał gwarancji jakości od pierwszych dni, dlatego większość czasu siedział na ławce lub grał w rezerwach. Pod koniec pobytu w drugiej drużynie spisywał się coraz lepiej, ale było chyba już za późno. Po sezonie bez żalu rozstano się z nim. Jakiś czas później znów pojawił się temat testów w 3. Bundeslidze. Tam jednak przeszkodziła mu kontuzja, której doznał tuż przed decydującym sparingiem.

Fot. Wisła Płock
Fot. Wisła Płock

Następnie na horyzoncie pojawił się Ruch Chorzów. Bardzo chciał go sprawdzić u siebie Jan Kocian. Wszystko zapowiadało się dobrze, ale… podczas finalizacji testów Słowaka na trenerskiej ławce zastąpił Waldemar Fornalik. Temat przenosin Lebedyńskiego do wielokrotnego mistrza Polski upadł. W tym samym czasie napastnika obserwowała Wisła Płock.

W Płocku w mocnym dołku strzeleckim znajdowali się obaj napastnicy – Marcin Krzywicki oraz Piotr Ruszkul. Do wychowanka Pogoni wyciągnąć pomocną dłoń postanowił Marcin Kaczmarek. Szkoleniowiec Nafciarzy kojarzył go jeszcze z czasów, gdy sam był szkoleniowcem Portowców. Po kilku treningach, Lebedyński został w październiku 2014 roku piłkarzem Wisły. Było jednak wiadomo, że nie jest w optymalnej dyspozycji. Nikt nie oczekiwał, że z miejsca będzie imponował skutecznością. On jednak wejście do drużyny miał bardzo dobre – szczególnie mając w pamięci bramkę i asystę w wyjazdowym meczu ze Stomilem Olsztyn.

Taki start rozbudził apetyty wszystkich kibiców. Zaczęto się zastanawiać, co będzie prezentował po przepracowanym okresie przygotowawczym. Nieoczekiwanie jednak Lebedyński w rundzie rewanżowej zdobył tylko… jedną bramkę. Na skutek tego, wiele osób zdążyło już w niego zwątpić. Ale nie szkoleniowiec Wisły. Kaczmarek, na przekór wszystkim, zrobił z niego podstawowego napastnika. I to jakiego! Wydaje się, że właśnie takiego wsparcia Mikołaj potrzebował. Napastnik rozgrywa obecnie najlepszy sezon w karierze – szczególnie, jeśli spojrzy się na poprzednią rundę. Nigdy wcześniej nie mógł pochwalić półroczem, podczas którego zdobył aż jedenaście goli. Po przerwie między rundami, potrzebował trochę czasu na przebudzenie się z zimowego snu. W końcu nadszedł jednak mecz z Olimpią Grudziądz. Wówczas w 58. minucie kolejny raz pokonał przeciwnego bramkarza.

Miejmy nadzieję, że worek z jego bramkami rozwiązał się na dobre. Poprzednia runda pokazała, jak ważnym aspektem jest posiadanie skutecznego snajpera. W jednym z wywiadów, Lebedyński sympatycznie przyznał, że jeśli Wisła awansuje do ekstraklasy to… po prostu wróci tam, gdzie jest jej miejsce. Wszyscy sobie tego życzymy, a on sam jest jednym z tych, którzy mogą jej w tym powrocie pomóc najbardziej.

Arkadiusz Stelmach

Fot. Wisła Płock