Im szerzej jedziesz, tym bardziej się śmiejesz

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Ponad tydzień temu miała miejsce pierwsza runda Driftingowych Mistrzostw Polski. Zapoczątkowała ona oficjalny sezon driftingu w Polsce, aczkolwiek niektórzy kierowcy wyprowadzili swoje driftowozy wcześniej… 

Dokładnie na tydzień przed rundą na legendarnym i jedynym pełnoprawnym torze wyścigowym w Polsce, który znajduje się w okolicach Poznania, a jego nazwa jest taka sama jak stolicy Wielkopolski, odbył się Drift Trening z Karoliną Pilarczyk. Karolina to wicemistrzyni ligi Queen of Europe, co oznacza, że jest drugą najlepszą w drifcie kobietą w Europie. Oprócz mistrzyni, w sobotę, 5 kwietnia, do podradomskiego Jastrzębia przybyło niemal 50 drifterów, prezentujących rozmaity poziom i jeszcze bardziej rozmaite samochody.

Autodrom Jastrząb swoją obecnością wywołuje euforię wśród polskich fanów motorsportu, a to dlatego, że znacząco podnosi odsetek tego typu obiektów w Polsce. Kraj, który szczyci się Robertem Kubicą, a na każdym osiedlu posiada kogoś, kto potrafiłby zbudować samochód z niczego, dysponuje bardzo małą ilością torów wyścigowych z prawdziwego zdarzenia, pomimo, że umiejętności ludzi jeżdżących w dowolnej dziedzinie motorsportu są po prostu wielkie. Mimo to w pięknym, nadwiślańskim kraju ktoś ciągle wpaja nam, że piłka nożna to sport narodowy…

Po trwającej niewiele ponad 1,5 godziny drodze, docieram do Jastrzębia. Pierwsze co słyszę, to ryk silnika i pisk opon. – Jestem w dobrym miejscu – pomyślałem. Na dziedzińcu rozstawione załogi i ich zaplecza serwisowe. Wszyscy, niezależnie od możliwości, starają się być mocno profesjonalni. Połowa aut to Nissany, w których wszyscy drifterzy są zakochani. Jak sami mówią, jazda nimi w poślizgu jest tak łatwa, że w trakcie tego manewru można zjeść hamburgera albo pomalować sobie oczy. Reszta, to znane doskonale z polskich ulic BMW, głównie E30 i E36, dobre dla początkujących, ale z możliwością rozwijania tego auta (patrz PUZ Drift Team). Między nimi brylowała śliczna Mazda RX-7. Idąc w stronę toru, byłem trochę rozdarty. Z jednej strony chciałoby się na siłę dotknąć, pomacać, zajrzeć pod spód samochodu i zapytać o szczegóły. Z drugiej zaś słychać rozkręcone V8, czuję zapach palonej gumy i chciałbym jak najprędzej oglądać jadące bokiem dzieła sztuki.

Drifting to najdynamiczniej rozwijająca się dyscyplina motorsportu na świecie i chyba najbardziej klimatyczna. Na owy klimat składają się dwie rzeczy. Pierwsza, czyli “hulaj dusza, piekła nie ma”. Jeżeli masz ochotę i fundusze na to, żeby twój samochód miał 1000 koni mechanicznych, bodykit, który tylko ty wiesz jak zaprojektować i masę innych rzeczy, jakie nie przyszły by do głowy inżynierom czy kierowcom w rajdach albo wyścigach, proszę bardzo droga wolna! W Polsce mamy naprawdę mocne auta. Piotr Więcek i jego Nissan Skyline R34 ma prawie 800 koni mechanicznych. A Bartosz Stolarski, który poza tym, że świetnie jeździ, jest aktualnym mistrzem Polski, to jest także wybitnym mechanikiem. Zbudował wiele aut dla polskich drifterów, sam jeździ fioletowym Nissanem 200 SX z silnikiem LS2 z Chevroleta Corvetty, który jest doładowany i produkuje teoretycznie około 900 koni mechanicznych (ale ten pomiar mocy miał miejsce miejsce przy niepełnym otwarciu przepustnicy). Zobaczcie, jak jeździ popularny Fiołek.

Post użytkownika Bandana boy.

Na szczycie piramidy mocy plasuje się Kuba Przygoński ze swoją ponad 1000-konną Toyotą GT86, wyposażoną w silnik 2JZ z Toyoty Supry, tak uwielbianym przez drifterów.

Drugi aspekt, stanowiący o wyjątkowości driftingu, to sami zawodnicy. Są to przemili ludzie, którzy w większości przypadków nie odprawią cię z kwitkiem, gdy poprosisz ich o wspólne zdjęcie, przybiją z tobą “piątkę” i porozmawiają, opowiadając o tym, jak fajnie się dojeżdża na dokręconym trzecim biegu do bandy.

Karolina Pilarczyk to jedyna kobieta w Polsce, która na tak wielką skale zajmuje się jazdą bokiem i wychodzi jej to nieźle. Jeździ popularnym Nissanem 200SX wyposażonym w silnik LS3 z Chevroleta Corvetty, który na ten sezon został wyposażony w dedykowany dolot, sportowe wałki rozrządu i kilka gadżetów sprawiających, że moc silnika to niebagatelne 650 koni mechanicznych.

Zobacz również: Driftingowa wicemistrzyni Europy

Do pierwszej rundy DMP przygotowywał się między innymi Paweł Kalotka. Swoim 400-konnym 200SXem zaliczył chyba najwięcej okrążeń, pomimo 40-stopniowej gorączki. Jak sam stwierdził, po kilku okrążeniach czuł się lepiej i widział już jedną, właściwą drogę, a nie dwie, jak podczas pierwszych okrążeń. Miałem okazję zrobić kółko z radomskim zawodnikiem po jednej z najbardziej emocjonujących pętli pośród polskich torów i faktycznie, emocje sięgały zenitu. Na kilka sekund przed startem gonitwa euforii i lekkiego strachu, bo przecież jeździłem już z profesjonalnymi drifterami, ale nigdy z górki! Po chwili uspokoiłem się, a Paweł nie oszczędzał pięciolitrowego V8, zapożyczonego z BMW M5. Pierwsza przekładka, potem druga i jedziemy pod górkę widząc chmury, potem spadamy, prędkość rośnie, na końcu górki przed zakrętem około 150 km/h, dokręcony czwarty bieg, V8 odbija się od ogranicznika obrotowego, a dusza krzyczy z radości, chcąc więcej. Kilka następnych zakrętów, pokonywanych w ogromnych kłębach dymu i koniec krótkiej, ale pięknej przygody. Paweł całą sobotę pokazywał wysoki kunszt jazdy, co przełożyło się na jego późniejszy start. W Poznaniu, dysponując o ponad 200 koni mechanicznych słabszym autem, był w stanie dotrzymać kroku Marcinowi Carzastemu.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji