4 Żywioły – autostopem dookoła Islandii [ZDJĘCIA]

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Zakończyła się wyprawa dwóch autostopowiczów, którzy wyruszyli z Płocka w podróż dookoła Islandii pod patronatem PetroNews. Joanna Maślankowska i Adam Wnuk przemierzyli ponad dwa tysiące kilometrów. Jak wyglądała ta wyprawa? Przeczytajcie o niej w relacji Joanny Maślankowskiej.

Nie ma znaczenia czy podróżujemy dla muzeów, starożytnej architektury, czy tylko w celach zakupowych. Islandia jest miejscem, które bezpretensjonalnie odbierze mowę nawet tym niewzruszonym naturą. To chyba jedno z nielicznych skrawków Ziemi, gdzie tak wyraźnie uwidacznia się potęga 4 żywiołów. Potęga, która na każdym kroku uświadamiała nam jak kruchy jest człowiek w porównaniu z siłami natury. Czy udało nam się pokonać 4 żywioły? Nie. I raczej nigdy nie damy rady ich pokonać. Miesięczna wyprawa wywołała u nas jeszcze większy respekt do natury. Kiedy stoi się przy potężnej ścianie lodowca, czy przy jeziorze, do którego wpadają z wysokości setki hektolitrów wody, ma się wrażenie, że człowiek został zrównany do poziomu tych mchów, które porastają całą wyspę.

Mówi się, że aż 60 proc. turystów poprzestaje na zwiedzaniu południa wyspy. W sumie, dla tych z problemami zdrowotnymi to i tak ryzykowna dawka ekscytacji, która podnosi ciśnienie. Lód, gejzery, gorące źródła, góry, złączenia płyt tektonicznych – to wszystko czekało na nas wzdłuż południowego wybrzeża. Fakt, że większość naszych kierowców to turyści powoduje, że spędzamy z nimi niekiedy więcej niż jeden dzień. Tak było w przypadku pewnego irackiego kierowcy, z którym pokonujemy dziesiątki kilometrów, przemierzając jednocześnie wszystkie pory roku.

Odkrywamy wspólnie liczne wodospady, zatrzymując się co kilka kilometrów na obowiązkowe zdjęcia. Odhaczamy między innymi Seljalandsfoss, gdzie stajemy za wodną kurtyną i po raz pierwszy podziwiamy świat zza wodospadu. Wspólnie docieramy również do wraku amerykańskiego samolotu z lat 70., ukrytego gdzieś na pustkowiu, do którego drogi bronią liczne potoki. Trzy dni spędzone w naszym iracko-syryjsko-amerykańsko-polskim towarzystwie raczej będziemy pamiętali do końca życia. Wtedy właśnie odkryliśmy lodową lagunę Jokulsarlon oraz stąpaliśmy po jęzorze największego lodowca Europy – Vatnajokull. Z resztą, same widoki z drogi prowadzącej przez południową część wyspy zapierają dech w piersiach.

Gorące źródła Gunnuhver

Podobno 85 proc. domów na Islandii korzysta z ciepłej wody geotermalnej. Już jedna rzeka, której temperatura w sposób naturalny osiąga 100 stopni, potrafi zaopatrzyć w ten surowiec dwa większe miasta. Stąd też wyspa daje możliwość podziwiania licznych obszarów geotermalnych, których marsjański charakter zadziwia i porusza wyobraźnię. Jednym z tych fenomenów jest Hverir – miejsce, w którym tuż pod stopami łączą się dwie płyty tektoniczne, amerykańska i euroazjatycka. Innym unikatem jest Gunnuhver. Tu woda w ziemnych kotłach przekracza 300 stopni Celsjusza. Wręcz ciężko jest zrobić zdjęcie w kłębiących się dookoła oparach.

Jako że ryft środkowoatlantycki przechodzi przez środek wyspy, w kilku miejscach możemy spotkać się z oznakami jego obecności. Najbardziej znanym obszarem, położonym w komercyjnym Golden Circle, jest Park Narodowy Pingvellir. Nawet zwyczajne śniadanie, zjedzone na schodkach z widokiem na ogromny obszar licznych rzek z ośnieżonymi górami w tle, to niesamowite doświadczenie relaksacyjne. Z resztą, cały obszar Golden Circle, pomimo rzeszy turystów, warty jest odwiedzenia. Kratery wulkanów zalane wodą, wybuchy gejzerów, ogromne wodospady. Połączenie wszystkich żywiołów w jednym miejscu.

Po przejechaniu już południa i raczej przeskoczeniu zasypanego śniegiem wschodu, docieramy do równie nieprzyjemnej pod względem pogody północy. Mimo, iż zbyt niskie temperatury pokrzyżowały nieco nasze plany, udaje się zwiedzić okolice jeziora Myvatn, obszar pełen ciekawych formacji skalnych – Dimmuborgir, czy wejść na szczyt wygasłego już wulkanu Hverfjal. Po nocy spędzonej w śnieżnej scenerii i temperaturach, dotykających granic extremum śpiwora Adama, zdecydowaliśmy się w końcu na hostel. Noc spędzona pod dachem, z ciepłym prysznicem w miejscowości Akureyri była bezcenna.

Niezapomniane Fiordy Zachodnie

Przy wycieczkach dookoła Islandii często pomijany jest obszar Fiordów Zachodnich. Teraz stwierdzam, że gdybyśmy i my zdecydowali się na ten krok, byłaby to najgorsza decyzja w naszym życiu. Niesamowita dzika sceneria, w której za każdym rogiem czekają kolejne scenerie jak z bajki.

Jako że od pewnego czasu szczęście nam dopisuje, cały półwysep objeżdżamy z Jamesem – kanadyjskim kierowcą. Dzięki temu zaoszczędzamy dużo czasu i możemy delektować się każdym napotkanym widokiem. Islandzkim fenomenem są miejscowości. Trzy domy i kościół, stojące gdzieś po środku niczego, powodują chwilę refleksji nad życiem mieszkańców. Jak się później dowiadujemy, w najbardziej odizolowanych miastach, w zimie zakupy raz w tygodniu dowozi się… samolotem. Mieszkańcy spędzają wielomiesięczną zimę w gospodarstwach kompletnie odciętych od świata. Jedną z takich miejscowości jest Djupavik. Kompletnie zardzewiały wrak samolotu, stara fabryka, w której pali się mała lampka, a w tle gra cicho radio, tworzą scenerię jak z taniego horroru.

Zamykając tę część podróży, docieramy do Latrabjarg – najdalej na zachód wysunięty skrawek wyspy. Na miejscu spotyka nas piękna pogoda, wiatr nie pozwalający utrzymać się pionowo na nogach, ogromne klify schodzące pionowo do oceanu i dwa sympatyczne maskonury – symbol Islandii.

W kolejnych dniach, w rosyjskim towarzystwie, zwiedzamy cały półwysep Snaefellsjoekull. W większości to całkowicie dzikie, prehistoryczne rejony z ogromnymi polami zastygłej lawy, wygasłymi wulkanami o czerwonej barwie, jeziorami, których widok nasuwa na myśl obrazy z filmów dokumentalnych o życiu prehistorycznych gadów. Zahaczamy między innymi o wulkan Saxhell, ptasie klify Rufubjarg, czy lodowiec Snafelsjokull.

Ostatni nie oznacza najgorszy. Dwa dni ostatniego tygodnia spędzone na lokalnym festiwalu sprawiają, że wyjazd nabiera ducha turystyki alternatywnej. Gościnność mieszkańców przekracza najśmielsze oczekiwania. Przebywamy więc w przemiłym towarzystwie podczas połowów ryb, wycieczki statkiem po oceanie, śniadaniu w jednym z punktów wyborczych i kolacji podczas lokalnego poczęstunku.

Islandia to niesamowity skrawek ziemi, który zadziwia pod każdym względem. Na tak niewielkim obszarze widoczna jest ciągła walka czterech żywiołów. Podczas miesięcznej podróży dookoła wyspy, udało się przejechać ponad 3500 km, mijając po drodze jedne z najpiękniejszych widoków jakie do tej pory mieliśmy okazję oglądać. Jako że w maju wszystkie drogi interioru są jeszcze zamknięte, mamy cel na kolejną podróż… tym razem w pełni lata.

Joanna Maślankowska

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji