REKLAMA

Z pożółkłych szpalt Korrespondenta Płockiego: Lodowisko sprzed 140 lat

REKLAMA

140 lat temu wielkimi krokami zbliżał się Sylwester. Wtedy jeszcze ten dzień nie nosił miana kalendarzowego solenizanta, nazywano go bowiem wigilią Nowego Roku, tym niemniej obchodzono go podobnie jak dziś – soczystą, spontaniczną zabawą z tańcami, pozostawiano również nieco sił na tradycyjne bale w czasie karnawału.

Oczywiście wcześniej szykowano się do świąt Bożego Narodzenia. Prezenty pod choinkę dostawały przede wszystkim dzieci, najczęściej w postaci książek; mamy właśnie niepowtarzalną okazję, aby zapoznać się ze świąteczną ofertą płockich księgarni. Aha! Jeszcze jedno – nikt nie organizował w tym czasie zakupowego szaleństwa, czyli promocji typu Black Friday i nie tratował się wzajemnie w drzwiach sklepowych… Ludzie wtedy szczególnie obok dobrych manier szanowali również swoją godność:

„Na Gwiazdkę!!! Najnowsze książki i nuty(…) Nakładem składu i księgarni nut Ferdynanda Hoesick w Warszawie ul. Senatorska nr 496:
*Powieści z Pisma Świętego. Wierszem dla dzieci opowiedzianemi pana Jana z Rzeszowa. Z wieloma rycinami w ozdobnej oprawie.
*Biblioteczka Dziadunia. Zarys literatury polskiej w opowiadaniach zajmujących dla dziatwy, Napisał K. W. Wójcicki. Ofiarowany J. Kraszewskiemu na 50 letni jubileusz.
*Zima pośród lodów. Opowiadanie Juliusza Verne z medalionem paryzkim oleodrukowym na okładce.
*Kampanella. Koleje życia sieroty. Powieść dla panienek.
*Branka Tatarska. Powieść dla młodzieży ozdobnie kartonowana.
*Zabawki Kazia – prześliczna książka obrazkowa dla pilnych chłopczyków. Powiastka wierszem z rycinami kolorowanemi.
*Lalka Maniusi. Prześliczna książeczka obrazkowa dla grzecznych dziewczynek. Powiastka wierszem z rycinami kolorowanemi”.

Oczywiście, tak jak Państwo mam wrażenie, że ta reklama brzmi dość archaicznie i jednocześnie w swej niepohamowanej prostolinijności wyjątkowo niebezpiecznie w kontekście współczesnej poprawności obyczajowej. Cóż… pamiętajmy jednakże o tym, że podróżujemy w czasach, gdy Kazio bawił się całkiem niewinnymi zabawkami, Maniusia była wzorem dziewczęcej niewinności, dziadunio tymczasem… na tym koniec bezsensownych domysłów pogrążających z kretesem sens naszego trwania i gatunkowej dominacji. Przejdźmy lepiej do spraw bieżących:

„W alei wschodniej Placu spacerowego (obecnie Plac Obrońców Warszawy – przyp. aut.) urządza się obecnie sztuczna ślizgawka; w tym celu przestrzeń tej alei zlewa się codziennie wodą. Opłata ma być ustanowiona w dzień po kopiejek 5, wieczorem przy oświetleniu po kopiejek 10 od osoby. Dla pań nie umiejących się ślizgać na łyżwach, buduje się pewna ilość saneczek krzesełkowych. Przybędzie nam więc nowa przyjemność zimowa, bardzo w świecie całym rozpowszechniona, której Płock jednak dotąd był pozbawiony. W pewnych godzinach orkiestra przygrywać będzie; wtedy przy dźwiękach muzyki łyżwujący kadryla będą tańczyć mogli na lodzie, który jest istną próbą ognia dla zręczności i wdzięków.”

Próba ognia na lodzie… istna walka dwóch, antagonistycznych żywiołów… i to przy tak ograniczonym budżecie! Dziś jeżdżąc na łyżwach na Starym Rynku przed ratuszem ten sport nie wywołuje już pewnie aż takich emocji, ale któż by pomyślał, że pierwsze lodowisko miejskie powstało w Płocku dokładnie 140 lat temu!

Niestety analogiczną, niemal półtorawieczną metryką opatrzyć można wszelkie projekty stworzenia w naszym mieście połączeń kolejowych z prawdziwego zdarzenia. Minął wiek dziewiętnasty, potem przemknął dwudziesty, w którym to przy ogromnym wysiłku w 1938 roku powstał w Płocku most drogowo-kolejowy przez Wisłę, ale czy możemy tę inwestycję zapisać po stronie sukcesów? Z pewnością moglibyśmy tak uczynić, ale 80 lat temu, bo każde osiągnięcie ma swą miarę i miejsce w czasie. Dziś, jak doskonale wiemy, po płockich torach wciąż nie mkną Pendolino, a w podróż do Warszawy lub Łodzi zamiast pociągiem, łatwiej chyba by się było wybrać karetą.

Oto jak widzieli ten problem nasi przodkowie:

„Zwracamy uwagę zarządów komunikacyj lądowych, wodnych i dróg żelaznych Warszawsko – Wiedeńskiej, Bydgoskiej i Nadwiślańskiej, ażeby w Płocku zbudować most stały, mogący służyć zarazem pod kolej żelazną, z Kutna lub Łowicza do Ciechanowa mającą być przeprowadzoną. Każdy projekt podnoszący kwestyę ubogiej w naszej guberni komunikacyi, przychylnie przez mieszkańców bywa witany, tem bardziej ten, który może wpłynąć na rozwój handlu i zabezpieczyć przed płaceniem haraczu państwu sąsiedniemu. Wiadomym jest, że rząd pruski od zboża wyprowadzanego z Królestwa Polskiego pobierać będzie cło. W Guberni Płockiej handel w dużej mierze jest skierowany ku Prusom i zapłacimy na komorach pruskich 449 285 rubli i to tylko od zboża, bo nie oblicza się tu jeszcze cła od wełny, spirytusu, mączki kartoflanej, inwentarza. Chodzi zatem o to, aby Gubernię Płocką uwolnić od płacenia tak znacznej summy, dlatego projekt nowej kolei żelaznej może temu zaradzić.”

Powróćmy jednakże w tym miejscu do spraw bieżących, bo przecież miasto tętniło swoim własnym życiem. Tuż przed Bożym Narodzeniem na naszych ulicach pojawił się pewien tajemniczy nieznajomy:

„Od pewnego czasu chodzi po domach dziad żebrak, który z przekonującą wymową stara się skłonić służących i innych łatwowiernych do ofiarowania jakiejś kwoty na mszę w Częstochowie, podejmując się przy tem, pieniądze te osobiście do kościoła na Jasnej Górze zanieść. Ponieważ w latach poprzednich zdarzali się równie uczynni ludzie, a ofiarowane pieniądze nigdy dalej, niż do najbliższego szynku nie dochodziły, ostrzegamy więc łatwowiernych i na potrzebę większej przezorności uwagę zwracamy.”

Już kilka dni później do redakcji naszej gazety nadeszła korespondencja z powiatu płońskiego; szybko okazało się, że chętnych, aby zaopiekować się cudzymi dobrami jest szczególnie przed świętami zdecydowanie więcej, przy czym metoda naszego rodzimego włóczęgi w porównaniu ze sposobami stosowanymi w bliższej i dalszej okolicy jawiła się tak niewinnie, jak dziecięca igraszka:

„Amatorzy cudzej własności nie tylko w dużych miastach, lecz więcej jeszcze na prowincji są częstokroć panami życia i śmierci. W gminie Szumlin zorganizowała się banda złodziei składająca się z 7 mężczyzn zaopatrzonych w różną broń palną, noże, klucze, wytrychy i inne przyrządy służące do ich specyalnego fachu. Gospodarowali oni w okolicy, jak u siebie w domu. Nie licząc już kradzieży różnego zboża, kartofli, drobiu, rogacizny i nierogacizny, samych koni wyprowadzili w ostatnim czasie kilka par. Lecz dzban, jak to mówią, dopóty wodę nosił, póki się ucho nie urwało.

Jakoś pod jesień trzech głównych zbrodniarzy poznano i przytrzymano pod pruską granicą z bryką i końmi stąd uprowadzonemi. Po oddaniu ich w ręce sprawiedliwości mieszkańcy na chwilę odetchnęli. Mówię na chwilę, ponieważ na wzór poprzedniej ligi zawiązała się inna, nie gorsza od poprzedniej. Odznacza się ona niezwykłym zuchwalstwem, czelnością i śmiałością. Złodzieje są widać niewybredni; rozmaitość ich bawi. Nie dawno we wsi Cieksinie zrabowali starozakonnemu cały kram. Jako zbyt przeciążeni łupem, postanowili w tejże wsi zachować w słomie kilka kop śledzi do następnej nocy.



Poszkodowani odkrywszy ślad, zaczaili się na nich i nie na próżno. Oto o północy zbliża się ktoś po zostawione śledzie, a spostrzegłszy straż rzuca się w słomę. Na zapytanie odpowiada, że jest zmęczony podróżą i chciałby tylko odpocząć. Nie bardzo mu jakoś uwierzono i zaraz brata podróżnego corpus delicti oddano pod nadzór, a następnego dnia nasz rzezimieszek znalazł się w kozie. Uwolniony niebawem z braku pewnie dowodów w tej samej wsi z zemsty podkopał się do komory domu, zabrał sukmanki, bieliznę i inne rzeczy, a na domiar by pokazać swą sztukę, wziął psa z łańcuchem i do tej pory go u siebie przechowuje.

Poszkodowany nie mając innych świadków prócz psa, który mógł sam do bandyty zabłądzić, nic wskórać nie może. U drugiego członka tejże ligi, znanego na całą okolicę zbrodniarza, znaleziono parę koni kradzionych. Po odstawieniu winnego do władzy, żona rzezimieszka wpadła do okradzionych gospodarzy z pogróżkami, wymogła na nich tyle, że ci udali się niezwłocznie do sądu, poręczyli sobą i swym majątkiem za hersztem i przywieźli go do domu jakoby największego przyjaciela. Gdy proboszcz począł gromić sprawki bandytów z ambony, postanowili najść plebanię. Podczas ciemnej nocy przyszli ze światłem, już zdjęli okiennice, otworzyli lufcik i okno, lecz zostali spłoszeni. Obecnie proboszcz zaopatrzył się w dobre psy i rewolwer i pewnie nieco spokojniej spać może. Tak zatem złodzieje w ostatniem czasie niepomiernie są rozzuchwaleni i niedługo podatki każą sobie obywatelom i mieszkańcom kraju składać.”

Jednakże ludzie nie tylko wyrządzają sobie krzywdę, są wśród nas również ci, którzy ze szlachetnych pobudek niosą pomoc potrzebującym, jak choćby strażacy. W grudniu członkowie naszej Straży Ogniowej – specjaliści od żywiołów zaprosili do wspólnego świętowania jubileuszu kolegów po fachu z nieodległego Łowicza. Ci nie zwlekając wyruszyli więc na „zakładową wycieczkę”, w czasie której nie obyło się bez przygód. Jeden z nich opisał całą wyprawę na łamach Korrespondenta:

„Dzień 5 letniej rocznicy założenia Straży Ogniowej Ochotniczej w Płocku już się zbliżał. Urlopy właściwa władza delegatom Straży naszej Łowickiej udającym się na tę uroczystość już wydała i… w dniu, w którym mieliśmy puścić się w drogę zbudził nas alarm zrobiony w mieście naszem.

Zabudowania gospodarskie przy ulicy Zduńskiej, w których mieściła się nafta, olej, a o kilka domów dalej egzystuje ogromny skład drewna, były w płomieniu. Wiatr wiał w najlepsze, a kiedy dostęp do ognia nadzwyczaj był utrudniony sądziłem, że cała połać ulicy, co już się kilka razy zdarzało, ulegnie zniszczeniu. Straż ogniowa miała tu dopiero drugi występ, lecz szybko się na placu zebrała, kierownictwo było umiejętne, o własnych siłach ogień opanowała, a wytoczywszy na ulicę materiały palne, miasto od większej katastrofy uwolniła.

O godzinie pół do dziewiątej wracałem już do domu z tryumfem, a przeciągłe vivat! Niech żyje straż Łowicka! Wyrywające się z piersi zatrwożonej i zdumionej publiki, długo jeszcze rozlegało się wśród murów miasta. Niewywczasowani, strudzeni już godzinę później pociągiem z Łowicza podążaliśmy do Kutna, a gdy dojechaliśmy, jako że byliśmy beż śniadania, puściliśmy się w miasto na posilenie duszy i ciała. Kutno – miasto powiatowe nad Ochnią, wielce dawna osada, a nazwę swą zawdzięcza miejscu, z którego Piotr (z Kutna na Czechach) pierwszy założyciel dawnego Kutna w 997 roku, pochodzi.

Pożar w 1753 roku zniszczył je do szczętu i dzisiejsze jest fundacyi Andrzeja Zamoyskiego, wielkiego kanclerza. Ludności dziś liczy blisko 8 000, ma resursę, teatr, 2 apteki i księgarnię, a nawet stara się o założenie straży ogniowej ochotniczej. Domy wszystkie są prawie nowe, a jako zabytek starego miasta widzieć można schodki kamienne łączące rynek magistracki z przyrynkiem kościelnym. Przeszedłszy miasto wzdłuż i wszerz o godzinie 12 ej zajęliśmy miejsca w kurierce, jeżeli brudną, żydowską budę bez drzwi i okien można tak nazwać. Deszcz padał, wiatr dął przeraźliwie, a my wystawieni na różne nieprzyjemności, chcąc żeby droga minęła czym prędzej sprawdzaliśmy, czy ponumerowane drzewa rosnące przy trakcie są w należytym porządku i tak już o godzinie 3 ej byliśmy w Gostyninie.

Drewniana ta mieścina nad rzeczułką licząca 3964 mieszkańców musiała być kiedyś większą, kiedy Zygmunt August w 1552 roku bawił tu kilka tygodni. Był tu nawet zamek obronny, ze skutkiem opierał się Litwie, Rusi, Konradowi Mazowieckiemu, a nawet Wacławowi – królowi Polski w 1300r. W zamku zmarł 1613 roku dumny niespokojny bojar i wojownik Dymitr Szujski – pokonany i wzięty do niewoli przez Żółkiewskiego. Wyjechaliśmy wkrótce z Gostynina, krajobraz coraz więcej zaczął się zmieniać i nie mogliśmy się nacieszyć widokiem okolicy.

Wreszcie przybyliśmy do wsi Radziwie, gdzie usłużni przewoźnicy przewieźli nas do Płocka. Zwiedziliśmy miasto i obejrzeliśmy jego pamiątki w Katedrze, przyglądając się kielichowi i paterze – darom księcia Konrada Mazowieckiego, przypomnieliśmy sobie zajście tegoż Konrada z Janem Czaplą w 1239 roku, scholastykiem i kanclerzem dworu książęcego. Morderstwo Czapli wiąże się z historią Łowicza, bowiem Piotr arcybiskup gnieźnieński na korzącym się księciu Konradzie wymógł darowiznę w postaci nadania arcybiskupstwu gnieźnieńskiemu na własność Łowicza wraz z okolicznemi wsiami i lasami.

A teraz kochani płocczanie, kiedy już kończę korespondencyę, wierzajcie mi, że o gościnności waszej trudno nam zapomnieć. Jeszcze dziś z całą przyjemnością rozmawiamy, jakieście nas podejmowali. Przyjęcie to było szczere i na długo pozostanie w naszej pamięci, jako jedno z tych wspomnień, które serce orzeźwiają, a ducha budują. O! Dałby Bóg aby jeszcze długo działając dla dobra ogółu i dla dobra ludzkości robić uczynek szlachetny. Trwając w tem przekonaniu jeszcze długo nie zrzucimy z siebie bluzy strażniczej. Jeżeli Pan Bóg dozwoli, a chęci wasze będą po temu, w czerwcu spotkamy się na uroczystości Straży Ogniowej w Łowiczu. Do zobaczenia!”

Tak zatem nasi zawodowcy od gaszenia żywiołów, a czasem nawet pragnienia, okazali się również doskonałymi gospodarzami i chwała im, że odtąd Płock zasłynął z naszej legendarnej gościnności. Z niecierpliwością będziemy zatem oczekiwać wieści, czy równie huczny przebieg miała rewizyta w Łowiczu.

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Przeczytaj

Reklama

REKLAMA

  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU