I znów kolejny miesiąc zleciał, „jak z bicza strzelił”, czas zatem najwyższy poszeleścić kartami naszej sędziwej gazety. Co tym razem „Korespondent” oferował swym czytelnikom?

W styczniowe wieczory płocczan absorbowały najprzeróżniejsze wieści; my, podążając ich śladem, tak jak 140 lat temu dowiemy się o spadających beczkach i lewitujących meblach, o karnawałowych przysmakach i artystkach powierzchowności nader przyjemnej, a nawet o tym, jakim sposobem Ciechanów aspirował do miana europejskiej metropolii… Najwyższy czas, aby rozpocząć naszą peregrynację w czasie.

W styczniu 1878 roku kolejne numery „Korespondenta” wyjątkowo dokładnie analizowały sytuację meteorologiczną, bowiem o tej porze roku była to dla mieszkańców grodu nadzwyczaj newralgiczna kwestia. Okazało się, że zima była dość kapryśna, mróz raz to mocno doskwierał, by już za kilka dni zelżeć, co oczywiście wpływało na możliwości komunikacyjne płocczan w poprzek wielkiej wody:

„Wisła lodem pokryta służy teraz za drogę dla wozów wszelkiego ciężaru; powierzchnia lodu jest gładka i gdybyśmy byli mniej leniwi, a posiadali umiejętności urozmaicania i uprzyjemniania sobie życia łatwemi środkami, tłumne wycieczki na Wisłę, towarzyskie zabawy na lodzie, łyżwowanie przysporzyłyby by nam wiele chwil miłych w naszem jednostajnem i nieruchawem życiu.”

Tu nasz kolega po fachu nieco sobie pofolgował, wytykając swym ziomkom powszechne przywary i skłonność do, powiedzmy, zbytniej wygody, jednakże kto jej nie lubi? Dziś, mimo upływu lat oraz zdecydowanie większych możliwości, też nie zawsze nam łatwo w sobie wskrzesić zamiłowanie do aktywności fizycznej. A ta przydaje się niezmiernie, szczególnie w sytuacjach wymagających zwinności i refleksu, jak choćby w przypadku samo przemieszczających się, ciężkich beczek:

„Woziwody nasi narażają chodzących ulicami na niebezpieczeństwo pogniecenia i połamania nóg, kładą bowiem swe beczki na wozy bez zabezpieczenia ich od spadnięcia; otóż zdarzyło się w tych dniach już kilkakrotnie, że z wozu obmarzłego i okutego lodem, ześlizgnęła się beczka z wodą i spadła na ulicę. Na szczęście nikt wtedy koło wozu nie przechodził.”

Jak Państwo widzicie,  w tych czasach daleko nam jeszcze było do cywilizacyjnych udogodnień, choć budowa wodociągu była już w stanie poważnego, projektowego zaawansowania. Tymczasem wodę można było pozyskać od woziwodów dostarczających ją w beczkach albo też skorzystać z ogólnie dostępnego źródła, z którym jednakże, jak się okazało, był pewien kłopot:

„Źródło św. Zygmunta, o którego obmurowaniu donosiliśmy, nie jest jeszcze tak urządzone, jak być powinno. Wprawdzie woda ujęta jest w stałe koryto, ale spadając bezpośrednio na obmurowanie takowe psuje i przez to na nowe koszta naraża. Trzebaby więc koniecznie zaopatrzyć to źródło w rurę miedzianą, odprowadzającą wodę przynajmniej na łokieć od obmurowania oraz stosowne ocembrowanie z któregoby nadmiar wody rynsztokiem spadał do Wisły. Tylko takie urządzenie tego źródła będzie dogodne dla mieszkańców i zapewni bezpieczeństwo jego brzegów.”

Tymczasem wieści o coraz to ciekawszych cywilizacyjnych nabytkach docierały z różnych stron kraju. Oto w Lublinie pojawił się… nie, nie jeszcze ani komputer, ani też smartfon:

„Telefony zjawiły się już w Lublinie, jak donosi Gazeta Lubelska; sprowadził je optyk tamtejszy i przygotowuje próbę publiczną. My, płocczanie pochwalić się takim postępem jeszcze nie możemy.”

Co prawda, telefonów w tym czasie jeszcze w Płocku nie mieliśmy, ale w końcu jaki jest sens rozmawiać ze sobą za pośrednictwem skomplikowanych urządzeń, skoro można było założyć cylinder, zażyć krótkiego, acz niespiesznego spaceru i pokonwersować przy herbatce? Pośpiech w gubernialnej stolicy był wręcz passé, a sprawy winno się załatwiać z należytym dostojeństwem i powagą. Bo gdzie Rzym, a gdzie Krym! Gdzie Płock, a gdzie Ciechanów!:

„Z Ciechanowa nam donoszą, iż od dnia 13 b.m. otworzono tam stację telegraficzną. Ciechanów więc posiadając już kolej żelazną i telegraf mógłby śmiało się mianować miastem europejskim, potrzeba mu jeszcze tylko domów murowanych, ulic brukowanych i… więcej cokolwiek mieszkańców.”

Niby niewinna, raptem dwuzdaniowa notka, a tymczasem nie wiadomo czego redaktorowi „Korespondenta” udało się wlać więcej – słabo skrywanej zazdrości, czy też kpiny? Niewątpliwie, nasze miasto pozostawione na uboczu głównych szlaków kolejowych cierpiało z tego powodu niewspółmiernie, tymczasem nikomu nie śniło się nawet w najczarniejszych koszmarach, że skoro w XIX wieku nie udało nam się dołączyć do projektu „Rozwój infrastruktury kolei żelaznych w Cesarstwie Rosyjskim”, to ten stan będzie trwał aż do dziś!

Szczęśliwi ciechanowianie… Nie dość, że bez przeszkód korzystali do woli z telegrafu i pociągów, to na dodatek pewnie nawet nie zdawali sobie sprawy, czym jest życie w miejskiej dżungli, takiej jak Płock, a tu nawet zwykłe wyjście po bułki mogło dostarczyć nie lada emocji:

„Bezpieczeństwo na ulicach naszego miasta nie zawsze jeszcze jest tak zupełne, jak być powinno. I tak w środę 16 b.m. wyszła służąca rano o 7-ej po bułki do piekarza mieszkającego przy ulicy Warszawskiej. Na skwerze Mikołajewskim przy domu Lewinschna przystąpił do niej jakiś człowiek i żądał pieniędzy. Na krzyk służącej wybiegł z sąsiedniego domu stróż, co spowodowało napastnika do ucieczki, która mu się zupełnie udała, gdyż stróż w podeszłym wieku nie mógł go ścigać, Ze służby policyjnej zaś nikogo nie było w tym miejscu.”

I tak nie do końca spisał się leciwy „ochroniarz”, a policja… wiadomo – była zajęta realizacją o wiele ważniejszych, strategicznych zadań. Nie lepiej też działo się poza murami naszego grodu:

„O zastępowaniu drogi przejeżdżającym w okolicach Płocka przez ludzi o podejrzanej powierzchowności i o podejrzanych zapewne zamiarach często w tym czasie się dowiadujemy; wypadków napaści nie było wprawdzie dotąd, ale bądź co bądź to preliminarye niepokojące. Te złowróżbne pokuszenia mają zazwyczaj miejsce na drodze płońskiej i trakcie przez Maszewo idącym. Na tej ostatniej drodze napastowane były w przeszłą sobotę panie powracające powozem do Płocka; dzięki jednak czynnej interwencyi silnego, a wiernego brytana skończyło się jedynie na przestrachu.”

Zagrożenie czyhało na podróżnych na powiatowych drogach, tymczasem pod samym nosem gubernialnej władzy jakiś sprytny „przedsiębiorca” uknuł intrygę, którą warto by pewnie wykorzystać w jakiejś farsie, czy też komedii pomyłek:

„Do pewnego mieszkania na Nowowięziennej ulicy, przybył niedawno pewien jegomość, pragnąc zakupić meble, o których się dowiedział, że są do nabycia. Po długich targach cena została umówioną wobec właścicielki domu i jej dorosłej córki z wyraźnem zastrzeżeniem iż summa winna być zapłacona przy odbiorze mebli gotówką. Wkrótce potem tenże jegomość upatrzywszy widocznie chwilę nieobecności właścicielki, przychodzi do jej mieszkania z tragarzami, oświadczając córce, że zabiera swe meble, o które się już z jej matką ułożył. Słysząc takie słowa z ust porządnego z pozoru człowieka córka wydania mebli nie wzbraniała. Wchodzą więc Żydzi tragarze i wynoszą kanapę. Wtem powraca z miasta właścicielka domu i widząc meble z domu wynoszone w obecności pana X., trzymającego w ręku portmonetkę była pewną, że ten za meble zapłacił jej córce. Jakież więc było jej zdziwienie, gdy się dowiedziała, że pieniędzy nie dano. Wybiega więc czym prędzej za przywłaszczycielem, który krokiem gimnastycznym za tragarzami pośpiesza, wymija ich i wpada do swego mieszkania i takowe szczelnie zamyka. Szczęściem kanapa nie mogła się łatwo na schodach zmieścić i sprzedająca meble przybyła na miejsce, zaczem ją wnieśli na górę. Wstrzymuje więc tragarzy i prosi pana X aby zeszedł, gdyż pragnie się z nim rozmówić, skoro zaś takowy na kilkakrotne jej wołanie nie odpowiadał, kazała meble zanieść do jej domu wśród powszechnego śmiechu Żydów: Ny hast du gewidział, taki por-żądny pan, a taki ob-szukaniec!”

Pozostając na koniec w problematyce dziewiętnastowiecznych zagrożeń, przytoczę jeszcze jedno, nadzwyczaj osobliwe doniesienie „Korespondenta”, bo czy kto słyszał, żeby umrzeć… od intensywnej korespondencji? Nie sposób również nie zwrócić uwagi na fakt, iż ówczesna medycyna posługiwała się już wtedy pojęciem raka czyli nowotworu:

„W tych dniach został pochowanym młody człowiek kupiec Moritz Guthard, który umarł na raka na języku. Jak utrzymuje jeden z krewnych zmarłego, przyczyna śmierci powstała nie z czego innego, jak… z koperty. Nieboszczyk miał zwyczaj zwilżać językiem gumowane brzegi kopert. Raz zdarzyło się, że gumowany brzeg zadrasnął język. Zadraśnięcie to z początku ledwie zauważone, stało się niebezpiecznem do tego stopnia, że chory zmuszony był szukać porady u wiedeńskiego profesora p. Bilroth, a ten przypisał winę kopercie. Z zakażonej rany wywiązał się rak, który zniszczył życie w pełni rozkwitu.”

Ale, ale! Miesiąc temu niemal bez rezultatów poszukiwaliśmy jakichkolwiek informacji, jak też nasi przodkowie spędzali czas karnawału. Okazało się, że był to niewątpliwie swego rodzaju falstart, bowiem w styczniu coś zaczęło się dziać w tej materii, choć z pewną ostentacją, ku czemu też istniały niebłahe powody:

„Pączki u pana Semadeni’ego już się ukazały. To nowo odrodzone dziecię karnawału pieszczotami radować będzie podniebienia smakoszów; aż do zadziwienia jest ono od pierwszych chwil dorodne, pulchne i powabne. Będzie to podobno prawie jedyny objaw karnawału; tak przynajmniej z ogólnego wnosić można stanu kass i dusz usposobienia.”

Jednakże w karnawale, oprócz uciech ciała, można również pofolgować duszy, wybrać się choćby do teatru, który właśnie w styczniu 1878 roku oferował nie lada kulturalne doznania za sprawą zupełnie nowych artystek o nader rozkosznej prezencji:

„Przedstawienia niedzielne – „Miłostki ułańskie”, „Doktór damski” i „Czuła struna” tworzyły całość mogącą rozweselić i szczerze ubawić widza, najczarniejszą rażonego melancholią. Gra aktorów we wszystkich tych utworach staranna, nacechowana niezwykłem życiem sprawiła, że wieczór ten do jednego z  przyjemniejszych, spędzonych w teatrze zaliczyć można było. Przedstawienia te dały nam sposobność ujrzenia na scenie naszej panny Hoffman. Artystka ta przy powierzchowności przyjemnej, łączy w sobie zalety, które zrobią z niej zapewne użyteczny dla sceny nabytek. Nie jest to jednak jedyna nowość, którą z rozpoczynającym się rokiem dyrekcya  teatru naszego, uwzględniając wymagania publiczności, obdarzyć nas postanowiła. Zaangażowane zostały jeszcze dwie artystki, w ciągu bieżącego tygodnia przybyć mające, a mianowicie – panna Solska do ról salonowych amantek i panna Radwan, śpiewaczka. Obie te artystki zupełnie nie znane naszej publiczności, przybywają z teatru Krakowskiego.”

I tak pod koniec stycznia, nobliwi zazwyczaj płocczanie, może pod przemożnym wpływem wyżej nadmienionych artystek, wreszcie się złamali i postanowili zorganizować bal:

„Wieść o niedalekim balu publicznym, rzecz tak dawno u nas nie słyszana, w ogromny ruch wprawiła mieszkańców Płocka, szczególniej ich żeńską połowę. Wystawy kupców bławatnych i modniarek nęcą świeżemi okazami, a w domach spotykamy na stołach salonów porozkładane żurnale, a wkoło nich poważny areopag mam, cioć, kuzynek debatujących nad ważną kwestyą toalety Misai, czy Hisai. Przechodząc wieczorem po Grodzkiej dostrzegłem parę małżonków, powracających zapewne po ważnej sesyi domowej i przy wystawie pana Cohna usłyszałem tę krótką, ale nauczającą rozmowę: Żona zatrzymując się – poczekajno trochę. Patrz jaka śliczna materya na suknię! Mąż – nie przyglądaj się duszko, bo mi żal twoich oczów, którym tak blask nafty szkodzi.”

Najprawdopodobniej mąż pałał wielką miłością… tyle, że do zawartości swojej sakiewki, tym niemniej jak już nasi przodkowie zdecydowali się na swawole, to bawili się do białego rana. Dla wyjaśnienia – słówkiem „resursa” określano wtedy klub towarzyski:

„Wieczór tańcujący w sali dawnej resursy odbył się, a pomimo zbyt późnego ogłoszenia celu zabawy i ostatecznego obrania gospodyń i gospodarzy, zebrało się ponad sto osób, w tej liczbie 26 pań tańcujących. Wśród ogólnego szczerze harmonijnego nastroju, bawiono się ochoczo do godziny 8-ej rano, a co najważniejsze, że z zaoszczędzonych składek zebrał się fundusz na opłacenie wpisu 5 uczniów; więc pięciu młodzieńcom, zagrożonym wydaleniem z gimnazyum zapewniono możliwość pobierania nauki do końca roku szkolnego. Drugim ważnym rezultatem tego wieczoru jest nabyte przekonanie, że w mieście naszem znajduje się materyał na utworzenie resursy miejskiej, której rękojmią trwałości byłoby pragnienie i umiejętność przyzwoitej zabawy, zgoda i jedność towarzyska, wreszcie szczere dążenie do skupiania się i wspólnej a skromnej rozrywki. O tych przymiotach płocczan długo i niesłusznie wątpiono.”

I tak trzymać drodzy płocczanie! Może czasem bez kolei żelaznej, telefonów i wodociągu, a jeszcze innym razem pod górę, pod prąd i pod wiatr, naprzeciw złoczyńcom i spadającym beczkom, ale zawsze z fasonem!

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji