REKLAMA

Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego: Zaraza, napad Zulusów i kradzieże koni

REKLAMA

Zapewne wielu z czytelników jest już spragnionych wiedzy, co też w lutym 140 lat temu działo się w dziewiętnastowiecznym Płocku. Spieszę zatem z informacjami, lecz nie mam zbyt dobrych wiadomości…

Na szczęście miasto ocalało, bowiem nie zostało dotknięte dziesięcioma plagami egipskimi, jednakże nie było również powodów do radości, zewsząd bowiem napływały zatrważające wieści, które jeżyły spokojnym płocczanom włos na głowie. Rozpocznijmy zatem naszą relację od epidemii, bo przecież dżuma jest wystarczającym powodem do obaw, skoro w tych czasach śmiertelna była nawet cukrzyca. Tymczasem właśnie dżuma pojawiła się na terytorium carskiego imperium, konkretnie w guberni Astrachańskiej:

„Petersburg 5 lutego. Urzędownie z Astrachania donoszą: w Wietlance i okolicach nie ma żadnych chorych. W Selitrenie i okolicznych okręgach było 7 chorych – zachorowało jeszcze dwóch, czterech umarło. Wczoraj odbyło się rządowe posiedzenie w sprawach zarazy dotyczących. Profesor chemii Than złożył raport o możliwości odwietrzania listów, w którym doszedł do konkluzji, że przez poddanie listów pod działanie par karbolowych do 130 stopni rozgrzanych, list bez naruszenia papieru i pisma ulega zupełnej dezynfekcji. Postanowiono rozciągnąć surowy Nadzór sanitarny nad powracającymi z Rossyi i dopóki zaraza nie ustanie paszportów do Rossyi nie wydawać.”

Czy zlekceważono to zagrożenie w samej Europie, powołując się na stare powiedzenie „gdzie Rzym, a gdzie Krym”? Potraktowano je, jak wskazuje kolejna informacja – wybaczcie Państwo moje sformułowanie – ze śmiertelną powagą:

PowiązaneTematy

„W dniu 12 b.m. ze stacyi Szczakowa drogi żelaznej północnej cesarza Ferdynanda zawrócono 7 pasażerów z powodu, że podróżni nie posiadali wymaganych świadectw sanitarnych. Osoby wybierające się zagranicę, nie chcąc się narazić na zatrzymanie w podróży, powinny się stosować do ogłoszonych przepisów, mianowicie uzyskiwać na paszportach wizy właściwych konsulów i posiadać stosowne zaświadczenie, że w oznaczonym czasie nie przebywały na terenach dotkniętych zarazą.”

Na kolejne hiobowe wieści niedługo też trzeba było czekać. Dość enigmatyczny telegram zapowiadał klęskę i to w wymiarze militarnym:

„Telegramy. Londyn 22 lutego. Podług „Daily Telegraph” z Przylądka Zulusowie otoczyli obóz Pearsona koło Ekawe, który ma około 1300 żołnierzy. Od 1 lutego brak wszelkich wiadomości od Pearsona. Ma on posiadać prowiant na 3 miesiące. Część krajowców rozbrojono; obawiają się napaści Zulusów. Krajowcy na granicy i w kopalniach zbiegli; Zulusowie jednak mają być przygnębieni z powodu wielkich strat. Podług wiadomości z Przylądka z dnia 4 b.m. wojska angielskie trzymały się jeszcze odpornie. Zulusowie nie dokonali żadnego napadu.”

Dla niewtajemniczonych telegram zapowiadał sromotną klęskę sił imperium brytyjskiego na samym, południowym krańcu Czarnego Lądu; 15 tysięcy tubylców z plemienia Zulusów otoczyło i niemal wybiło w pień oddział brytyjski liczący około 1300 żołnierzy w bitwie pod Isandlwana. Tocząc wojnę z zamorskim najeźdźcą i stosując przemyślne fortele, które kompletnie zaskoczyły zadufanych w sobie Anglików, Zulusi raczej nie wykazywali objawów przygnębienia…

Tak zatem świat cierpiał i krwawił pod naporem kolejnych hekatomb, tymczasem w naszym tysiącletnim grodzie wcale nie działo się lepiej, bowiem jedna z pandemii objawiła się niespodziewanie tuż pod nosem naszych pradziadów, kpiąco i bezczelnie śmiejąc się im w twarz:

„Jedną z plag w miastach naszych są owi uliczni lowelasi, niepokojący uczciwe kobiety, ubliżający czci im należnej zachowaniem się słowem, a za to chyba tylko, że konieczność je czasem zmusza wyjść na miasto bez opieki męskiej. W tych dniach jedna z zaczepionych w ten sposób kobiet, oddać się była zmuszona aż pod opiekę policyi. Co w tej sprawie jest dziwnego według skargi żywo wypowiedzianej przed panem Policmajstrem – to, że sam strój i wygląd napastników wskazuje na zawód i stanowisko, który zwykł obowiązywać wszędzie do postępowania z honorem zgodnego.”



Bliżej nie wiadomo, czy „oddanie się pod opiekę policyi” przyniosło naszej napastowanej prababce oczekiwany skutek. Ale jakby tego było mało, wkrótce do lowelasów, szerząc plagę zepsucia ponad dachami starożytnego grodu dołączyli nieustraszeni „rycerze przestworzy”:

„W dniu wczorajszym kominiarze przybyli do wycierania kominów w jednym z domów przy ulicy Warszawskiej, uznali za właściwe zabawić w kuchni przez godzinę, śpiewając sprośne śpiewki, których na kilkukrotne uwagi służącej nie tylko nie przestawali, ale owszem śpiewali coraz głośniej, dopuszczając się nieprzyzwoitych żartów z kucharką i donośnym głosem wydawali rozkazy tak, jakby byli we własnym domu. Wiedząc o tem, że przedsiębiorca od czyszczenia kominów gorliwie się stara, aby jego podwładni wiernie swe obowiązki spełniali, przekonani jesteśmy, że surowo ich za to nadużycie skarci wiedząc, że niedbałość służby spada na ich pryncypała, w tem też celu dla jego dobra, słowa te kreślimy.”

Wiadomo, że tak bezprzykładna kumulacja plag naturalnie wywołuje w człowieku frustrację, którą jakoś należałoby rozładować, choćby wyskakując „na jednego”, a tymczasem okazało się, że w Płocku rozpanoszyła się kolejna zaraza. Doskonale znamy ją i dziś, niejednemu z nas na samą myśl zadrży serce; zwie się bowiem akcyza:

„W ciągu ostatniego miesiąca zamknięto dobrowolnie w Płocku szynków 34! Ktoś zajmujący się statystyką i z cyfr samych wyprowadzający o moralności ogólne wnioski, mógłby utrzymywać na zasadzie tak znacznego zmniejszenia się przybytków zepsucia, że ludność miasta naszego nagle stała się wzorowo wstrzemięźliwą i moralną. A jednak wywód taki byłby najzupełniej błędnym; zamknięcie owych 34 szynków nastąpiło jedynie na skutek nie obznajomienia się jeszcze procederzystów z nowemi przepisami akcyznemi. Jakże to łatwo zatem jest cyfry statystyczne, które z kolei są najpewniejszym drogowskazem do odnalezienia prawdy – użyć do zupełnie błędnych wywodów!”

Wnioski na pierwszy rzut oka wydają się słuszne, nasz redaktor przemilczał jednak, że na drodze do swobodnego, nieskrępowanego „odstresowania” narodu bezwzględnie stanęła biurokracja i wiara w moc paragrafów, które to miałyby rozwiązać wszelkie problemy. Temu przekonaniu uległ też pewien czytelnik do tego stopnia, że pokusił się o przygotowanie projektu ustawy:

„Kradzieże koni przybierają rozmiary coraz groźniejsze. Ciechanowskie i Mławskie były dotąd tą plagą nawiedzane, lecz teraz zaczyna się ona po innych powiatach naszej guberni objawiać.(…) Przedstawiam zatem tutaj projekt i poddaję go pod rozbiór ludzi obocznych i zainteresowanych. Po jego uważnem zbadaniu i ułożeniu wypadnie nam się udać do właściwej Władzy z prośbą o jego zatwierdzenie. Celem ustawy ma być zapobieżenie ciągle powtarzającej się kradzieży koni i ostrzeżenie nabywców tychże przed oszukaństwem i podstępem, jakich dopuszczają się końscy przekupnie. Dlatego należy zaopatrzyć wszystkie konie bez wyjątku w książeczki na podobę książeczek legitymacyjnych, jakie posiadać obowiązani są wszyscy mieszkańcy Królestwa Polskiego. Bez książeczki końskiej koń nie mógłby być sprzedany, ani zamieniony, ani nawet jego skóra zbyta. Bez książeczki końskiej dozwalać by się mogło na jazdę tylko w powiecie, w którym zamieszkuje właściciel koni. Książeczkę należałoby wydawać zaraz po oźrebieniu się klaczy. Za zwłokę w żądaniu wydania książeczki winna się ściągnąć kara na właściciela. W książeczce końskiej winno się oznaczyć dzień, miesiąc i rok, miejsce urodzenia konia i jego znaki szczególne, a także imię, nazwisko i miejsce zamieszkania właściciela.”

Ustawa pozostała w fazie projektu i pewnie dobrze; mogłoby się okazać, że konie też mogą legitymować się „kiepskim Peselem”… Powracając jednakże do zagadnienia wszelkich klęsk, jakie mogła zawierać tylko puszka Pandory wyszło na jaw, że kolejną zarazę sprowadzili na swe głowy sami płocczanie, którzy jakże lekkomyślnie założyli w mieście resursę, czyli klub towarzyski. Niby zupełnie niewinna inicjatywa, jednakże w samych początkach swego istnienia, zgodnie ze statutem jej członkami mogli być tylko mężczyźni, a kobiety korzystały z tego przybytku kultury jedynie w ich towarzystwie. I nie mogło być inaczej, ten stan rzeczy spowodował zaciekłą dyskusję. Oto argumenty, jakie powołał jeden z adwersarzy pandemii, której nadano wdzięczne imię – emancypacja:

„O tempora, o mores! Pamiętnym będzie wiek XIX w historyi rodzaju ludzkiego ilością plag, jaki wyłonił ku utrapieniu społeczeństwa europejskiego umysł ludzki po starganiu węzłów, które go łączyły z uświęconą tradycyą. Zaiste, społeczeństwem europejskim opanował jakiś szał do samoudręczenia i w tym celu starano się obalić wszystko, co było uświęcone przez czas, tradycyę i doświadczenie historyczne wieków ubiegłych. Dziesięciolecie bieżące obfituje w rozmaite plagi, które dokuczliwie trapią spokój żywota ludzkiego i sieją niezgodę w łonie obywateli każdego kraju. Tak dumna swą potęgą i złotem Anglia ma swój proletaryat, który spokojnie nie daje spożywać darów bożych lordom i kupcom kilkakroć milionowym; pracowitej i oszczędnej Francyi czerwone widmo komuny zatruwa radość nad nagromadzonemi bogactwami; Germania zaciętą walkę stacza z nurtującem jej fundamenta socyalizmem. Jednym słowem każdy naród ma swojego mola, co go gryzie, ale zarówno nad wszystkiemi zawisło widmo, o którem się nie śniło szczęśliwem wiekom ubiegłym, a widmem tem jest – horrible dictu – emancypacja kobiet! Mimo woli nasunęły nam się te smutne wnioski po przeczytaniu artykułu w Korespondencie Płockim. Oto żąda się pod pozorem nieustających wieczorków literacko – muzycznych, faktycznego obalenia ustawy naszej resursy opiewającej, że członkami resursy nie mogą być kobiety. I tu kąkol cywilizacyi pod postacią emancypacyi kobiet stara się zasiać swe zgubne ziarno, mącąc nasze kardynalne prawo blichtrem postępu zapożyczanego od Amerykanów. My żyjemy, chwała Bogu, jeszcze nie w Ameryce, jeszcze zasady i tradycye familijne jak tarcza zasłaniają nas od moru emancypacyi kobiet. Owóż tedy najtwardszy niedowiarek nam nie zaprzeczy, że mężczyzna jest od natury przeznaczony do życia zewnętrznego, która inaczej nie uposażyłaby go większą siłą fizyczną i większą potęgą umysłową; kobieta zaś jako fizycznie i umysłowo słabsza, ale natomiast delikatniejszem obdarzona uczuciem, niezaprzeczalnie przeznaczoną jest do kwitnięcia w ustroniu ogniska domowego, z dala od twardych szkopułów życia publicznego. Drugim nieprzepartym faktem, a zarazem prawem jest, że ten kto pracuje, ma potrzebę i prawo do rozrywki i wypoczynku, by za ich pomocą odświeżał swe siły do nowych wysiłków, celem zapewnienia bytu swej rodzinie. W tym właśnie celu restaurowania sił naszych pracą poteranych, założona została resursa.(…) Zaledwie się zamykają drzwi wchodowe, tu innym oddychamy powietrzem, zdejmujemy całe brzemię trosk, które nas w ciągu dnia przygniatały. Z rozpogodzonem czołem wstępujemy do czytelni, przerzuciwszy chmarę gazet, cicho rozmawiamy z sąsiadami. Rzadko w tej świątyni muz słychać głośną rozmowę; umówiwszy się po cichu zajmujemy swój zwykły posterunek – kto przy szachach, kto przy kartach, a kto przy bilardzie. Z przytoczonego opisu zabaw naszych każdy pojmie, że mogą one prosperować tylko przy zachowaniu pewnej powagi i milczenia. A co by się stało, gdyby codziennie płeć piękna miała wstęp do naszego, cichego schronienia? Otóż w czytelni wywiązać by się mogły dysputy, obowiązkowe bawienie pań pustą rozmową, śmiechy, koncepta liche i niesmaczne komplementa. Głęboko jesteśmy przekonani, że żadna z pań nie będzie w stanie zachować należytego milczenia przy grach karcianych; nie obeznane z wyższymi zasadami gry zemdlałyby lub wybuchły strasznym lamentem na sam widok, jak mężowie na jedną kartę nieraz stawiają całomiesięczne utrzymanie swej rodziny i nie zrozumiałyby, że mąż czuje akurat najlepszą wenę i zabastować nie powinien. My zatem trzymając się praw natury, że mężczyzna przeznaczony jest do życia publicznego, a kobieta do domowego, głosujemy jak najenergiczniej przeciwko wnioskowi codziennego dopuszczania kobiet do resursy (…) zważywszy, że tu i bez kobiet mówi się już zanadto niezbyt potrzebnych i pożytecznych rzeczy. Przypominamy też szanownym wnioskodawcom stare przysłowie arabskie: Mówić jest srebro, a milczeć – złoto. Podpisano: „Jeden z wielu”

Jak Państwo widzicie, autor tej misternej koronki pseudointelektualnych bredni wiele znaczącym podpisem wykazał się niesłychanym bohaterstwem; czyżby z jego seksistowskimi zapatrywaniami nie zgadzała się jego „opiekunka domowego ogniska”? Tego już się nie dowiemy, warto jednakże szczególnie przed dniem 8 marca uświadomić sobie, jak długą drogę przez 140 lat przebyły kobiety, ile dyskryminujących je stereotypów i mitów bezpowrotnie legło w gruzach. Oczywiście czasem jeszcze napotkamy zwolennika teorii „naturalnego porządku” ale śmiało możemy go odesłać tam, gdzie jego miejsce – prosto do XIX wieku…